Źle urodzone

Filip Springer
Źle urodzone
  • Karakter
    Kraków 2012
    ISBN: 978-83-62376-12-4
    190 x 245
    272 strony
    oprawa: twarda

Książki i wystawy, takie jak „Cold war modern“ Davida Crowleya pokazały, że architektura i ideologia późnego modernizmu były ważnym frontem wojny ideologicznej pomiędzy dwoma stronami żelaznej kurtyny. W krajach byłego bloku Sowieckiego ta architektura znalazła się na śmietniku historii. Szczególnie Polacy, bezkrytycznie zafascynowani kapitalizmem, do dziś z pasją neofitów wyburzają pamiątki przeszłości. Na gruzach warszawskiego Supersamu czy katowickiego brutalistycznego dworca kolejowego pojawiło się jednak młode pokolenie aktywistów, historyków sztuki, artystów i pisarzy. Kolejne wystawy, publikacje i książki bronią lub po prostu opisują sztukę tworzoną „za komuny“, w tym socjalistyczny modernizm, który okazał się być tak „źle urodzony“, co świetnie oddaje tytuł książki Filipa Springera. Dziennikarz i fotograf niewinnym okiem urodzonego ledwie siedem lat przed pierwszymi wolnymi wyborami, spogląda na zabytki poprzedniej epoki i stwierdza, że przecież to „dobra architektura“!
Źle urodzone to zarówno album fotograficzny – złożony z cennych pozycji archiwalnych oraz tych współczesnych autorstwa Springera, jak i zbiór reportaży o budynkach – bękartach. Obie narracje świetnie się uzupełniają. Od samych napiętnowanych konstrukcji ważniejsze okazują się bowiem losy architektów, pokazujące rzeczywistość Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w bogatej tonacji odcieni. Autor odkrywa losy pokolenia wojennego, które po zwycięstwie komunizmu nad Wisłą i Odrą szukało lokalnej wersji nowoczesności. Szczególnie pasjonujące są ich gry z władzą. Marek Leykam w czasach stalinowskich, kiedy historyzujący styl socrealizmu jest egzekwowany przez władze ze śmiertelną powagą, buduje dla rządu eklektyczną kopię zabytków włoskiego renesansu. Buszko i Franta w Katowicach otrzymują specjalne błogosławieństwo od lokalnego kacyka partyjnego. Jerzy Hryniewiecki publicznie kpi z władzy i swoich zwierzchników, a mimo to staje się opiekunem większości ważnych i ambitnych realizacji, przepychając je przez odpowiednie gabinety dzięki swoim znajomościom z niemieckiego obozu jenieckiego.
Reportażysta Filip Springer, stawia więc w gruncie rzeczy na ludzi, nie na architekturę. Jednak spomiędzy stron książki przebijają też losy budynków po 1989 roku, przebudowa i grodzenie osiedli, niszczenie ich struktur przez nowe inwestycje. Wciąż otwarte pozostaje jednak pytanie: czy w tych genialnych artystycznie, nowoczesnych symbolach stylu oficjalnego „socjalizmu z ludzką twarzą“ da się mieszkać?       

Max Cegielski

Filip Springer (ur. 1982) dziennikarz samouk, jako reporter i fotograf pracuje od 2006 roku. W ubiegym roku zadebiutował książką reportażową Miedzianka. Historia znikania.

Fragment

Lord Vader kontra Źródło Prawdy

Emanując czernią granitu, pojawił się dość nagle przy ulicy Brackiej, wypełniając lukę w południowej pierzei Alei Jerozolimskich. Był rok 2011, właśnie zniknęły rusztowania, więc przechodzący obok ludzie zatrzymywali się i zadzierali głowy, by popatrzeć. Patrzyli zwykle w milczeniu, a po chwili ruszali w swoją stronę. On jednak magnetyzował, odwracali się jeszcze, by obdarzyć go ostatnim spojrzeniem. Być może, gdy wsiadali do autobusu albo znikali za zakrętem, nadal o nim myśleli.
Inne określenia na Lorda Vadera: sarkofag, trumniak, monolit. Jednym słowem – Ciemna Strona Mocy.
To jedna z ostatnich realizacji Stefana Kuryłowicza. Czarne jak smoła centrum handlowo-biurowe postanowiła wybudować tu słynna krakowska rodzina Likusów. Zaprojektowany przez Kuryłowicza budynek swoimi zaokrąglonymi narożnikami nawiązuje do znajdującego się po drugiej stronie ulicy Centralnego Domu Towarowego, zwanego dziś powszechnie Smykiem. Jasna, piaskowcowa, modernistyczna bryła Smyka i czarny monolit budynku Kuryłowicza nawiązały dialog, architektoniczną rozmowę. To dobrze. Być może to właśnie z tego powodu, choć zupełnie nieświadomie, przechodnie zatrzymywali się tu, by popatrzeć na tę czerń.
Darth Vader jednak nie tylko przyciągał. Czarna nieprzenikniona bryła miała też inną właściwość. Potrafiła unicestwiać. To, co wchłonęła, było jej zaprzeczeniem, całkowitym przeciwieństwem. Było chmurą światła i powietrza, było lśnieniem. Krytyk napisał nawet kiedyś o tym, że „kto tego nie widział, nigdy nie pojmie źródła prawdy”.
To źródło nazywało się Pawilon Chemii – zaprojektowali je Jan Bogusławski i Bohdan Gniewiewski, a legło w gruzach jedenastego kwietnia 2008 roku.
Krytycy nie mogli wyjść z zachwytu nad tym, co w 1960 roku powstało u zbiegu ulic Brackiej i Nowogrodzkiej. Już samo miejsce nie zostało wybrane przypadkowo – Bracka była naturalnym pieszym łącznikiem między placem Trzech Krzyży a znajdującym się przy Alejach CDT-em i dalej ulicą Chmielną. To właśnie ze względów urbanistycznych powstała tu wyrwa w zabudowie i skwerek. Samym pawilonem rządziła asymetria i światło. Był niemal całkowicie przeszklony, wspierał się na finezyjnych przyporach w kształcie litery „V” i niewidzialnym z zewnątrz betonowym trzonie. Sprawiał wrażenie, jakby był cały ze szkła i trzymał się dzięki jakimś niewidzialnym siłom. Albo właśnie dzięki światłu, które wieczorami wypełniało jego wnętrze. Było go wręcz za dużo, więc wydostawało się przez niewidzialne ściany i zalewało okolicę. W perspektywie ulicy Chemia wyglądała jak świetlny obłok, nadnaturalna kumulacja energii. Wyglądała jak coś dobrego. (Darth Vader wygląda jak coś złego, choć w istocie niczym złym nie jest.)
Przez całe lata Pawilon Chemii przyciągał też swoim asortymentem, dziś powiedzielibyśmy, że niezbyt wyszukanym i zajmującym poślednie miejsce w każdym większym supermarkecie. W siermiężnych czasach swoich narodzin Źródło Prawdy dostarczało wykonanych z tworzyw sztucznych misek, miseczek, wiader, szczotek i ceratek. Były one ustawionymi w równych rzędach dowodami na to, że krajowy przemysł chemiczny produkuje nie tylko nawozy o cudownych właściwościach paliwa rakietowego.
Gdy czasy kłamstwa się skończyły, Źródło Prawdy popadło w niełaskę. Obwieszono je reklamami, pod kolejnymi banerami zniknęły neony. Gablotki przed wejściem zdemolowano, więc trzeba je było usunąć, by zrobić miejsce dla parkujących tu aut. W środku zadomowiła się prywatna inicjatywa. Zrobiło się beznadziejnie brudno i szaro. Zmieniający się jak w kalejdoskopie najemcy nie mieli czasu, pieniędzy i ochoty, by zadbać o budynek. Źródło Prawdy przestało zachwycać, a zaczęło straszyć. Coś trzeba było z nim zrobić.
W 2001 roku działkę między Nowogrodzką, Bracką i Alejami kupiła krakowska rodzina Likusów. Stojący na jej środku zaniedbany, a niegdyś eteryczny, pawilon zupełnie ich nie interesował. Na teren wydali grube miliony, inwestycja musiała się zwrócić. Postanowili więc postawić tu Dartha Vadera – uosobienie Ciemnej Strony Mocy – wypełnione po brzegi luksusem centrum handlowe skupiające najdroższe i najbardziej prestiżowe światowe marki. Miało to być miejsce, jakiego jeszcze w Warszawie nie było.
Starcie było nieuniknione. Do pierwszej bitwy z Imperium ruszyli mieszkańcy pobliskiej kamienicy, znajdującej się pod adresem Bracka 13. Zgodnie z projektem Stefana Kuryłowicza czarna i niemal pozbawiona okien ściana nowego centrum handlowego miałaby się znaleźć raptem dwanaście i pół metra od ich okien i balkonów. A to oznaczało de facto całkowite zaciemnienie ich mieszkań. Sądowa batalia o światło trwała pięć lat – zarówno Wojewódzki, jak i Naczelny Sąd Apelacyjny uznały jednak, że skargi mieszkańców są nieuzasadnione i budynek może powstać. Zapytany o sprawę przez dziennikarzy Stefan Kuryłowicz odpowiedział: „Szczerze współczuję mieszkańcom Brackiej 13, ale to jest śródmieście Warszawy. Przez lata był tam ohydny parking. Budynek wypełnił szczerbę w zabudowie”.
Na tym ohydnym parkingu stało też Źródło Prawdy. Kuryłowicz musiał znać jego wartość. Miał tytuł profesora, a na jego zajęcia prowadzone na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej waliły tłumy studentów.
Mimo to jedenastego kwietnia 2008 roku skwer zostaje otoczony płotem, a pod pawilonem Chemii pojawiają się pierwsze buldożery. Jego rozbiórka nie trwa długo. Wielu mieszkańców Warszawy zauważyło ją dopiero wtedy, gdy okazało się, że wraz z pawilonem zniknął lumpeks, w którym zaopatrywali się w tanią używaną odzież.
Dzień po wyburzeniu Źródła Prawdy w „Gazecie Wyborczej” ukazuje się tekst Jerzego Majewskiego. Pisze w nim, że sprawa Chemii to przede wszystkim starcie najbardziej znaczących nazwisk w historii polskiej architektury – z jednej strony Bogusławski i Gniewiewski, z drugiej absolutna gwiazda wolnej Polski, Stefan Kuryłowicz: „To też starcie dwóch sposobów myślenia o mieście. Modernistycznym z lat sześćdziesiątych, pełnym wolnych przestrzeni, i mieście postkomunistycznym, zabudowywanym przypadkowo. To wreszcie wojna Dawida z Goliatem, w której ku naszemu zdumieniu okazuje się wygrywać Goliat”*.
W 2011 roku centrum handlowe Kuryłowicza jest gotowe, posępna czarna ściana skutecznie zasłania świat mieszkańcom kamienicy przy Brackiej 13. Po Źródle Prawdy, eterycznej chmurze światła, nie pozostał najmniejszy ślad. Można powiedzieć, że zastąpiła ją ciemność.