Tryby

Magdalena Tulli
Tryby
  • W.A.B.
    Warszawa 2003
    125 x 195
    152 strony
    ISBN 83-89291-31-2

"To najdojrzalsza powieść Magdaleny Tulli, powstająca pod presją okrutnego pytania: dlaczego się pisze?"

- Lidia Burska, Res Publica Nowa

Magdalena Tulli należy do najwybitniejszych polskich pisarzy średniego pokolenia. Debiutanckie Sny i kamienie uczyniły z niej wielką nadzieją polskiej literatury. Krytycy zachwyceni bogactwem wyobraźni, energią języka i mistrzowskim opanowaniem warsztatu czynili porównania z prozą Bruno Schulza, Italo Calvino, Georgesa Pereca czy Gabriela Marqueza. W nowej powieści Tryby narrator boryka się z banalną historią zdrady małżeńskiej, ale ta powieść to traktat o nieprzejrzystości świata, w którym opowieść jest zarazem najwyższą i zarazem zawodną instancją prawdy, bowiem prawdziwą siłę sprawczą mają tytułowe tryby, czyli mechanizmy języka, które niczym kolejowa zwrotnica nieoczekiwanie przestawiają tok opowieści, kierując ją na nowy tor. Historia zdrady Ireny Feuchtmeier, żony ”specjalisty w dziedzinie transportu morskiego”, romansującej z cyrkowym akrobatą, znajduje swoją replikę w zaanonsowanej historii romansu czarnoskórego trębacza Johna Maybe i żony Fochtmajera, właściciela oficyny „Słowo polskie”, który zginie z rąk niemieckich podczas ucieczki, we wrześniu 1939. Sam narrator odniesie ranę od kuli wystrzelonej przez oficera Wehrmachtu. A są tu jeszcze postaci z dalszych planów, z których jedna przynosi wątek bałkańskich czystek etnicznych, są napomknienia, które każą czytać powieść Tulli jako niedoszły, bo nienapisany romans i jako opowieść o dolegliwościach minionego stulecia. Powieść Tulli napisana jest z przewrotnym, melancholijnym humorem: poczucie braku, braku sensu, braku czyjejś obecności, braku prawdy o naszym życiu nie może być nigdy zaspokojone.

-
Marek Zaleski

Fragment

Stwarzanie światów! Nie ma nic prostszego. Podobno wytrząsa się je z rękawa. A po co? Żeby nacieszyć oko migotaniem, kiedy wznoszą się ku światłu, drżące jak mydlane bańki. Potem pochłania je ciemność. Kiedy wzlatują, to tak jakby już spadały. A czy nie są piękne? Powołuje się je bez głębszej myśli i rzuca w pustkę do niechcenia, a zbawić ich nie ma komu. Nic więcej nie wie o tym narrator, figura raczej podrzędna. Wyznaje to z ubolewaniem. Sam postawiony wobec faktów dokonanych, troszczy się tylko o jedno: żeby od razu w pierwszym zdaniu nie popaść w banał. Gdyby mógł, wolałby raczej odjeść z rękami w kieszeniach, zostawić wszystko na łasce losu, na który odmówiono mu wpływu, albo przynajmniej trwałby uparcie w wymownym, aroganckim milczeniu. Ale narrator rozumie, że nie ma dokąd odejść. Przywilej arogancji także nie jest mu dany. Ten rodzaj życia, który mu przypadł, o ile w ogóle można to nazwać życiem, nie oferuje możliwości wyboru. Za całą treść egzystencji wystarczyć musi historyjka wytrząśnięta przez kogoś z rękawa od niechcenia. Złakniona podmiotów i orzeczeń, wczepiona w ich tkankę niczym rzadkiego rodzaju żarłoczny pasożyt. Narrator pragnąłby ufać, że ten, kto go powołał, wie więcej, ogarnia całość i zna zakończenie. Ale on nie pojawia się we własnej osobie na tej ani na następnych stronach, zostawia bez odpowiedzi listy i faksy. Być może od tygodni gnuśnieje w łóżku, w pomiętej pościeli, obrócony do świata, twarzą do ściany, a wokół walają się puste butelki albo zużyte strzykawki, któż to może wiedzieć? Kiedy więc tragiczny obrót wydarzeń rozwiewa chichoty w tylnych rzędach ławek, albo kiedy żart martwieje w posępnej ciszy, narrator wie, że nie ma się na kogo oglądać, cała rzecz jest tylko w jego głowie. Trzeba z pokorą postawić kropkę i jakby nic się nie stało, przejść do następnego zdania. Niczym klaun w kraciastych pantalonach, który spadłszy ze stołka pośród wybuchów śmiechu przetaczających się po widowni, od razu włazi na chwiejącą się drabinę, nie przerywając monologu: żałosna osobistość, nieodwołalnie zesłana na żółty od trocin padół areny, potykająca się raz po raz na równej drodze, dożywotnio uwięziona w błędnym kole widowiska. Numery, które można pokazać na arenie wysypanej trocinami, w rzędach ławek znane są wszystkim do znudzenia, nie wyłączając małych dzieci, które wiercą się w oczekiwaniu na słonia. Znane są tam i monologi, znane na pamięć, razem z okrągłym guziczkiem ostatniego zdania, na który zapina się pętelka początku, razem z wątpliwą, nieprzekonującą puentą, która prosi się o wzruszenie ramion. Każde słowo słyszano już przynajmniej tysiąc razy. Cóż z tego, że w innych zdaniach? Nikogo nie obchodzą szczegóły. To wszystko jest tak nużąco podobne, mówią przymglone spojrzenia. Otóż dlatego właśnie lepiej być czytelnikiem niż narratorem. Miło jest, żując gumę, wprawić w szybki ruch szeleszczące kartki, a kiedy odwróci się ostatnia, lekką ręką odłożyć tom na półkę. Lepszy to los niż gubić spodnie w błazeńskiej pogoni za uciekającym wątkiem, zaplątanym w karkołomne ewolucje linoskoczków, w oszukańcze sztuczki iluzjonistów, by w końcu dostać prosto w nos oślizłym ogryzkiem, nie wiadomo przez kogo rzuconym. Tam, pośrodku areny, gdzie zawisło parę setek spojrzeń, prawie wszystko może się zdarzyć i nic nikogo nie zaskoczy – i tylko nie wypada obetrzeć twarzy wielką chustką w grochy, tą samą, która jeszcze zaledwie przez chwilą służyła jako rekwizyt. Należy raczej kłaniać się nisko wiele razy, z szerokim jaskrawoczerwonym uśmiechem namalowanym szminką na policzkach. Nie żałując ręki, raz po raz zamiatać powietrze na ziemią wyświechtanym melonikiem. Ledwie dotarłszy do miejsca, w którym można postawić kropkę, narrator już powątpiewa, czy cyrkowa farsa udźwignie ciężar tego, co miało tu zostać powiedziane. Być może znudzeni widzowie, wlepiając wzrok w krąg areny, dla świata zewnętrznego znajdują tylko tyle wnikliwości, żeby każdy ukłon pojmować najzupełniej dosłownie. Jeśli głos narratora będzie dobijał się o uwagę zbyt uporczywie, ściągnie na siebie gniewne zniecierpliwienie; pokorna prośba o parę groszy byłaby wysłuchana przychylniej. Żadnych zatem szans na porozumiewawcze mrugnięcie, ani cienia wspólnoty. I nie widać ratunku przez samotnością. Lecz skoro już jesteśmy przy porównaniach, czyż nie lepiej być narratorem niż postacią? Kto bowiem chce być postacią i stąpać po linie rozpiętej między utraconą przeszłością a niepewną przyszłością, niczym akrobata ubrany w obcisły trykot, by widać było, jak pracuje muskulatura i martwieje bezbronny brzuch.? I to wszystko za mało, publiczność zacznie usypiać z nudów już po chwili, chyba że akrobata dostanie partnerkę błyskającą srebrnymi cekinami na skąpym kostiumie, w okolicy łopatek ozdobionym parą wielkich motylich skrzydeł. Jeśli jest równie szalona jak on, będzie rzucała się w jego ramiona nad przepaścią, ufając mu, z konieczności, ślepo – albo też licząc na siatkę ochronną, o ile ją rozwieszono. Ale tylko bez owej siatki widowisko może być naprawdę porywające. Przestrzenie nad głowami zapierają dech i przez chwilę wydaje się patrzącym, że to ich własne ciała balansują na linach tam w górze, gdzie nie widać żadnych ograniczeń, gdzie wolności, jak można sądzić, jest pod dostatkiem. Że spotykają się tam i rozstają, i mijają się ponad otchłanią, a przestworza należą do nich.