Cała kupa wielkich braci

Rafał A. Ziemkiewicz
Cała kupa wielkich braci
  • Fabryka Słów
    Lublin 2002
    125 x 195
    336 stron
    ISBN 83-89011-06-9
    Translation rights: Rafał A. Ziemkiewicz

Rafał A. Ziemkiewicz sformułował w tej książce złośliwy komentarza odnoszący się do polskiej rzeczywistości społecznej i politycznej. Większość spośród ośmiu opowiadań zawartych w tomie ma charakter satyryczny oraz wspólnego narratora-bohatera. Jest nim młody dziennikarz Rafał Aleksandrowicz (aluzja pisarza do własnego nazwiska), który zmaga się z przejawami głupoty, nadużyciami i manipulacjami, jakich pełno – jeśli wierzyć pisarzowi – w polskim życiu publicznym. Dowcipne, błyskotliwe utwory Ziemkiewicza mają tę niezwykłą zaletę, iż w obrębie wypowiedzi utrzymanej w nienagannym stylu realistycznym pojawiają się – ku zaskoczeniu czytelnika – zabiegi i środki literackie z obszaru fantastyki. W efekcie – świat przedstawiony w tej prozie jak gdyby potwornieje, wydaje się dużo bardziej dziwaczny i zarazem intrygujący. Można by zatem powiedzieć, iż u Ziemkiewicza wątki fantastyczne – paradoksalnie – służą realizmowi i wzmacniają polityczne zaangażowani, które zawsze wyróżniało tego pisarza. Właśnie tak mają się sprawy w opowiadaniu tytułowym traktującym o „niezdrowych” stosunkach w polskiej telewizji czy w opowiadaniu Pobożne życzenie mówiącym o religijnej manii, jaka ni stąd ni zowąd ogarnia świat mediów i biznesu. Ziemkiewicz to bystry obserwator oraz złośliwy komentator zjawisk politycznych i obyczajowych. Autor Całej kupy wielkich bracinie oszczędza nikogo – nawet samego siebie. Mnóstwo tu złośliwości wycelowanych w dzisiejszych dziennikarzy, osobników gotowych popełnić każdą niegodziwość.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Oczywiście, każdy wie, że w Warszawie, gdziekolwiek spluniesz, masz osiemdziesiąt procent szans trafić w oko bezrobotnego dziennikarza. Ale bezrobotny dziennikarz z gazety prawicowej to przypadek jeszcze bardziej beznadziejny niż jakikolwiek inny. Polityczna poprawność narzuca w tej branży ruch jednokierunkowy: do prawicowego pisma możesz przyjść skąd wola, ale z niego droga wiedzie już tylko do pisma jeszcze bardziej prawicowego. A ponieważ wszystko co bardziej prawicowe od "Gazety Narodowej" było w rękach księdza Muchomorka już od dawna, pozostawał nam z Prorokiem tylko ten wyliniały skwerek.
– Zostanę pustelnikiem – oznajmił Prorok przy piątym piwie. – Jak jeden mój znajomy. Od pięciu lat mieszka w eremie w Puszczy Świętokrzyskiej, z ludzi widuje tylko pielgrzymów, a całą duszą jest tam... Jakby już za życia w raju – rozmarzył się.
– A ja się stoczę i zostanę dziadkiem śmietnikowym. – Też już piłem piąte piwo. – Będę pić denaturę i segregować odpady. I każę na siebie mówić: pan z recyklingu.
Nie powiem, to wcale nie był taki zły pomysł na życie, a bliskość Dworca Centralnego czyniła go jeszcze bardziej atrakcyjnym i zapewne skorzystałbym z okazji, gdyby nie męska duma. Akurat taki to był moment w moim życiu – zdecydowanie nie chciałem, by wyglądało, że wystarczy się ze mną rozwieść, a zaraz się załamuję i ląduję w rynsztoku.
– Pieprzyć wszystko, z Muchomorkiem na czele. Przełamiemy złą passę – obiecałem przy goleniu swojemu odbiciu i, żeby powstrzymać nieuchronną moralną degrengoladę, rzuciłem się w wir chałtur: horoskopy dla prasy kobiecej, foldery o Integracji Europejskiej, analizy dla jakiegoś komitetu rozwoju rolnictwa, sam już nie pamiętam co. Ale z chałturami jest jak z obiadem w szpanerskiej knajpie: więcej się człowiek zmęczy, niż naje. Musiałem wymyślić coś nowego, i to szybko.
Otóż postanowiłem – nie śpij, drogi czytelniku, właśnie dochodzę do sedna sprawy – porzucić niewdzięczną żurnalistykę i zająć się pijarem. Czy muszę wam to tłumaczyć? Dobrze. Widzieliście kiedyś złachanego pijarowca, zagonionego między jedną konferencją a drugą, zmuszonego wysłuchiwać godzinnego ględzenia różnych prezesów i dyrektorów, żeby wreszcie móc się dopchać do paru nędznych kanapek z kateringu i cienkiego wina w plastikowym kieliszku? Oczywiście, że nie. Pijarowiec stoi po drugiej stronie stołu, do którego ciśnie się dziennikarska tłuszcza, nosi elegancki garnitur i uśmiecha się godnie oraz wyrozumiale. Pijarowiec wyłuskuje z tej tłuszczy wybrańców, dla których przywoła skinieniem dłoni urodziwą hostessę z reklamówką pełną wziątków, dociążoną solidnym łyskaczem albo co najmniej francuskim winem. Pijarowiec szerokim gestem stawia w knajpie na VATowską fakturę dla swojej agencji albo wprost na rachunek zleceniodawcy. Pijarowiec jest istotą po prostu stojącą od dziennikarza wyżej.
Jak się dostać pomiędzy istoty wyższe?  Zabrałem się za dokumentowanie tematu. Teoretycznie najłatwiej było się załapać do którejś z sieciówek, czyli do polskiego oddziału zachodniej firmy pijarowskiej. Od ich pracowników nie wymaga się niczego, a już najmniej jakichkolwiek kwalifikacji, pomysłowości czy skuteczności. Sieciówkom wszystko to zwisa, bo i tak mają zagwarantowane milionowe zlecenia od innych firm ze swojej grupy kapitałowej; zlecenia, których sposób zrealizowania nie ma znaczenia, gdyż i tak służą tylko do wyprowadzania zysków z Polski do krajów o rozsądniejszej stopie opodatkowania. Oczywiście tak kusząca i niewymagająca synekura nie mogła nie zostać z punktu obsiedziana przez układy nie do przebicia. Tym bardziej nie miałem co liczyć na zahaczenie się w pijarze jakiegoś zachodniego koncernu. Tu z kolei kwalifikacje były niezbędne, ale takie, jakimi absolutnie nie dysponowałem. W pijarze zachodnich koncernów pracują tylko ludzie blisko powiązani z partiami aktualnej koalicji rządowej, z opozycji tylko wtedy, kiedy już wiadomo, że ta opozycja wkrótce stanie się władzą. Pijar wielkich firm nie jest bowiem w Polsce żadnym pijarem, tylko przykrywką dla lobbingu, a czym jest w Polsce „lobbing” nie chce mi się tłumaczyć, bo wie to każde dziecko. Poza lobbystami, w każdym takim dziale miejsce jest jeszcze tylko dla jednej sterroryzowanej dziewczyny z małego miasteczka, której znajomości ograniczają się do czterech języków i amerykańskiego kursu biznesu, i która w pocie czoła odwala za partyjnych nominatów całą merytoryczną robotę.
Korciła mnie pozycja wolnego strzelca. Kogoś, kto w razie czego potrafi tak skutecznie różne sprawy nagłośnić albo przydusić, że w kryzysowych sytuacjach zleceniodawcy zwracają się właśnie do niego. Do tego celu najlepiej było znaleźć się w jakiejś nie za dużej, uczciwej agencji, żyjącej od zlecenia do zlecenia. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że dla każdej z nich byłem wymarzonym nabytkiem. Dziennikarzenie pozwoliło mi nawiązać liczne znajomości, a poza tym byłem wygadany, obyty, obdarzony błyskotliwą inteligencją, rozległą wiedzą i dużą, żeby się wdrożyć do pijarowskiego slangu, kreatywnością. A na dodatek, o czym wiedziałem i bez Renatki, mój osobisty urok silnie działał na kobiety, co też ma w tej branży swoje znaczenie.
O tym wszystkim trzeba było jednak przekonać przyszłego pracodawcę, a najlepszym na to sposobem byłoby odnieść jakiś spektakularny sukces. Nie pamiętam naprawdę czy pomyślałem o tym, zanim usłyszałem o kłopotach Jonasza, czy też właśnie na wieść o nich zaświtała mi ta myśl... W każdym razie okazja wydawała się idealna.
Jonasz, luźny znajomy z dawnych lat, otworzył pod Warszawą średniej wielkości market. Lokalizacja doskonała, asortyment szeroki i zawsze chodliwy, jednym słowem – sukces wedle wszelkich ludzkich rachub był pewny. Tymczasem przedsięwzięcie z niewyjaśnionych przyczyn okazało się klapą. Jakiś „Sanktas” czy coś takiego, mały, zupełnie nie reklamowany sklepik, założony przez konkurencję znacznie dalej od przelotówki, odbierał Jonaszowi większość klienteli, chociaż miał fatalny dojazd i sprzedawał badziewie po paskarskich cenach. Nie pomagały promocje, racjonalizowanie kosztów, ani żadna z rzeczy, które powinny pomóc –  sprawa wyglądała tak dziwnie, że napisało o niej jedno z fachowych pism.