Arab strzela, Żyd się cieszy

Paweł Smoleński
Arab strzela, Żyd się cieszy
  • Świat Książki
    Warszawa 2012
    135 × 215
    272 strony
    ISBN: 978-83-7799-006-3

Reporter i publicysta „Gazety Wyborczej”, Paweł Smoleński, od lat nie ustaje w przybliżaniu zagadnień izraelskich. W książce przewrotnie zatytułowanej Arab strzela, Żyd się cieszy zajmuje się on przede wszystkim konfliktem izraelsko-arabskim.
Opowieść Smoleńskiego rozpoczyna się symbolicznie, bo od starego albumu fotograficznego. Zdjęcia należą do rodziny Kahvedjianów, Ormian z chrześcijańskiej części jerozolimskiego starego miasta i w tym sensie są wymowne, bo pokazują krzyżówkę kultur. Ale nie sama kultura czy polityczne konsekwencje jej funkcjonowania będą interesowały Smoleńskiego w Arab strzela, Żyd się cieszy. Najważniejszą historię tworzą tu ludzie – każdy inną, ale dzięki temu prawdziwą, bo komponującą całościowy, różnorodny obraz sytuacji w Izraelu.
Książka podzielona jest na miasta. W każdym z rozdziałów spotykamy różnych bohaterów. W Akko lokalni teatralni twórcy – Sefardyjczyk Moti czy Arab Chalid – zastanawiają się nad istotą konfliktu. Bohaterem w Beer Shewa jest z kolei Riad Abarii, profesor farmakologii z uniwersytetu Ben Guriona, gdzie jeszcze niedawno pracowało 2 arabskich profesorów na 500 w ogóle (obecnie arabskich profesorów jest już 20). Chalil z Jaffy chowa się z kolei ze swoją arabskością – jest, jak pisze Smoleński, „macho, ale nie z arabskim sznytem”. Wiele uwag na temat konfliktu wypowiada Wadi z Hajfy: „Wszyscy – Arabowie i Żydzi, mamy tę samą paskudną cechę. Każdy mówi o sobie. Wspominamy tylko swoje krzywdy”.
U Smoleńskiego każdy bohater – niezależnie od statusu społecznego i zaangażowania po którejkolwiek ze stron konfliktu – otrzymuje swoje „pięć minut”. Książka tworzy mozaikę postaw i emocji, a także indywidualnych historii. O jakości opowieści natomiast świadczą zdania pojedyncze, najprościej złożone, oraz dystans, a momentami nawet przewrotny humor – co zbliża stylistycznie Smoleńskiego do twórczości Etgara Kereta.

- Marcin Wilk

Fragment

Zacznijmy od fotografii, symbolicznej - moim zdaniem - dla Izraela. Kamienne bloki są takie same, jak dzisiaj, takie same są nawet jakieś rośliny, które znalazły miejsce w szczelinach muru. Lecz zadziwia ciasnota; domy nieomal siedzą na tej ścianie, chodnik jest wąski i tłoczny. Słowem - mur jak mur, nic wielkiego. A jednak widzimy ludzi rozmodlonych obok obojętnych przechodniów, osiołki niosące towary, jakiegoś handlarza i ekstatyczne twarze. To Ściana Płaczu, przed którą dzisiaj pyszni się wielki plac. Początek Wszechrzeczy, choć dla niektórych - Koniec Wszystkiego. Gdyby ten pradawny mur postawiono w innym miejscu, nie byłoby tutaj dzisiejszych awantur.
Zobaczmy zdjęcie mędrców. Wyglądają jak szejkowie pustyni: starzy, brodaci i siwowłosi, w długich szatach, które na fotografii wyglądają dostojnie, a w rzeczywistości mogły być znoszonymi szmatami. Pochylają się - tak pamiętam - na jakąś księgą, wodzą palcami po literach, mają pomarszczone czoła i głębokie bruzdy na policzkach. Tymczasem to żadni szejkowie, lecz kilku sefardyjskich Żydów studiujących Torę.
Przyjrzyjmy się przejmującym fotografiom ślepców; to lata, gdy nieuleczalna wówczas jaskra zbierała potworne żniwo. Siedzą na białym bruku, pod Ścianą Płaczu; wiemy więc, że to Żydzi. Albo - na białym bruku dziedzińca meczetu Al Aksa; to muszą być Arabowie. Obmacują kamienie, coś szepcą, wznoszą ku słońcu zamglone jaskrą oczy, może modlą się, a może złorzeczą. W ich wyglądzie, a już z pewnością w chorobie nie ma żadnej różnicy; braterstwo tych ludzi jest wpisane w ich nieszczęście. Gdyby te fotografie nie były podpisane datą i miejscem, można byłoby uznać, że są różnym ujęciem tej samej sceny.
Albo - łodzie żaglowe, wpływające w ujście wąskiej i płytkiej rzeki Jarkon, dzisiaj odgradzającej śródmieście od bogatych, północnych dzielnic Tel Awiwu. Mają kształt kadłubów i niosą drzewca jak łodzie z najstarszych arabskich rycin, torujące morską drogę ku Indiom i Molukom. Trudno zgadnąć, co wiozą te żaglowce, ale wiemy - z innych fotografii - że ówczesny port w Jaffie, bodaj największy port tej ziemi, był przystanią dla kilkudziesięciu rybackich łódek; nadbrzeże i molo wyglądało jak dzisiaj.
Zaś port w Tel Awiwie? To, wedle kolejnego zdjęcia, coś, co dopiero ma zamienić się w port, który zagłuszy ten w Jaffie, tak samo jak sam Tel Awiw zagłuszy Jaffę. Dzisiaj w tym miejscu można bawić się do białego rana w pełnych ludzi barach i klubach. Można wydać majątek w eleganckich butikach. Portu już dawno tu nie ma. Choć jeszcze nie tak dawno bez niego nie byłoby Tel - Aviwu.
Urzekły mnie zdjęcia pucybutów pod bramą Jafską w Jerozolimie. Arabskiego mężczyzny sprzedającego dzbanki do parzenia kawy. Cztery kobiety robiące jogurt; Arabki to, czy Żydówki? Tańczące Cyganki (wiem, bo zdjęcia są podpisane), zalotne, eksponujące pełne biodra i wzniesione ramiona. Beduińskie kobiety, z zasłoniętymi twarzami; widać tylko sylwetki w workowatych sukniach, czarne oczy i misiurki ze starych monet zamiast cienkiej zasłony z muślinu.
Ale też uwiodła mnie beduińska dziewczyna, niosąca na głowie kosz pełen ziół, a może świeżo wypranej bielizny. Jest młodziutka, piękna i najzwyczajniej bezwstydna; rozpięta sukienka odsłania nagie, drobne piersi. Jak to się stało, że Elia Kahvedjian znalazł sobie w tamtym czasie i  miejscu taką modelkę? Wyczekał moment? Namówił ją do pozowania? Nie mam pojęcia.

***
Między tymi zdjęciami jest raptem jedno, które mogę uznać za praprzyczynę wszystkich tych opowiastek. Tak smutne, że aż boli. Przedstawia dwoje starych ludzi, zapewne męża i żoną, a może rodzeństwo; muszą się kochać, skoro tak mocno się wspierają. Mają pomarszczone twarze i białe chusty na głowach. Noszą marne, brudne łachy. Są bosi, co akurat nie dziwi. Oraz - wierzcie lub nie - utytłani aż do kolan ciężkim, tłustym błotem; do wszystkich nieszczęść musiała dołożyć się jeszcze ulewa i (widzimy to, a wręcz odczuwamy fizycznie) przenikliwe zimno. Kobieta trzyma w dłoni gruby kij. Mężczyzna podpiera się laską. Patrzą w ziemię. Przed nim i jest tylko rozmiękły od deszczu, pusty i smutny krajobraz.
Kim jest ta para? Armeński fotograf zapomniał spytać. Dokąd idą? - nie mamy pojęcia. Fotografia jest na tyle mocna, że podpowiada: idą w nieznane, na poniewierkę, zatracenie, tułaczkę. Idą tam, gdzie nie chcą i nie powinni iść. Lecz idą, bo muszą. Pod zdjęciem podpis: „An Nakba”. I data: 1948 r. Niech będzie za całą historię.
Dla Żydów tamten rok to wojna o niepodległość: kilka zmówionych ze sobą arabskich krajów napadło Ziemię Izraela, by zniszczyć to, co jeszcze się dobrze nie wykluło, a Żydów utopić w Morzu Śródziemnym. Dla Arabów mieszkających w Palestynie (nikt wówczas nie mówił „Palestyńczyków”, ten naród, ale nie tylko on, pojawił się później; a ja mam poczucie, że wtedy nikt nie przypuszczał, że się pojawi) to właśnie An Nakba - Katastrofa. Wówczas nastąpił koniec, doczekano kresu i czasu ostatecznego. Gdyby nie An Nakba, wszystko wyglądałoby inaczej.
Każda wojna ma swoje symbole, najpewniej różne dla każdej z walczących stron. Tłumaczą, dlaczego stało się to, co się stało. Nie mam wątpliwości, że dla palestyńskich Arabów symbolem jest wioska Deir Jassin. Wczesnym rankiem, w maju 1948 r. Irgun - skrajnie prawicowe, paramilitarne oddziały żydowskie - otoczyły osadę. Setka partyzantów (powiedzą też nie bez racji - terrorystów) zabiła ponad stu Arabów, nie zważając, czy mordują kobietę, niemowlę czy starca; na jednego żydowskiego bojownika przypadło jeden z hakiem arabskiego trupa. Wszystko trwało raptem kilka godzin i, zdaje się, militarnie nie miało znaczenia. Były w tej wojnie wydarzenia większej wagi, a nawet bardziej dramatyczne. Lecz to po Deir Jassin przez Palestynę poszedł krzyk - uciekajcie Arabowie, bo taki będzie wasz los.
Krzyczeli tak niektórzy Żydzi, ale też politycy z Ammanu, Damaszku, Kairu, Bagdadu, Bejrutu, Rijadu. Gdyby nie lęk przed Żydami, ale też arabskie namowy, 700 tys. arabskich mieszkańców Palestyny nie opuściłoby swoich domów. Co nie oznacza, że mord w Deir Jassin znajduje jakiekolwiek usprawiedliwienie. Zresztą - w izraelskich podręcznikach historii opowiada się o nim jak o masakrze hańbiącej narodziny Izraela. Arabskie szkoły w Izraelu upamiętniają Dzień Nakby. Zgoda - raz po raz (ostatnio, niestety, częściej) - zdarzają się politycy postulujący, by tego zabronić, gdyż - ich zdaniem - nie może być tak, by jakikolwiek izraelski obywatel pamiętał o Dniu Niepodległości jak o klęsce. Lecz - wiemy to z całą pewnością - ludzka pamięć nie poddaje się nakazom i zakazom.
Po jatce w Deir Jassin David Ben Gurion, pierwszy premier żydowskiego państwa, nazwał publicznie Menachema Begina, wówczas dowódcę Irgunu, a lata później również premiera i laureata pokojowego Nobla, „Menachemem Hitlerem”. Trudno o mocniejsze słowa; piece krematoriów były jeszcze ciepłe. Arabowie wymordowali konwój rannych zmierzający do Jerozolimy; nie oszczędzono nikogo. Przez Kair, Rabat i Tunis przeszły antyżydowskie pogromy. Na jerozolimskim starym mieście nie został ani jeden Żyd. Zburzono wszystkie staromiejskie synagogi.
Ale to Żydzi, koniec końców, wygrali tę wojnę, choć wygrać nie powinni. Ponoć zwycięzców się nie sądzi. Akurat tego nie jestem pewien. Znam wielu obywateli Izraela - Żydów i Arabów - którzy myślą podobnie. Zresztą - sam Ben Gurion powiedział kiedyś, że nie da się zbudować własnego szczęścia na nieszczęściu innych.