Ocalenie Atlantydy

Zyta Oryszyn
Ocalenie Atlantydy
  • Świat Książki
    Warszawa 2012
    135 × 215
    272 strony
    ISBN: 978-83-273-0040-9

Ocalenie Atlantydy nie jest klasyczną powieścią, to raczej zbiór ściśle ze sobą powiązanych – osobami, zdarzeniami i sytuacją narracyjną – opowieści. W jakiejś mierze utwór ten stanowi podsumowanie dotychczasowej twórczości autorki, zamyka i dopowiada wątki obecne we wcześniejszej prozie. Opowiadania zgromadzone w Ocaleniu Atlantydy krążą w zasadzie wokół jednego problemu: wkroczenia wielkiej historii w życie zwykłych, szarych ludzi. Pisarkę nieodmiennie interesuje destrukcyjna moc żywiołu dziejowości – od chwili wybuchu II wojny światowej po lata stanu wojennego w Polsce. Najpierw Oryszyn prowadzi nas na wschodnie Podkarpacie, gdzie w schronie czy raczej skrytce wykopanej w ziemi ukrywa się polska rodzina wespół z wojennym uciekinierami z głębi kraju. Na zewnątrz przetaczają się armie, grasuje partyzantka. Oryszyn koncentruje się na emocjach prostych i niewinnych bohaterów, dominuje tutaj lęk, a sytuacja zostaje porównana do nigdy niekończącego się polowania. Później wchodzimy w rzeczywistość lat tuż powojennych. Rodzina przenosi się ze wschodu na Dolny Śląsk i zajmuje mieszkanie w poniemieckiej kamienicy. Traumy wyniesione z nieodległej przeszłości niejako nakładają się na traumy aktualne – Polska wkracza w epokę stalinizmu, nasila się nieufność, szerzą się donosy, znikają ludzie aresztowani przez ówczesny aparat represji. Samo zaś miejsce (Leśny Brzeg na Odrą, do niedawna niemiecki Waldburg) naznaczone jest dramatem wypędzeń, krzywdą dawnych mieszkańców, którzy kiedyś wsparli Hitlera, a po 1945 roku zostali wystawieni na odwet. O tych wszystkich sprawach Oryszyn opowiada posługując się naiwną i jak gdyby zawężoną perspektywą. Bohaterowie nie dokonują tu żadnych rozrachunków z historią, nie analizują świata wedle kryteriów moralnych czy społeczno-politycznych – mówią, co się im lub komuś z najbliższego otoczenia przydarzyło. To spojrzenie z nizin, osadzone w doświadczeniu i konkrecie, dalekie od wzniosłości, a dzięki temu autentyczne i poruszające. W ostatnim rozdziale utworu pojawiają się odniesienia do paradoksalnego tytułu – ocalało życie, choć pod naporem przemocy i w tak niesprzyjających okolicznościach powinno zniknąć na podobieństwo Atlantydy.

- Dariusz Nowacki

Zyta Oryszyn (ur. 1940 r.) Pisarka i publicystka, w latach 80. redaktorka czasopism ukazujących się poza cenzura i działaczka opozycji. Zadebiutowała w 1970 r. powieścią Najada, w późniejszych latach wydała m.in. zbiory opowiadań Czarna iluminacja (1981) i Madam Frankensztajn (1984). Do czasu opublikowania Ocalenia Atlantydy (2012) za jej najgłośniejszy utwór uważano powieść Historia choroby, historia żałoby (1990).

Fragment

Tor ginął w lesie za zakrętem.
Za zakrętem zaczynał się świat. Przez świat jechało się pociągiem aż do Wrocławia. Od Wrocławia zaczynał się wszechświat.
Wszechświat był podzielony na dwie nierówne części żelazną kurtyną.
Stolicą wszechświata Olka Walewskiego była Moskwa. Które miasto było stolicą drugiego wszechświata, nie było do końca wiadome. Amerykanie twierdzili, że Waszyngton, ale oni chodzili do góry nogami. Francuzi oświadczali, że Paryż, ale oni jadali codziennie żaby i ślimaki. Anglicy upierali się, że Londyn. Aż śmiać się chciało. Olek Walewski mógł nakryć ich wysepki jednym niedużym kałamarzem.
Świat przesłaniały buki, graby i dęby, także świerki i jodły. Olek Walewski wdrapał się jednego razu na najwyższy dąb. Pogoda była krystaliczna, jak twierdziła babka. Koksownie nie dymiły, bo miały awarię. Olek pomyślał, że przy tak korzystnym zbiegu okoliczności będzie mógł zobaczyć nie tylko Wzgórze Gedymina czy Sobótkę, ale i górę Śnieżkę, przez którą przechodzi granica. A jak już zobaczy górę Śnieżkę, to i żelazną kurtynę, bo przecież taka kurtyna musi sięgać nieba.
Wcale nie było jasne, czy żelazna kurtyna sięga aż do nieba, czy tylko do pierwszych byle jakich chmur. Mietek Szczęsny twierdził, że tylko do pierwszych chmur. Bo jeżeli sięgałaby aż do nieba, to musiałyby w niej być jakieś śluzy czy co, żeby samoloty mogły latać.
Nie wiadomo też, jak daleko ta kurtyna sięga w dół. Czy tylko dotyka ziemi. Czy też wkopała się w jej głąb. Bo jeżeli się wkopała, to koniecznie trzeba mieć saperską łopatkę, żeby zrobić pod nią podkop.
Babka Olka Walewskiego uważała, że kurtyna nie sięga zbyt wysoko i że można ją zdobyć jak lodową górę, i namawiała do zaopatrzenia się w liny i haki.
Swój miodowy miesiąc spędziła przed pierwszą wojną światową w Chamonix i tam widziała, jak lodowiec Bosson zdobywali powiązani ze sobą linami alpiniści. Mieli specjalne buty. Takie z wystającymi gwoździami. Babka upierała się, żeby przed wyprawą za kurtynę wszyscy podkuli sobie buty gwoździami. I żeby te gwoździe specjalnie wystawały.
Mietek Szczęsny i Franka Salatycka głosowali za saperską łopatką. Przeciwko linom i specjalnie podkutym butom.
Po pierwsze – nie mieli butów, tylko kapce na gumie.
Po drugie – ciekawe, jak pani Walewska starsza chce się wspinać po żelazie, niechby i trochę chropawym. Bo chyba było chropawe, skoro nie odbijało słonecznych promieni tak, żeby odblask był widoczny w Leśnym Brzegu. Ten odblask kłułby w oczy i łyskał jak jakieś śniegi, a Olka Walewskiego nic nie kłuło w oczy ani mu nic nie załyskało, kiedy siedział na tym najwyższym dębie.

*
Żelazna kurtyna opuściła się na kilka miesięcy przed referendum. Dokładnie piątego marca tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku.
Olek Walewski kucał sobie akurat przy budowie i podglądał przedwiośnie. Przedwiośnie wyglądało jak pani Pitkowa w szlafroku, kiedy rano wyrzucała do śmietnika popiół. Spod szlafroka wystawały jej zbrązowiałe, popękane pięty i podarta, wyszarzała nocna koszula. Spieczone wieczną ondulacją włosy sterczały jej na wietrze jak spłowiałe, suche, trzeszczące badyle. Pani Pitkowa oddychała ustami. W jej półotwartych ustach czerniały zęby. Te usta i te zęby wyglądały jak rozkop na budowie.
Budowa to były zwały ziemi i jama obok kamienicy. To drzewa wyrwane z korzeniami i powalone na nasyp. Cegły i worki ze skamieniałym cementem. Pety, wyschłe trawy i zardzewiała koparka z podniesionym wysoko wybierakiem. Wybierak podobny był do szubienicy.
Pod szubienicą stały dwie budy. Buda dla psa i buda dla człowieka. W budzie dla psa całymi dniami naszczekiwała, nie wychodząc na zewnątrz, czarna kundlica. Nocami kundlica wyła i podobno ogryzała własne łapy. Tak mówił stróż i nazywał ją Fiśka.
Stróż mieszkał w budzie dla człowieka. Miał karabin i radio. Buda nie miała okien. Tylko szpary w oszalowaniu. Stała w niej leżanka. Doprowadzono do tej budy światło elektryczne.
Stróż często siadywał przed budą dla człowieka i nasłuchiwał szczekania Fiśki. Czasami łapał za karabin i jej obiecywał: – Ja jeszcze dożyję tego dnia, kiedy cię zamorduję, ty skurwysynko.
Słuchał też radia. Twierdził, że radia powinni słuchać wszyscy lokatorzy kamienicy. Bo z radia można się dowiedzieć, kto obcy, a kto swój. A obcym wstęp na budowę wzbroniony. Na przykład szpiegom. A każdy szpieg to obcy. Do obcego należy wymierzyć z karabinu jak do Fiśki i wykrzyknąć donośnie: Stój, kto idzie, ty szpiegu!
Nikt nie wiedział, jak stróż się nazywa. Głupio było pytać urzędową osobę o imię, nazwisko i miejsce urodzenia jak na przesłuchaniu.

Kiedy dokładnie piątego marca czterdziestego szóstego roku Olek Walewski kucał obok budy dla człowieka i podglądał przedwiośnie, bezimienny stróż nastawił radio. Fiśka szczekała, a radio znienacka zabumbało – bum, bum, bum bum – i przedstawiło się: – Tu mówi radio Londyn. Olek zdziwił się, że stróż ma angielskie, a nie jakieś poniemieckie radio, a kiedy przestał się dziwić, usłyszał z tego angielskiego radia, że na Ziemię opuściła się żelazna kurtyna. Tak mniej więcej w poprzek europejskiego kontynentu.
Wynikało z tego, że mniej więcej takie stolice, jak Warszawa, Berlin, Sofia, Praga czy Budapeszt i Bukareszt, znajdują się przed tą żelazną kurtyną – po stronie Moskwy. A reszta wszechświata jest już za nią.
Olek Walewski zerwał się na równe nogi, bo to była hiobowa wieść. Na łeb na szyję pognał do babki, żeby jej tę hiobową wieść zakomunikować. Po drodze przepowiadał sobie, kto i gdzie odkrył, że ta kurtyna się opuściła: mianowicie niejaki Churchill w miejscowości Fulton.
Babka, niestety, znowu się schowała. Szukał jej tam gdzie zwykle – za cynkowaną wanną w korytarzu, w mieszkaniu pod łóżkiem, za szafą, ale jej nie znalazł.