Cwaniary

Sylwia Chutnik
Cwaniary
  • Świat Książki
    Warszawa 2012
    135 × 215
    240 stron
    ISBN: 978-83-273-0187-1

„Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” śpiewał Stanisław Grzesiuk, polski bard, piewca folkloru przedwojennej stolicy, niekwestionowany patron najnowszej powieści Sylwii Chutnik. To rytm jego ballad, niekiedy tu cytowanych, jego postać, wymieniana z nazwiska, nadaje ton, sznyt i szarm całej opowieści. Chutnik skutecznie udowadnia, że świat autora Boso ale w ostrogach, raczej półświatek – a wręcz podziemie, przenikające się tylko czasami z tak zwanym wielkim światem, ma moc zdolną  pokonać współczesne, odczarowane, pobielone i zmodernizowane warszawskie realia. Trzeba tylko dobrze znać  literaturę, historię i mieć słuch dla rytmu opowieści o Staśku Nożowniku, Antku Synu Ulicy, o kochankach, pijakach i ladacznicach, i  na koniec – o kacie pod szubienicą. Sylwia Chutnik wykazała się słuchem wyjątkowym. I wyjątkową pomysłowością. Inspirując się warszawskimi balladami miejskimi, Dziewczętami z Nowolipek Poli Gojawiczyńskiej (czyli kultową powieścią o życiu młodych kobiet w międzywojennej stolicy), anarchopunkowym feminizmem, wytworzyła samoistną, oryginalną jakość, opowieść tyleż zabawną co wzruszającą. Melodramatyczną, brutalną i  polityczną. Bo – jak udowadnia – masz cwaniaka nad Warszawiaka. Jest nim cwaniara. Żeńska forma. Żeńskie wcielenie. Dziewczyna-bandytka, której nie pokona nikt. Która walczy zawsze w słusznej sprawie. No, może prawie zawsze. Czasami dla przyjemności. Przede wszystkim – cwaniara nie działa w pojedynkę.  Powieść Chutnik opiewa dokonania całej bandy kobiecych mścicielek. Bandy łączącej klasy społeczne (za sprawą dawnej jednej wspólnej klasy szkolnej), dzielnice, pokolenia. Celina,  Halina, Stefa, Bronka dziś grają pierwsze skrzypce, same wymierzają sprawiedliwość.  Główny wątek, czyli dintojra dokonana na złym deweloperze, który podpalił działaczkę ruchu lokatorów, pochodzi z realnej, najnowszej historii  polskiej stolicy. Taki wypadek miał miejsce, choć sprawców nie odnaleziono, wina dewelopera pozostała symboliczna. W powieści  rzecz całą przejmują w swoje ręce dziewczyny i tylko dzięki nim triumfuje sprawiedliwość. Wszystko zaczyna się na bródnowskim cmentarzu i  poniekąd na cmentarzu się zakończy, bo taki jest los wojowniczek. I taki, okrutny i smutny, jest koniec ballady. 

Kazimiera Szczuka

Fragment

Halina Żyleta rozmarzyła się i nieświadomie zaczęła delikatnie poruszać dłońmi. Dopiero, kiedy spadł strącony widelec, wybudziła się z letargu. Rozejrzała się wokół i nagle, jakby poza sobą, zaczęła mówić. Najpierw cicho, potem coraz głośniej i szybciej.

Jak byłam mała, to w szkole dawali mi co roku plakietkę wzorowej uczennicy. I mnie to bardzo denerwowało, wiesz? Myślałam sobie, co jest, jaki wzór, gdzie ja wzorem, dla kogo? Dla tych dziewczynek obok mnie, takich samych, w fartuszku z pedetu, z kucykami, z warkoczykami, w rajstopach. Jesteśmy wychowane na Ali, co zapierdala w kuchni z matką jak motorek, co ma brata kosmonautę, strażaka, Bóg wie kogo. I jakim ja wzorem jestem dla innych dzieci? Że taka pilna, taka grzeczna? Boże, jak ja nienawidziłam być grzeczna. Jak ja się starałam łobuzować, pluć, przeklinać, drzeć zeszyty w ozdobnych szlaczkach. I nic.
Kiedyś taki jeden z klatki wyskoczył. Miałam szesnaście lat, w głowie pustkę i tylko na koncerty chodziłam w ciasnych glanach, na koncerty pod sceną i pooogooo!! A koleś mi przystawił nóż do gardła i „rozbieraj się!”, krzyczy, „majtki zdejmuj!”. To ja, że ratunku, to on, że zamknij gębę, bo cię zabiję! A ja, że ratunku, a on, że nikt mnie tu nie usłyszy i rzeczywiście – nikt nie chciał mnie usłyszeć na osiedlu dwa tysiące osób, lato, okna otwarte, a ci, kurwa, ogłuchli wszyscy w jednym momencie. To ja się drę, ale bardzo słabo. Jakoś tak w środku mnie, od wewnątrz krzyk, na zewnątrz cisza. I on gmera przy rozporku, dyszy, kompletnie w amoku. Tak się zrobiło naraz duszno, mucha kręciła się przy mojej głowie, ale ja już myślami byłam gdzie indziej, ja już odmówiłam współuczestnictwa w tej niemiłej scenie i tylko sobie myślę, haha - odpocznę w domu, nakryję się na głowę i nikt mi już nic złego nie zrobi. A tymczasem, aż tu nagle – sąsiad przeszedł z kubełkiem śmieci i wychylił głowę w naszą stronę, a tamten uciekł, tylko mnie jeszcze zdążył popchnąć, to upadłam. Bardzo mnie bolało, bo jakoś tak niefortunnie uderzyłam się w rękę, spadłam na nią całym ciężarem.    
I leżałam z majtkami zdjętymi do połowy, w kompletnym szoku. A sąsiad tylko zrobił przeze mnie duży krok, bo mu leżałam bez sensu na drodze do śmietnika i łupnął tą klapą, łup, i poszedł. Nie miałam jak wstać, myślałam, że on mi jakoś pomoże, ale on mnie nie chciał słyszeć, zauważać, on miał, do cholery, swoje osobiste kłopoty natury: żona, dzieci, i tyle.
No naprawdę, już nie mają gdzie się rozkładać, te hormonalne nastolatki, opalają się, trądzik wyciskają na ludzi normalnie zmęczonych. Dlaczego nikt się tym nie zajmie, nikt nie opisze w telewizorze, gdzie są rodzice z komitetem wychowawczym, gdzie?
 
Sąsiad poszedł, ja nie.
Ferajna tańczy, ja nie tańczę.
Za jakiś czas, sycząc z bólu, podniosłam się i poszłam do domu. A tam to już tylko łeb pod kran i zimna woda.
Pomyślałam, że mnie nie zgwałcił. Że jednak nic się przecież nie stało. Drżąca cała wyszłam na klatkę zapalić.
Spotkałam koleżankę i ona: „co tam u ciebie, jakoś tak blado wyglądasz”. A mi ta ręka, co się na nią wywaliłam, tak napuchła, taka się normalnie bania zrobiła, że jeszcze chwilę, a by skóra pękła. Nie wiem, skąd mi przyszło do głowy, żeby trzymać fajka właśnie w tej łapie i nic nie mówić i tylko łzy mi kapały, ale nic nie mówiłam i ta koleżanka do mnie: „ej, stary cię pobił?”, a ja nic, i ona chyba pomyślała, że chyba tak, i się chyba wstydzę powiedzieć, i chyba jest jej mnie szkoda.
Wydawało mi się wieczorem, że to przejdzie. Że rosnące uczucie tępej wściekłości jest jak chwilowe nabuzowanie. Tydzień później po raz pierwszy podcięłam sobie żyły.

W szpitalu była taka fajna siostra i ja jej opowiedziałam wszystko, jak było i to, że wolałam zabić siebie niż tego, co mi zrobił krzywdę.
Pamiętam, że ona najpierw odwróciła głowę, potem długo milczała. A kiedy ponownie na mnie spojrzała nie była już miłą panią w czepku i w fartuchu. Przestała gładzić mnie po ręce i skromnie siedzieć na taborecie. Ona była już wtedy Xeną, Hothead Paisan i boginią Kali w jednym. Mówiła, właściwie syczała do ucha potoki słów, wbijała je do głowy, tak jak wbija się wzory matematyczne i święte przykazania.
Była moim Mahometem, który specjalnie na tę chwilę ukazał się, aby przekazać jedną prawdę:
Zemsta cię wyzwoli. Tylko zemsta, dziewczyno.
I to była taka życiowa prawda, której nie znajdziesz w gazecie. Taka życiowa prawda przemycana tylko między wtajemniczonymi.
Jeszcze jedną wódkę, proszę. Oczywiście, dla koleżanki, co tu siedzi.
Halina poprawiła się na krześle i przestała nerwowo skubać skórki przy paznokciach, zaplatać warkoczyki na włosach, mamrotać pod nosem, pocić się. Już dobrze, już sobie zła opowieść poszła precz do szufladki „było minęło”. Już jest dobrze, już jest cios karate i ostre narzędzie wyczuwalne pod sukienką.
W świecie przeszłości nie ma czasu na refleksje – zamykamy ozdobną szkatułkę traumy i bierzemy głęboki oddech. Hej przygodo, jutro nowy dzień!
 
Dziewczyńskie opowieści mają też to do siebie, że lubią nagłe zwroty akcji. Przykładowo: wydaje ci się, że uczestniczysz w prymitywnym plotkowaniu, ale nagle dostajesz porcję zwierzeń. I znowu w inną stronę biegnie rozmowa, rollercoaster sunie w górę i w dół opada. Nie nadążasz, to nie gadaj.
I Halina zmieniła temat na nowe wystawy i zepsuty rower, który naprawił jej Marek. Ach, nie uwierzysz, ple ple, co za tempo, co za melodia. Szkatułka opowieści była już zamknięta na specjalny dziewczyński szyfr. Długo się już nie otworzy, bo szyfr trudny do zapamiętania.
– Nie za dużo tej wódki? – mruknęła Celina, kończąc swoje jedzenie.
– Przecież alkohol jest zdrowy, dobrze działa na trawienie, kobiety w ciąży muszą pić, bo to zapobiega baby blues i wzdęciom. Tak naukowcy amerykańscy to odkryli, badając szczury. Otóż samice szczurów miały do wyboru dwa pojniki: z wodą i z alkoholem. I wybierały ten drugi. No chyba szczury wiedzą, co robią. I to jest teraz takie potwierdzone, na całym świecie kobiety w ciąży muszą pić. Nawet na porodówkach zamiast oksytocyny z kroplówek sączy się spirytus i od razu dziecko ma dziesięć punktów w skali tych, no alpag.
Celina spojrzała na przyjaciółkę nieco skołowana i próbowała zaprzeczać, że to chyba chodzi o symboliczną lampkę czerwonego wina, ale nie była już pewna i strasznie chciało jej się spać.