Ciemno, prawie noc

Joanna Bator
Ciemno, prawie noc
  • W.A.B. 
    Warszawa 2012
    123 x 195
    528 stron
    ISBN: 978-83-7747-628-4

Nową książką Joanna Bator udowadnia, że jest jedną z najciekawszych polskich pisarek średniego pokolenia. Jej powieść Ciemno prawie noc zabiera nas – podobnie jak świetnie przyjęte Piaskowa góra i Chmurdalia – w podróż na Śląsk, do Wałbrzycha. Tym razem jednak to bardziej mroczna wyprawa. Wraz z Alicją Tabor – bohaterką książki, reporterką z jednej z gazet – będziemy poznawali bolesną, sięgającą II wojny światowej, historię jej rodziny i związanych z nią osób.

Alicja przyjeżdża z Warszawy do Wałbrzycha, swojego rodzinnego miasta, po to, by napisać artykuł o tajemniczym zniknięciu trójki dzieci – Andżeliki, Patryka i Kalinki. Sprawa wiąże się z innymi, niewyjaśnionymi zdarzeniami – w mieście doszło do serii okrutnych zachowań wobec zwierząt, znaleźli się też tacy, którzy ogłosili się prorokami. Alicja zamieszkuje w starym, poniemieckim domostwie i zbierając materiały do reportażu, zaczyna rozmawiać z okoliczną, dziwnie zachowującą się ludnością. Z jej splątanych opowieści dowiaduje się prawdy na temat siebie samej i swojego tragicznego dzieciństwa na które cieniem położyło się szaleństwo matki i śmierć siostry, zafascynowanej legendą zamku Książ i jego pięknej mieszkanki, księżnej Daisy, na którą została rzucona klątwa…

Podobnie jak w poprzednich książkach, i tu Bator korzysta z wielu gatunków literackich, by utkać z nich jedyną w swoim rodzaju opowieść. Odważnie wykorzystuje konwencję powieści gotyckiej, ale i psychologicznej czy kryminalnej. Całość nie służy jednak, jakby się mogło zdawać, zabawie w parodiowanie gatunków literackich. Co ciekawe bowiem, mimo nawiązania do bardzo podatnego na humorystyczne dziś odczytanie gotyku, z Ciemno, prawie noc wyłania się poważna refleksja na temat świata – przesiąkniętego złem (tu noszącego bajkową nazwę kotojadów), cierpieniem historycznym, szaleństwem i tragedią tych, którzy poprzez swoją wrażliwość nie potrafią tego ciężaru unieść. 
Przeszłość okazuje się trudnym, jeśli nie niemożliwym do pokonania brzemieniem, historia lubi się powtarzać, demony mogą zbudzić się na nowo w każdej chwili. A gdzieś poza tymi refleksjami natury ogólnej rozgrywa się przecież i historia samotności głównej bohaterki, która nie może wejść w głęboki, satysfakcjonujący związek z ludźmi. Bator wszystko opisuje językiem, w którym prostota stylu sąsiaduje z poezją, legenda przeplata się z surową współczesnością. Ciekawa, oryginalna książka.
Patrycja Pustkowiak

Fragment

Gdy zamykałam za nim drzwi, trzasnęłam za mocno i odpadła podkowa, powieszona na ich wewnętrznej stronie na szczęście, które musiało przeoczyć ten znak zachęty. To nie była ostatnia rzecz, która tego dnia odpadła, rozpadła się lub okazała zepsuta bez nadziei. Dom umierał na moich oczach, jakby chciał zemścić się za to, że go opuściłam na tak długo. W świetle dnia widać było łaty łuszczącej się farby na suficie, wzdęte bąble wilgoci pod tapetami, wypaczone podłogi i dywany wyżarte przez mole tak, że w niektórych miejscach została tylko biała osnowa. Kalkomania z fiołkami na drzwiach łazienkowych straciła barwy i niegdyś liliowe płatki i zielone listki wyglądały teraz jak skrzydełka martwych owadów. Stałam w pokrytej rdzą wannie, czekając, aż wiekowy junkers zapłonie i będę mogła wziąć kąpiel, ale gdy ciepła woda w końcu zaczęła lecieć, wąż od prysznica nie wytrzymał i pękł na dwoje. „Zrobimy glazurę i terakotę”, obiecywał ojciec, „a może zamiast banalnej terakoty podłogę z cedrowego drewna? Do tego jacuzzi, będziecie taplać się w jacuzzi jak foczki z wrocławskiego zoo, co wy na to? A może sprowadzimy z Francji mosiężną wannę na lwich łapkach?”, zastanawiał się i hojnie szafował wyimaginowanymi pieniędzmi. Bieżące naprawy przy tak wspaniałych planach nie wydawały mu się warte zachodu. Napuściłam wody do tej strasznej wanny i zanurzyłam się wraz z głową, jak w dzieciństwie, gdy moja siostra siedziała obok i pilnowała, bym się nie utopiła. Fascynowały mnie wówczas podwodne odgłosy: pukanie, zgrzyt metalu o kamień, nawoływanie w różnych językach, pohukiwania i jęki. To był świat, do którego schodził nasz ojciec i za który w końcu zapłacił życiem. Niezależnie od tego, gdzie akurat się znajdowaliśmy, wskazywał palcem w dół, pod nasze stopy, i tonem kogoś, kto wierzy, mówił: on gdzieś tu jest. Gdzieś. Tu. Jest skarb Hitlera. Gdy go odnajdę, a mam teraz mapę wyjątkowej wartości i z pewnością prawdziwą, nasze życie zmieni się nie do poznania. Uszczęśliwi nas tak, że będziemy musieli poznać się nawzajem od nowa. Gdzieś pod starą wanną, w której rozbrzmiewały odgłosy podziemnego miasta, był skarb, którego szukał nasz ojciec w znoszonych czechosłowackich butach, oświetlając sobie drogę górniczą czołówką. Próbowałam zrozumieć, dlaczego woli być tam niż tutaj, ze mną i Ewą. „Proszę państwa”, żartowała moja siostra, „oto Alicja Tabor, wodna Wielbłądka, badaczka mórz i oceanów, które odwiedza, gdy zmęczy ją pustynia! Jedyna w swoim rodzaju wielbłądka płetwiasta i skrzelowata. Gatunek rzadki. Pod ścisłą ochroną. Opowie państwu dziś o tym, co widziała i słyszała w podwodnym królestwie naszej wanny”. Zabawa polegała na tym, że ja mówiłam zgodnie z prawdą, że dziś słyszałam pukanie, odliczanie po niemiecku i w jakimś języku podobnym do niemieckiego, gdzie zamiast ein było eins, i dźwięk szklanki upuszczonej na kamienną podłogę, a Ewa dopowiadała resztę. Wymyślała historię, bo to potrafiła robić najlepiej. Ja umiałam słuchać.

Pomyślałam, że być może myliłam się, sądząc, iż jestem już na tyle silna, że nie porani mnie ten dom pełen śmierci i duchów. Wiedziałam, że nie mogę ulec strachowi, i dlatego zatrzymałam się tu, a nie w hotelu zarezerwowanym przez redakcję, w której nikt nie miał pojęcia, że jestem właścicielką starego domu w Wałbrzychu. Niechętnie mówiłam o przeszłości i rzadko nawiązywałam z ludźmi kontakt na tyle bliski, by oczekiwano ode mnie zwierzeń. „Nie mam rodziny”, odpowiadałam, gdy padało pytanie o rodziców i rodzeństwo, pytanie, które moi znajomi tak lubili, bo godzinami mogli rozprawiać o doznanych krzywdach, traumach i sposobach radzenia, a raczej nieradzenia, sobie z nimi na ciągnących się latami terapiach. Ja przez całe dorosłe życie zbierałam siły, jak przygotowuje się zapasy na długą zimę, i wydawało mi się, że jestem nieźle przygotowana na tę podróż. Gdy w Wałbrzychu zaczęły znikać dzieci, wiedziałam, że nadeszła odpowiednia chwila i że to ja, zwana przez kolegów z redakcji Alicją Pancernikiem, muszę o nich napisać. Teraz tu byłam i dom, do którego klucz nosiłam zawsze przy sobie, kłapał na mnie spróchniałą poniemiecką szczęką.

Po kąpieli i podziemnym koncercie postanowiłam obejść wszystkie pomieszczenia, by przekonać się, na co stać tę ruderę i na co stać mnie, Alicję Pancernika. Na piętrze były dwie sypialnie, jedna należała kiedyś do mnie i Ewy, i tu, na starym dwuosobowym łóżku z dębową ramą i wiekowym materacem, zamierzałam nadal sypiać podczas tego pobytu. Stolik, przy którym kiedyś odrabiałyśmy lekcje, dwa krzesła, pusta szafa, dywanik z gałganków, nic więcej. Druga sypialnia była od lat pusta, stało tam tylko pozbawione materaca metalowe łóżko, smutne jak wrak łodzi porzucony na mieliźnie. Kiedyś, w czasach, których nie pamiętam, dzielili je rodzice, ale potem ojciec przeniósł się na dół i od tamtej pory gabiet pełnił jednocześnie funkcję jego sypialni, jadalni i kryjówki przed światem. Tam poszłam w następnej kolejności, po schodach tak skrzypiących, że bałam się, iż zapadną się pod moim niewielkim cieżarem. Irytowała mnie banalność rozpadu, bo może w głębi duszy oczekiwałam, że ten dom będzie umierał w jakiś ciekawszy i mniej przewidywalny sposób. Gdy otworzyłam drzwi pokoju ojca, zgęstniały czas uderzył mnie jak fala. Za oknem Zamek Książ wyrastał z buczynowego lasu i gdy ojciec pracował przy biurku, wciąż zawalonym stosami zakurzonych papierzysk i książek, widział tę budowlę, podnosząc oczy znad historycznych opracowań, map i planów. Teraz ja, jego młodsza córka, patrzyłam na Zamek Książ, na kłębiąca się pod jego murami mgłę, i należał on do tych nielicznych rzeczy, które nadal wydawały mi się tak samo wielkie i piękne jak w dzieciństwie. Wprawiłam w ruch stary ścienny zegar i gdy zakołysało się wahadło, poczułam, jak rusza uwieziony tu czas. Coś kliknęło, jakby czas tego domu i mój splotły się dopiero teraz. Pokryta płową skórą kanapa, na której siadałam jako dziecko w tych rzadkich chwilach, gdy ojciec nie był zajęty poszukiwaniami skarbu i czuł się gotów, by stawić czoła ojcowaniu, wydała pod moim ciężarem dźwięk podobny do westchnienia. Przez chwilę trwałam w bezruchu, starając się nawet nie oddychać, ale nie czułam nic prócz smutku. Skóra kanapy była szorstka i popękana jak pięta starego człowieka, pogłaskałam ją na przywitanie. Zajrzałam do kuchni tonącej w szarym blasku, jakby była wypełniona wodą i woda rzeczywiście kapała nieprzerwanie do zlewu, spływając z małego stalaktytu, który utworzył się przez te lata. Od drzwi prowadzących stąd do ogrodu ciągnał chłód, a mgła napierała na szyby. Stół i cztery krzesła wyglądały jak szkielety dawno wymarłych zwierząt, których nikt nie zdążył nazwać ani polubić.