Szopka

Zośka Papużanka
Szopka
  • Świat Książki
    Warszawa 2012
    135 × 215
    208 stron
    ISBN: 978-83-7799-824-3

Ta powieść jest jak skręcona sprężyna. Skomponowana z krótkich scenek opowiada kilkadziesiąt lat życia pewnej krakowskiej rodziny, życia pełnego napięcia, konfliktów i w gruncie rzeczy niezrozumienia tak głębokiego, że aż rodzi się pytanie nie opuszczające czytelnika przez cały czas lektury: dlaczego trwa, dlaczego sie nie rozpada? Oczywiście znajdują się w niej podpowiedzi, z których można wysnuć taką czy inna odpowiedź, ale nie będzie ona do końca przekonująca: bo łączy ją sakrament małżeństwa, bo ciążą na niej zaszłości z przeszłości i jest – przynajmniej dla mężczyzny – rodzajem pokuty, bo przeciwieństwa się przyciągają etc. Nic jednak nie jest do końca wyjaśnione i nie mamy do czynienia z prostą publicystyką o piekle życia rodzinnego. To jest po prostu literatura. I to poważna. Napisana z nerwem, przejęciem i literackimi umiejętnościami. Papużanka śmiało operuje językiem literackim, swobodnie oddaje się grom słownym, ma wyczucie indywidualnych języków, które charakteryzują postaci lepiej niżby to robił ewentualny serwowany przez narratora ich opis. To wszystko jest znakomite, łącznie z pisarską przebiegłością, z jaką autorka zamierzyła powieść, kierując się pewnie czymś, co można byłoby nazwać „pisarską nieśmiałością” – nie konstruuje rozlewnej narracji, o jaką aż się prosi temat, nie snuje sagi rodzinnej, lecz tylko zapisuje jakby w telegraficznym skrócie sceny z różnych okresów rodzinnego życia zmieniając punkt widzenia i narratora, zgodnie zresztą z sugestią zawartą w pierwszym akapicie powieści.
Ten utwór jest czymś w rodzaju powieści w koncentracie, do którego – żeby otrzymać konwencjonalny utwór – należałoby „dolać wody”, rozcieńczyć to, z czym mamy do czynienia. Nie wiem jednak, czy wyszłoby to w ostatecznym rachunku powieści na dobre, bo być może osłabiłoby siłę jej oddziaływania, którą teraz można porównać do uderzenia pięścią.

Leszek Bugajski

Zośka Papużanka (ur. 1978), teatrolog, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Robi doktorat z literaturoznawstwa. Szopka jest jej debiutem literackim.

Fragment

Zawsze tak samo. Zagubione dzieci w lesie, stara śpiewka. Niczego nie da się zrobić. Choćbyśmy chcieli zmylić instynkt, pójdziemy udeptanymi ścieżkami. Czas utracony, który niczego nie ocali. Choćbyśmy chcieli zapamiętać jakąś chwilę, i tak zawsze się okazuje, że to nie było tak, że nie wiadomo, kto to zrobił, kto powiedział, że zostają nam tylko jakieś strzępy, brudy na talerzach, nienależące do nikogo. I nigdy nie będzie jasne, kto jest narratorem, kto postacią, kto tłem, kto bohaterem, czyje są słowa, które się piszą. Tylko kto przegra, kto przegra, to zawsze wiadomo od początku.
Nie można było znaleźć powodu dla tego małżeństwa. Żadnego. Racjonalnego ani irracjonalnego. Żadne uczucia, na pewno. Żadna sytuacja, zbieg okoliczności, nawet pieniądze żadne. Ani się lubili, ani do siebie pasowali. Nikt nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego się z nią ożenił. A ona już jednego męża miała. Co prawda w grobie, ale mogła przecież na tym jednym grobie poprzestać. Niewiele o pierwszym mężu było wiadomo; ona sama chętnie wspominała, że pięknie śpiewał, mniej chętnie, że chodził na szaber, czyli zachowywał się nielegalnie i utrzymywał ją w ten sposób.
Gdy pierwszy mąż, obrósłszy w janosikową legendę, zabrudził sobie jakąś ranę na nodze i umarł, wróciła do domu rodzinnego z jedną walizką, trochę ciągnąc za rękę, trochę niosąc trzyletniego bąka z podrapanymi kolanami. Jej matka westchnęła, otwarła drzwi domu i zajęła się swoimi sprawami, nie spojrzawszy nawet na powracającą córkę marnotrawną, no i proszę, ledwośmy się tego jazgotu pozbyli, już wrócił pomnożony. Córka marnotrawna matką nie przejęła się wcale, posadziła dziecko w kącie, wetknąwszy mu do ręki pajdę chleba, zakasała rękawy i zabrała się do roboty.
Niczego od nikogo nie chciała, wszystkim pomagała po trochu, o siebie nie dbając prawie wcale. Jesień zmieniła się w zimę, zima w wiosnę, stare sukienki zaczynały się lekko opina na brzuchu, dłonie miała zniszczone od prania i pracy w polu. Podpierała się pod boki, rozstawiała szeroko nogi, żeby zasłonić sobą jak najwięcej świata, przechylała nieco głowę, jak kura udająca, że cokolwiek pojmuje. Każdemu zawsze mówiła prawdę, i to od razu, nawet taką, której nie chciał usłyszeć. Że ten za chudy, ten pryszczaty, a ta to nigdy se chłopa nie znajdzie, a już na pewno nie za dnia. Każdy ją szanował. Nikt jej nie lubił. I tego właśnie chciała. Kiedy wybierała z kosza sadzonki ziemniaków, pochylała się nad równym zagonem i umieszczała na stabilnym rusztowaniu nóg swój duży, twardy tyłek, wszyscy wiedzieli, że tam właśnie ich ma.
No i dlaczego się z nią ożenił? Wdowa z dzieckiem. Wredna. Wiecznie niezadowolona. Chyba zrobiło mu się żal.


*

Drogi bracie, pisał Bronek, serdecznie Cię pozdrawiam, Kraków jest ogromny, zabytków tyle, jak mam czas, to chodzę i oglądam, już na Wawelu byłem i we Smoczej Jamie. Tutaj wszystko jest inaczej. Pracę mam dobrą, w sklepie, na razie mieszkam z kolegą, ale pieniądze odkładam, żeby na swoim wreszcie być. Bo i dziewczynę poznałem, jak na kawie byłem w kawiarni, ona tam za kelnerkę pracuje, ale ze wsi pochodzi i chcemy się pobrać. I tak u mnie, dużo nowości. A Ty się nie zastanawiaj, spakuj, co tam masz, i do mnie przyjeżdżaj, robotę Ci znaleźć pomogę, a na weselu to i kogoś poznasz. Bo ileż to można samemu żyć. Twój kochający brat Bronisław.
Drogi bracie, biegła po głowie i po kartce gotowa odpowiedź, już dawno o tym myślałem, matka z kąta w kąt chodzi, krowę musiała sprzedać, bo w domu coraz gorzej. Stasia z mężem jeszcze mieszkają u nas, bo się nie mają gdzie podziać, a na wiosnę będzie trzecie dziecko. Walenty też się będzie żenił i gdzie mają mieszkać, jak nie w domu. Jan za to pełną gębą gospodarz, na hektarach swoich, co mu żona wniosła, siedzi, a za próg nie wpuści. Ja tu nikomu niepotrzebny, jedna łyżka do miski mniej, już się spakowałem. A pieniądze na bilet to mi Jasiek pożyczy, jak obiecam, że nie wrócę.
Ledwie wysiadł z pociągu, wepchnięto go jak owcę między wilki, w połowie drogi od wódki do zakąski, w połowie czasu między Bronkiem w nowym garniturze a jego panną młodą o grubych warkoczach i symbolicznym wianku, bo ten prawdziwy tydzień wcześniej Bronek zdobył w stodole, a zawziął się, chociaż go przy tym nieźle siano w dupę kłuło. I usadzono go między panem, wójtem a plebanem na podkrakowskim niepoetycznym weselu, bez Racheli, bez złotych podków, za to wśród samych chochołów. Bronek podlewał brata co chwilę wódką, jak egzotyczną roślinę, ciotki panny młodej dbały o niego, wykorzystując swoje kiełbasiano-ogórkowe argumenty.
Jakiś dziadek, nie wiadomo czyj, za to z całą pewnością stuletni, potężnymi chrapnięciami poruszający obrus, przebudził się nagle, żeby wrzasnąć „Kto powiedział, że ja jestem jeleń?”, po czym zapadł w powtórną błogość, podtrzymując dłońmi imponujące poroże. Wesoła kuzynka, pijąca przez godzinę na smutno, nagle zebrała się na odwagę i postanowiła publicznie wypowiedzieć całą prawdę o swoim mężu, na co on postanowił publicznie przylać jej w tyłek, po czym publicznie okazało się, że ten tyłek nie zna bielizny. Wszystkie dziewczęta przyglądały się z uwagą bratu pana młodego, przybyłemu z daleka, głośno przedstawionemu, co go bardzo skrępowało. Wszystkie dziewczęta obserwowały ruchy jego szczupłych dłoni, zajętych sernikiem i bigosem, wszystkie dziewczęta, tańczące z innymi, z radością wydobywające spod sterty spódnic i halek grube, pękate kolana, wszystkie dziewczęta, nawet ta, koło której Bronek wskazał bratu miejsce, ta, która śmiała się najgłośniej, tańczyła najczęściej i najwięcej piła, ta, która właśnie przysiadła obok i oparła się o ścianę, jakby chciała wywrócić cały dom, i teraz upinała na głowie rozpleciony kok, ukazując okrągłe plamy potu na białej, haftowanej bluzce, ta, koło której Bronek specjalnie go posadził, specjalnie, bo ileż to można samemu żyć. To brat mój, z Pomorza przyjechał, w Krakowie ze mną pracować będzie, dobry chłopak, ale sam na świecie jak palec, a no to niech się wódki napije, zaraz mu się tu spodoba, już mi się spodobało, a panienka się nie napije ze mną, jaka tam panienka, powiedziały dwa rzędy mocnych zębów, żując różowe, soczyste mięso języka, jaka panienka, pani jestem, wdowa, taka młoda i już wdowa, a tak, zabrzmiało dumnie, nie smutno, wdowa, mąż mnie dwa lata temu odumarł, to i wdowa, ale co tam się przejmować, gówniane życie i tak, jeszcze bym się tym przejmować potrzebowała, wszystkim śmierć jednaka, a pan w Krakowie na długo, chyba na zawsze, proszę pani, chyba na zawsze.