Kochanie, zabiłam nasze koty

Dorota Masłowska
Kochanie, zabiłam nasze koty
  • Noir sur Blanc
    Warszawa 2012
    145 × 235
    160 stron
    ISBN: 978-83-7392-393-5

Ta powieść to rewelacja! Trudno było uwierzyć, że coś przebije sensacyjną Wojnę polską ruską pod flagą biało-czerwoną, tymczasem najzdolniejsza pisarka młodego pokolenia, laureatka m.in. Paszportu Polityki i Nagrody Nike, Dorota Masłowska wydała swoją chyba najlepszą do tej pory książkę.
Spotykają nas tu same zaskoczenia: rzecz dzieje się nie, jak do tej pory, w Polsce, a w Nowym Jorku. Sposób narracji, który do tej pory był najczęściej gigantycznym eksperymentem, tu uległ przycięciu, wygładzeniu – opowieść biegnie sprawnie i po bożemu, jednocześnie nic nie tracąc na sile wyrazu czy wręcz magnetyzmie. Zdania sprawiają wrażenie tak nie wysilonych jakby pisały się same, choć z drugiej strony za ich elegancję, precyzję, trafność porównań i metafor oraz dowcip musi odpowiadać wytężona pisarska praca. Opowieść jest skupiona na jednym, kobiecym bohaterze. Jedyne, co się nie zmieniło, to trafność obserwacji i eksplozja poczucia humoru, do których przyzwyczaiła nas autorka (której figura znów pojawia się w książce!).
Główną bohaterką jest tu Farah ("Farrah Fawcett" – mówią uszczypliwie znajomi) – dobiegająca trzydziestki singielka – choć stan jej ducha sprawia, że odpowiedniejszym pojęciem byłaby tu stara panna. Farah spędza czas czytając poradniki rozwoju duchowego, dumając nad swoim nieudanym życiem i generalnie próbując jakoś zabić czas, jest też ogarnięta pasją zdrowego życia posuniętą do takiego absurdu, że nawet przed próbą samookaleczenia dezynfekuje żyletkę. Przeżywa też osobistą tragedię, bowiem jej serdeczna przyjaciółka Jo znajduje sobie chłopaka. Poznajemy też całą plejadę jej (raczej dalszych niż bliższych) znajomych zażywających antydepresanty, próbujących zrobić karierę w świecie sztuki awangardowej…
Kochanie, zabiłem nasze koty to kpina z wielkomiejskiego, zachodniego stylu życia i wszelkich przynależnych mu, współczesnych mód: taniej, kopiowanej naprędce ze Wschodu duchowości, presji dobrego wyglądu, zdrowego odżywiania, a przede wszystkim bycia ostentacyjnie szczęśliwym. Masłowska jak zwykle każe nam się śmiać po to, byśmy po jakimś czasie zastygli z tym śmiechem na ustach i zobaczyli własną miałkość, brak rozsądku, głupotę. A wreszcie samotność – bo w tej najdojrzalszej książce autorki Pawia królowej jednym z głównych tematów jest ciągła, rozpaczliwa i skazana na niepowodzenie próba przebicia się do drugiego człowieka. Do tego opisana wybuchową mieszanką językową łączącą język amerykańskich seriali komediowych, wielkomiejskiej ulicy, Google Translatora oraz poetyckich, znanych tylko autorce rejestrów. Świetna rzecz.

- Patrycja Pustkowiak

Fragment

Tak, tu można spotkać każdego: i żebraka, i księcia. I nagiego króla, o ile tylko któryś z tych zbzikowanych projektantów ogłosił, że w tym sezonie najmodniejsze są ciuchy uszyte z powietrza…
Przewiewne, lekko prześwitujące, ultrasexy, a co najważniejsze: nie trzeba ich prać… Minusy: słabo kryją mankamenty sylwetki. No i inni ludzie oddychają twoim ubraniem.  Na jednym rogu ktoś wciska ci hip-hop nagrany właśnie w kiblu w MacDonaldsie albo oryginalną torebkę CHENEL, choć doprawdy worek, w który jest zapakowana, wygląda na bardziej wart tych czterech dolarów. Na drugim beznogi pijaczek przekonuje cię, byś oddał
swoje życie Jezusowi, a pieniądze jemu, bo bycie prorokiem to też wydatki… A zaraz na trzecim w butiku-hotelu na złotej sofie pod obrazami Kjowebgiyra Anogiwa, który osiąga teraz zawrotne ceny, niby nigdy nic siedzą córki senatorów i różnych prominentów i zalewają się w trupa, przeglądając „Obrzydliwie bogate pipsko dziś”…

„Czym najlepiej rzucać w telewizor plazmowy? Testujemy kieliszki do szampana”.
„W pięć minut w formie po skrobance? To możliwe. Ekspresowe pogotowie makijażowe”.
„Sexy na odwyku. Dziesięć trików, by wyglądać jak milion dolarów, gdy czujesz się jak piętnaście starych marek niemieckich”.
„Tato, rozbiłam twój śmigłowiec! Wyciągnij korzyści z zabawnej wpadki”.
„Co zrobić, by pekińczykowi nie waliło z ryja”.
„Czy wiesz, że psy to ssaki?! Ciekawostki naukowe”.

Nie można powiedzieć, te małe nie mają może smykałki do nauki, ale jeśli chodzi o modę, naprawdę znają się na rzeczy. Akurat najnowsza kolekcja Zacha de Boom, którą mają na sobie, nazwana została „Holy”, zgadnijcie dlaczego. „Dziewczyna pielgrzyma”, to ona zapładnia w ostatnim sezonie wyobraźnię projektantów. Louboutine wypuścił serię świrniętych czółenek inspirowanych przeciwodciskowymi sandałami ortopedycznymi, a Vivienne Westwood proponuje do nich białe grube męskie skarpety z wizerunkiem skrzyżowanych rakietek do tenisa na kostce albo po prostu bose stopy, pokryte trądem i przewiązane kraciastą chustką do nosa. Włosy w tym sezonie mają być nieświeże, „nieatrakcyjne”, obowiązkowo: „przetłuszczający się” make-up, suche, najlepiej popękane podczas całowania krucyfiksu wargi, lekkie samookaleczenia. Z daleka myślisz, że to jakieś zwariowane damulki, co przyszły tu na kolanach z Lourdes głosić słowo Chrystusa, jednak jak spojrzy się z bliska, widać łyskające spomiędzy poliestrowych warg perłowe zęby, warte
więcej niż twoja dusza, ba, niż całe twoje gówniane istnienie.

Już zdaje ci się, że jedyne ich zajęcie to krzyczenie: O mój Boże! O mój Boże! i rozglądanie sie wokół, czy wielkie wrażenie, jakie robią, rozkłada się równomiernie po tym padole łez. Ale jak tylko spróbujesz przywlec się do nich jak wór nikomu niepotrzebnego śmiecia, nie licz na miłosierdzie, one wezmą cie w obroty. Najpierw powiedzą, żebyś skoro nie masz chleba, jadł ciastka; a potem że skoro nie masz ciastek, to żebyś jadł tort śmietanowy z organicznymi malinami. „Nie mam takiego tortu” — szepniesz, przełykając boleśnie ślinę, „To powiedz, żeby ci przysłali samolotem ze Szwajcarii”. Czego jak czego, ale nienawidzą wyuczonej bezradności, z nimi też się nigdy nikt nie pieścił. Też kiedyś nie miały domu, więc nie biadoliły, tylko kupiły sobie pałac we Florencji. Też kiedyś nie miały porsche, to kupiły sobie ferrari. Więc jeśli jesteś już takim wyświechtanym, gówno wartym tobą, to chociaż zlituj się i się stąd bujaj, bo zawołają ochronę. One nie znają Litości, żaden liczący
się chirurg plastyczny w tym mieście nie ma tak na nazwisko!

Tak to jest na Bohemian, nie ma co kryć; demokratyczny jest tu jedynie gromniczny huk miasta z oddali i ten smród, który koniec końców da się polubić: mieszanina śmieci, świeżo pieczonych muffinów, najdroższych perfum, ludzkiej kaki i żelastwa z bebechów metra. Obsesyjne życie tego dystryktu nigdy nie ustaje, a przez noc rozświetla je petrochemiczna poświata z pobliskich budynków maklerskich.

To tu właśnie pracowała Joanne Jordan, między Chase a sklepem z kosmetykami ajurwedyjskimi.

Sam salon wiele osób kojarzy przez jego dość wydumaną nazwę, która brzmi: „Hairdonism”… Cóż… Wymyślił ją jego właściciel, który ma na imię Jed, ceni sobie sztukę i lubi przymilać się do artystów, a raczej ma nieutulony, wiecznie żywy żal do karmy, że sam nie urodził się jednym z nich. Oraz o parę innych jeszcze rzeczy. Jak wielu, usiłuje zabić ten niedający mu nigdy spokoju resentyment za pomocą alkoholu etylowego; jest w tym konsekwentny, cierpliwy i impregnowany na nieustające porażki. Żal ten bowiem zdaje sie nigdy nie ginąć, a wręcz, jak to bywa, podlewany litrami wina, nierozcieńczaną whisky i stoliczną vodką, pęcznieje i wypuszcza w najlepsze, niby pączki, coraz to nowe wątki,
znajduje nowe obiekty i zagarnia kolejne płaszczyzny jego dość samotniczego trybu życia.

Jed to duży, gruby chłop o sympatycznej dość twarzy, skłonnej do mienienia sie wszystkimi odcieniami czerwieni, po których oceniać dość trafnie można stopień jego odrealnienia: od lżejszych rumieńców aż po pełen melancholijnych blików szkarłat niedopieczonego befsztyka. W niezłych marynarkach i włoskich butach, swojemu zakładowi usiłuje nadać artystowski sznyt, zapychając każdą szparę książkami wielkiej przypadkowości, kupowanymi hurtem po dolarze (Moby Dick, Z osteoporozą na ty, Życie i śmierć Stalina, Decoupage w weekend, Być jak Elton John). Twierdzi, że kiedyś chciał studiować literaturę porównawczą, jakoby jednak popadł w uzależnienie narkotykowe, z którego na szczęście kompletnie wyszedł, co nie zdarza się często… Kiedy powtarzał to tak, zupełnie pijany, kładąc rękę na sercu, nie można mu było nie wierzyć, że byłby całkiem dobrym eseistą. Gdy nie ma akurat żadnego klienta, Joanne zagląda czasem do tego dziwacznego księgozbioru, czytając głośno przypadkowe zdania i wróżąc z nich sobie lub w sposób dość nonsensowny odnosząc je do własnych zapatrywań na dane zagadnienia, na przykład:
— „Nie dał sie zagadać: słuchaj no, to stare psisko tylko się męczy!” — czytała i:
— Biedny pies. Nienawidzę, gdy zwierzęta cierpią. — dodawała zaraz od siebie, odkładając Steinbecka z powrotem na półkę. Albo tak jak teraz:
— „Na szczęście mam resztki kariery i wspaniałe dzieci”. Hej, czy mam to traktować jako wróżbę? Spóźnia mi się okres!
— Znowu? — westchnęła Mallery, idąca akurat na zaplecze po odbarwiacz.
— Znowu — mówi Joanne, wytykając do niej język, i bierze kolejną książkę: „O ile mi bowiem wiadomo, tereny nie kończą się nagle, tylko niepostrzeżenie przechodzą w sąsiadujące”.
To było już dla niej za dużo.
— Bez sensu — powiedziała, podgłaśniając radio (leciała Beyoncé, uwielbiała ją). — Beckett to nie jest przypadkiem jakiś tenisista? Jedno jest pewne: facio jest nieźle pokręcony.
Właśnie kiedy to mówiła, do salonu weszła jakaś dziewczyna.