Skrzydlata trumna

Marcin Wroński
Skrzydlata trumna
  • W.A.B. 
    Warszawa 2012
    123 × 195
    312 strony
    ISBN: 978-83-7747-645-1

Cykl powieści Marcina Wrońskiego o komisarzu Zygmuncie „Zydze” Maciejewskim powoli wysuwa się na czoło polskich serii kryminalnych, zyskując uznanie nie tylko krytyków literackich, ale przede wszystkim czytelników. Dzieje się tak z jednej strony dlatego, że lubelski autor z książki na książkę rozwija się, pisząc coraz lepszą prozę, z drugiej – ponieważ każda z części cyklu jest nieco inna. W Skrzydlatej trumnie, czwartej już odsłonie przygód Maciejewskiego, akcja toczy się dwutorowo. Jest styczeń 1945 roku, Maciejewski gnije w więzieniu bezpieki, gdzie próbuje złamać go demoniczny major – nomen omen – Grabarz. Towarzyszem więziennej niedoli Zygi jest człowiek, z którym zetknął się przy okazji śledztwa prowadzonego w 1936 roku. To druga nitka opowieści. W Lubelskiej Wytwórni Samolotów wiesza się strażnik. Sprawa na pozór jasna i prosta, ale Maciejewskiego zastanawia, że wszystkim zależy na błyskawicznym zamknięciu dochodzenia, a do tego interesuje się nią kontrwywiad wojskowy. Na własną rękę kontynuuje śledztwo, narażając się przełożonym, i koniec końców trafia na trop szajki bardzo pomysłowych przemytników narkotyków.

Dla Wrońskiego równie ważna – jeśli nawet nie ważniejsza – jak intryga kryminalna jest historia wpisana w powieściową fabułę. I nie ogranicza się przy tym tylko i wyłącznie do rekonstruowaniu obrazu przedwojennego Lublina, miasta wprawdzie prowincjonalnego, ale barwnego przez swą wielokulturowość. W gruncie rzeczy Wroński – zresztą podobnie jak inni autorzy kryminałów retro, tacy jak Marek Krajewski czy Paweł Jaszczuk –wypełnia białe plamy naszej historii pełną szczegółów treścią. A że posługuje się przy tym konwencją powieści kryminalnej – dodaje to smaczku opowieściom o światach, które zmiotła z powierzchni ziemi „historia spuszczona z łańcucha”.

Wroński ma w ręku jeszcze jeden bardzo mocny atut – komisarz Maciejewski to najwyrazistszy, najbardziej intrygujący bohatera polskiej prozy kryminalnej od czasu Eberharda Mocka wykreowanego przez Krajewskiego.

Robert Ostaszewski

Marcin Wroński (ur. 1972), pisarz, felietonista, mieszka w Lublinie, gdzie rozgrywa się akcja cyklu kryminałów retro o komisarzy Maciejewskim. Skrzydlata trumna to czwarta powieść z tej serii.

Fragment

Panna Anna Szpetówna pracowała w miejskiej bibliotece dopiero niecały rok, ale pochlebiała sobie, że ledwie spojrzy na wchodzącego do czytelni, a już wie, po jaką prasę sięgnie lub jaką książkę zamówi z magazynu. Zawdzięczała to lekturom powieści psychologicznych (o których chętnie opowiadała, a raz nawet napisała list do „Wiadomości Literackich”), detektywistycznych (o których nie opowiadała nikomu, bo to mimo wszystko wstyd, mimo że wielu jej znajomych też czytywało „Tajnego Detektywa”), jak i wreszcie ojcu adwokatowi, przez którego gabinet przewinęło się wielu hochsztaplerów.
Jednakże tego dnia, gdy rano, zaraz po otwarciu czytelni, podszedł do niej niechlujny mężczyzna w przybrudzonej marynarce, postawny i kiedyś pewnie całkiem przystojny, panna Anna stanęła przed trudną zagadką.
– Na początek „Skrzydlatą Polskę”, dwa ostatnie roczniki, i księgę Ku czci poległych lotników – powiedział ku jej zdziwieniu. Poskrobał zarost na brodzie. – Aha, i „Polskę Zbrojną” od początku roku – dodał takim tonem, jakby miał na myśli: „Aha, królowo, i jeszcze małe piwko”. Po czym wpisał się do księgi nonszalanckimi kulfonami: Zygmunt Maciejewski, pracownik umysłowy (znamionującymi siłę woli, co wyczytała gdzieś Szpetówna).
Wypełnił rewersy na archiwalne roczniki tak szybko, jakby tu bywał codziennie. Usiadł obok emerytowanego profesora Dubiela, który w czytelni miał niemal drugi dom, bo podobno pisał biografię Łopacińskiego, fundatora biblioteki. Panna Anna nie lubiła go, odkąd teatralnym szeptem zaczął jej tłumaczyć, że Łopaciński wcale nie wypadł z bryczki na skutek wypadku, ale był to zamach żydokomunistycznych terrorystów. Szpetówna nie miała semickich rysów, z włosami w kolorze ciemny blond i znakomitą, literacką wymową swobodnie mogła uchodzić za Polkę, więc profesor pewnie nie wiedział, z kim ma do czynienia. Niemniej gdy nowy czytelnik bezceremonialnie odsunął jego zapiski zajmujące półtorej stolika, a potem zgasił protesty spojrzeniem zawodowego mordercy, podekscytowanej bibliotekarce o mało nie spadł na podłogę stary numer „Teatru i Życia Wytwornego”.
Tymczasem Maciejewski w przeraźliwie amerykańskim tempie wertował księgę Ku czci poległych lotników. Zupełnie jakby wcale jej nie czytał, ale szukał czegoś między wersami. Wydał się pannie Szpetównie tajemniczy i przez to jeszcze bardziej interesujący. Gdyby tak go rozgryźć!... Z kolei przy artykułach w „Skrzydlatej Polsce”, które chłopcy z gimnazjum połykali jak ona „Wiadomości Literackie”, Maciejewski wyraźnie się zatykał i tracił wątek. Czasem mijał kwadrans, a on tylko trzymał pióro między palcami, jakby to był papieros, i nawet nie odwrócił strony. Zaraz, czy miał na palcu obrączkę?, próbowała sobie przypomnieć bibliotekarka.
– Dzień dobry pani – wyrwał ją nagle z własnych myśli aksamitny głos.
Nie usłyszała otwieranych drzwi! Dlatego teraz z głupią miną pensjonarki spojrzała na przystojnego mężczyznę z ekscentrycznie kolorowym krawatem, włosami błyszczącymi od brylantyny i czerwonym, zakatarzonym nosem.
– Pan życzy sobie… prasę? – bąknęła.
– Proszę pani, nie śmiałbym powiedzieć, czego sobie życzę. – Gestem filmowego amanta poprawił fryzurę, po czym kichnął. – Tymczasem mam tylko dwa słowa do tego pana. – Wskazał pogrążonego w lekturze Maciejewskiego.
Panna Anna powinna była zaprotestować, w końcu czytelnia to czytelnia, ale czy sprawił to narkotyczny zapach wody po goleniu, czy zwierzęcy magnetyzm kolejnego nieoczekiwanego gościa, dość że siedziała bez słowa i patrzyła, jak elegant siada na brzegu krzesła obok niechlujnego znajomego. Szepnął mu coś, podsuwając złożoną kartkę. Wyglądali jak szef gangu z Chicago i jego zaufany cyngiel. „Jest dla ciebie robota, Tommy Gun. Na mokro”, mówił pewnie ten młodszy, elegancki. „Okay, Johny, ten facet jutro będzie martwy”, odparł bez wątpienia Maciejewski. Tylko czyje nazwisko było na kartce? Dubiela?! Na tę myśl panna Szpetówna zachichotała cicho.
Albo to handlarz kobietami!, bibliotekarka wpadła na pomysł innej intrygi. Wybrylantynowany stręczyciel i jego rozmiłowany w przemocy, sadystyczny wspólnik. Nos złamali mu konkurenci podczas wojen alfonsów, ale on, chociaż cały okrwawiony, podusił wszystkich gołymi rękami. Jednakże w takim razie ich upatrzoną ofiarą mogła być tylko ona, jedyna kobieta w czytelni!
Maciejewski sięgnął do kieszeni, zaszeleściło pazłotko. I panna Szpetówna znów nie mogła się nie uśmiechnąć, bo oto mężczyzna, który urósł w jej oczach do postaci bezwzględnego przestępcy, wpakował sobie do ust czekoladkę. Jak mały chłopiec!
Nim minął kwadrans, bibliotekarka miała już w głowie pomysł na elektryzującą powieść sensacyjno-erotyczną. Bandycka szajka porywa dziewczynę, nowoczesną i zarabiającą na swoje skromne potrzeby, jednakże córkę znanego adwokata. Początkowo chcą sprzedać swą ofiarę międzynarodowemu gangowi przemycającemu młode kobiety z Polski do Argentyny, ale szef-elegancik wpada na pomysł, by zażądać okupu od jej ojca. Ojciec, dzięki swym rozległym kontaktom i wśród stróżów prawa, i w przestępczym półświatku, napuszcza na porywaczy brygadę pościgową policji oraz inną bandę bezwzględnych kryminalistów. „Zabij ją!”, rozkazuje szef, kiedy są już w potrzasku, otoczeni. „Prędzej ciebie zabiję”, wypluwa pogardliwie Zygmunt Maciejewski, a w jego oczach pali się ogień zbrodni i namiętności. Wybucha walka między niedawnymi wspólnikami, wybucha skrywana miłość przestępcy i jego ofiary. Razem uciekają do Brazylii, gdzie…
Skrzypnęły cicho drzwi i panna Szpetówna musiała oderwać myśli od swej przyszłej głośnej powieści. Stał przed nią umundurowany policjant z paskiem czapki pod brodą, na służbie. Zasalutował.
– Przyszedłem po… – rozejrzał się po bibliotece. – Po tego pana – wskazał czytelnika, który w umyśle Anny rozpoczął kryminalną gonitwę myśli.
Aresztuje go!, bibliotekarka ledwie mogła ukryć podniecenie. Niestety policjant zasalutował służbiście „pracownikowi umysłowemu” i nachyliwszy się, powiedział mu kilka zdań. Maciejewski pospiesznie pozbierał swoje notatki.
– Pan już zwraca czy odłożyć? – zapytała panna Szpetówna.
– Dziękuję, zwracam. – Spojrzał prosto na nią i tylko dobre wychowanie córki adwokata sprawiło, że nie wybuchła śmiechem.
Jego usta były wymazane czekoladą.