Dom pod Lutnią

Kazimierz Orłoś
Dom pod Lutnią
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2012
    125 × 204
    330 strony
    ISBN: 978-83-08-04906-8


Akcja Domu pod Lutnią zawiązuje się w czerwcu 1949 roku. Córka głównego bohatera powieści wywozi swojego dziewięcioletniego synka do dziadka, przedwojennego pułkownika Wojska Polskiego. Ten przeżył okupację hitlerowską w obozie jenieckim, do Warszawy wrócił w 1945 roku, lecz nie mógł się porozumieć z żoną ani odnaleźć w pracy biurowej. Postanowił więc samotnie osiąść na Mazurach, objąć jedno z poniemieckich gospodarstw, poświęcić się pracy na roli. Nagła wizyta córki ma związek z aresztowaniem przez Urząd Bezpieczeństwa jej męża, żołnierza Armii Krajowej, uczestnika Powstania Warszawskiego. Matka chłopczyka obawia się, że i ona zostanie zatrzymana przez komunistyczny aparat represji, a jej syn trafi do sierocińca. W centrum literackiego przedstawienia znalazł się opis niezwykle skomplikowanych stosunków społecznych na tzw. Ziemiach Odzyskanych w pierwszych latach po wojnie. Z terenów tych stopniowo usuwa się ludność autochtoniczną, czyli Mazurów na ogół przywiązanych do polskości, choć mówiących po niemiecku i będących wyznania ewangelickiego. Pojawiają się przesiedleńcy ze wschodnich Kresów dawnej Rzeczpospolitej oraz przybysze z Polski centralnej. Po części ziemia mazurska znajduje się pod okupacją sowiecką, panoszą się tam funkcjonariusze reprezentujący nową władzę, którzy raz po raz terroryzują bezbronną ludność. Oryginalne rozwiązanie Orłosia polega na tym, że usiłuje on pokazać ludzkie szczęście, a nade wszystko ludzką przyzwoitość wbrew nieszczęsnym, niesprawiedliwym czasom. Najważniejsza rola przypadła pułkownikowi – człowiekowi mądremu i szlachetnemu, który narzuca środowisku wysokie standardy moralne, staje się przyjacielem i autorytetem tak dla miejscowych (świetnie mówi po niemiecku), jak i osadników. Między nim a sporo od niego młodszą autochtonką Ulą, która pomaga mu w prowadzeniu domu, rodzi się wielka miłość, a wnuk pułkownika serdecznie zaprzyjaźnia się nie tylko z córką Uli, ale i z miejscowymi rówieśnikami. Dla chłopca rok spędzony w gospodarstwie dziadka, a zwłaszcza intensywny kontakt z mazurską przyrodą, to czas bez mała idylliczny. Pojawiają się jednak komplikacje – Ula spodziewa się dziecka Bronowicza, który przecież nadal pozostaje w formalnym związku z pozostawioną w Warszawie żoną. Opowieść zamyka wiarygodny i bynajmniej nieoczywisty happy end, a Dom pod Lutnią wypada nazwać bodaj najlepszym utworem w dotychczasowym dorobku Kazimierza Orłosia.

Dariusz Nowacki

Kazimierz Orłoś (ur. 1935) Prozaik, scenarzysta i publicysta, autor słuchowisk radiowych. Opublikował kilkanaście tomów prozy, w ostatnich latach powieść Letnik z Mierzei (2008), a także retrospektywny wybór opowiadań Bez ciebie nie mogę żyć (2010).

Fragment

Pułkownik i Urszula pierwszy raz kochali się w maju, przy pełni księżyca. Rok przed przyjazdem Joanny z synem. Trzy tygodnie po wprowadzeniu się Mazurki do domu Bronowicza. Od tamtej nocy pułkownik wiele razy powtarzał: „Mogłabyś być moją córką, Lili”. Na co Urszula odpowiadała niezmiennie: To nieważne, panie Bronowicz. Jak się kogoś miłuje, jo?”.
Siedzieli po kolacji w kuchni. Obok, za kotarą spała Zuzi. Wasyla nie było. Słyszeli szczekanie psów, czasem parskanie Dońki, gdy stąpała, jak mówiła Lili, pod gankiem, przechodząc blisko drewnianych schodów. Często, w nocy, wracała z łąki pod dom.
Bronowicz patrzył na Urszulę, a ona – nad jego ramieniem – w ciemnie okno. To wtedy wziął dłonie Lili w swoje – sięgnął przez stół. Przedtem rozmawiali jak zawsze: pułkownik wypytywał o życie w Gałkowie w czasie wojny. O rodziców i braci (miała dwóch w sowieckiej niewoli). O siostrę, która wyjechała do Niemiec. Pytania Urszuli najczęściej dotyczyły żony Bronowicza. Interesowało ją, ile ma lat, jak długo są małżeństwem, gdzie się poznali? Spytała nawet, kiedy i jakimi słowami oświadczył się żonie? I czy bardzo kocha Izabelę? Jej pytania bawiły Bronowicza, ale zawsze odpowiadał zgodnie z prawdą, chociaż czasem zasłaniał się niepamięcią.
Przedtem nie myślał o niej jak o kobiecie, z którą miał się kochać, Raczej jak o córce. Lub o dziewczynie skrzywdzonej przez życie. Z dzieckiem, bez męża ( o ojca Zuzi nigdy nie zapytał). To prawda, od pierwszej chwili zwracała uwagę Z przyjemnością patrzył na nią, na to, jak porusza się, wysoka i wyprostowana. Na kształt jej głowy i włosy splecione w krótki warkocz lub związane czerwoną tasiemką. Miły był zapach jej bluzek. Pachniały szarym mydłem. Jej skóry, gdy pochylona stawiała talerze na stole. Przed snem wyobrażał sobie Urszulę zasypiająca obok, w pokoju za kuchnią. Pomyślał kiedyś, że ta kobieta jest jak słońce, które zaświeciło w jego domu niespodziewanie. Teraz, w Prusach Wschodnich, gdy ma już sześćdziesiąt dwa lata i czuje się stary.
Myślał o Lili nawet wtedy, gdy wieczorami brał Dońkę, żeby galopem objechać okoliczna pola i drogi. Gdy słyszał głośny stukot kopyt na moście, a potem chichy na piasku, kiedy kłusował dalej przez las, do jeziora. Wracał po ciemku. Czasem Urszula czekała na ganku.
Teraz jej palce wydały się Bronowiczowi ciepłe. Opuszki trochę wilgotne. Za paznokciami miała cienkie, ciemne obwódki.
– Mój Boże, Lili, jakie masz piękne ręce.
– Naprawdę? – Pochyliła się, wyciągnęła ramiona. Łokcie oparła o blat. Nie wydawała się zdziwiona zachowaniem pułkownika. – Nikt tak do mnie nie gadał.
– Jak dama z gronostajem.
– Dama? Warum?
Bronowicz nie odpowiedział. Ostrożnie położył ręce Lili na stole. – Czas spać, dziecko. – Wstał. Wyszedł zza ławy. Zaczął odchodzić w stronę sieni. A dla niej, dla Lili Marleen, jak ją nazywał – kim był Bronowicz? Czy tylko człowiekiem, dzięki któremu mogła zarobić, pomagać rodzicom, kupić Zuzi sukienkę? Wiedział, że ma tyle lat, co jej ojciec, ale wyglądał młodziej. Jego głos słyszała od rana do wieczora, śmiała się z żartów – z tej „Lili Marleen”, z tego, jak pytał, wracając ze stolarni: „Co nam dziś dadzą na obiad?”, a z włosów i brody sypały się na stół trociny. Kiedy zaczęła myśleć o nim inaczej? Czy w chwili, gdy wrzucała do balii bieliznę i kiedy podniosła koszule pułkownika, żeby wtulić twarz?
Tamtego wieczoru nie wstała – siedziała dalej za stołem. Łokcie trzymała oparte o blat. Spytała po niemiecku: – Warum?
Bronowicz obejrzał się, stanął, potem cofnął od drzwi. Kiedy pochylił się nad Lili, zasłonił ściane i kawałek okna.
– Dziewczyno, czy zdajesz sobie sprawę, co może się stać?
– Ist das schlimn? – spytała. – Czy to źle? – powtórzyła po polsku.
Wtedy chwycił kobietę pod ramiona i uniósł. Odepchnięta ława zachybotała, a oni oboje stracili na chwilę równowagę. Płomień zafalował, odbity w czarnym oknie. Bronowicz, obejmując jedną ręką Urszulę, drugą przysunął naftową lampę i zdmuchnął płomień. Dopiero wtedy, po ciemku, przygarnął kobietę mocniej i pocałował. Zapachniało zgaszonym knotem. Zuzi, za kotarą, powiedziała coś przez sen.
Kochali się na drewnianym łóżku, w dużym pokoju. Noc była z pełnią, Jasna tarcza świeciła nad dachem stodoły. Rozbierali się pod uchylonym luftem. Na twarzach i ramionach czuli chłód. Może dlatego piersi Urszuli wydały się Bronowiczowi zimne? Całowali się, depcząc po rzuconej na podłogę koszuli, bluzce pachnącej szarym mydłem, spódnicy z szorstkiego materiału i pocerowanym staniku.
Czy słyszeli szczekanie psów, parskanie Dońki koło werandy? To, jak stąpa blisko drewnianych schodów?