Turnus

Tomasz Łubieński
Turnus
  • W.A.B.
    Warszawa 2012
    123 × 195
    240 strony
    ISBN: 978-83-7414-593-0

Powieść wypełnia monolog Persi, prostej, młodej kobiety. Bohaterka posługuje się tym pseudonimem (ukutym od imienia bogini Persefony) w pracy – jest rezydentką i przewodniczką na Krecie. Właśnie na greckiej wyspie rozgrywa się akcja Turnusu. Persi wiele mówi o sobie i nie jest to opowieść radosna. Przeciwnie – zanim związała się z przemysłem turystycznym, doświadczyła wielu upokorzeń, w tym seksualnych. Pracę na Krecie także dostała „przez łóżko”. Jej monolog, choć gorzki i chwilami porażająco bezpośredni, przynosi obraz upośledzonego społecznie środowiska, z którego bohaterka uciekła w wielki świat, zawiera mnóstwo przenikliwych obserwacji obyczajowych. Ów monolog będący strumieniem wspomnień i rozrachunków z własnym losem – mniej więcej od połowy powieści – splata się z fabułą dotyczącą zdarzeń aktualnych. Oto na Kretę przybywa turysta z Polski, dystyngowany starszy pan, tajemniczy Profesor. Nie wiemy, jakiej specjalności, nie wiemy nawet, czy rzeczywiście jest naukowcem. To Persi nazwała go Profesorem i obdarzyła szczególnymi względami, rozpoznając w nim ni to bratnią duszę, ni to mentora lub po prostu kogoś, kto jako pierwszy potraktował ją poważnie. Tym dwojgu świetnie się rozmawia. Spotykają się każdego dnia w kawiarni i dyskutują o problemach elementarnych – sensie życia, przeznaczeniu i śmierci, historii wyspy i jej kulturze. W rolę edukatora wszedł oczywiście starszy pan, a dla głupiutkiej, acz sympatycznej Persi autor przewidział rolę Galatei. Profesor Pigmalion wprowadza ją tedy w subtelne kwestie metafizyczne i kulturoznawcze, „lepi” nie tylko dobrą dyskutantkę, ale i podmiot, który obdarza uczuciami. Młoda kobieta autentycznie polubiła Profesora i pewnie dlatego zgodziła się odbyć z nim długą wycieczkę wysokogórską. Starszy pan zapragnął wspiąć się na Psiloritis, najwyższy szczyt kreteński. Przed wejściem na tę górę para spędza noc w schronisku. Persi w imię przyjaźni oddaje się Profesorowi, po czym – już rano – następuje seria dziwnych wypadków. Przed samym szczytem mężczyzna dosłownie rozpływa się we mgle, a na scenę powieściową wstępują widma – pojawia się korowód zmarłych i żywych postaci, z którymi Persi była związana przed wyjazdem do Grecji. Profesor zaginął, co zostało zgłoszone miejscowej policji. Jak łatwo się domyślić, po spotkaniu z tajemniczym mężczyzną Persi już nie będzie tą samą osobą, co wcześniej.

Dariusz Nowacki

Tomasz Łubieński (ur. 1938) Prozaik, eseista, dramaturg, autor wielu cenionych książek o tematyce historycznej oraz równie wysoko ocenianych książki o życiu i twórczości polskich romantyków, redaktor naczelny „Nowych Książek”, najstarszego polskiego miesięcznika poświęconego nowościom książkowym. W roku 2004 opublikował swoją pierwszą powieść Wszystko w rodzinie. Turnus to jego druga powieść.

Fragment

Rozmawiamy najchętniej w „Galero”, Profesor i ja, Persi. Ale poza tym cos się dzieje między nami. Przyglądamy się sobie. To już nieuniknione. Ale też obserwujemy gości, którzy pojawiają się „Galero” tylko raz i znikają na zawsze. Rozumiem, życie krótkie, czasu mało, żeby dwa razy pic kawę w tym samym miejscu. Są tez codziennie domowi klienci. Transwestyta spowity w tęczowe jedwabie. Ogolony na bandytę, z bicepsami w tatuażach. Właściciel chrystusowych loków, rozpięta koszula, błyska prawosławny krzyż. Dwie kobiety na czarno i wianuszek dzieci. Kolorowa dziewczyna, która mówi ciałem, nie jestem pewna, czy ma dobre serce. Tak, kiedy kawiarnia i placyk pustoszeją w południe czy o północy, oni biorą w posiadanie swoje terytorium. Znów. I nikt nie śmie rozumieć, co się ostatnio stało między nimi, o czym tak rozprawiają w swoim tutejszym języku.
Z tym, że ja specjalnie w Profesora się nie wpatruję. Wiadomo, nie jest młody, mówiąc elegancko. Wolę go słuchać. Według niego przyszłość i miłość są jak ogień i woda, czyli stale w wojnie. Jak wolność z równością, to rozumiem gorzej. Dlatego cytuję dosłownie. I ciągle krytykuje słowo przemijanie, którego ja też nie lubię. Co to za zwierzę, pyta Profesor sam siebie. Co to w ogóle znaczy? Ja mu na pewno nie odpowie, ale proponuję, żeby zamiast tego mętnego przemijania wyobraził sobie dwa wielkie zakurzone psy. Na Krecie, jak wiadomo, wszystkie psy są zakurzone. Na przykład te u wejścia do wąwozu pod moim trójkątnym szczytem. Wyobrazić sobie takie dwie suki, Nudę i Rutynę, które oblizują się lubieżnie, patrząc, jak tańczymy, może nie na linie, to byłaby przesada, ale na jakiejś szkolnej równoważni, trzymając się za ręce, żeby nie spaść. Ale każde z nas ma jakieś swoje kamienie w plecaku, który ciągnie do tyłu. A do tego trzeba jeszcze zrobić unik, kiedy świst narasta. To nie są strzały Amora sprzed potopu, ale pociski-feromony nowej generacji. W naszych plecakach czy torbach na ramię zawartość jest nieporządnie ułożona, więc przesuwa się do przodu, do tyłu, trochę na boki. Co gorsza, wyobraźmy sobie, nie żadne kamienie, tylko plastikowe pojemniki ze specjalnym menu dla dwojga. Każdy niesie co innego, mamy się dzielić, karmić, dogadzać sobie. Poleca się owoce morza, jednym sprzyja krwisty befsztyk, innym bałkański jogurt, nie mówiąc już o suplementach diety. Ostre przyprawy, mocne zapachy, na pewno. Szczypią, kłują, łaskoczą miłosne gruczoły. Wino ogólnie tak, ale pamiętajmy, że Bachus często kłoci się z Wenerą. I niestety, w plecaku czy w torbie prędzej czy później coś się psuje: tak samo między ludźmi. Z jednej albo drugiej strony. I zawsze nierówno. Zawsze ktoś umiera pierwszy, drugi. A trzeci żyje dalej z pretensjami. Jaka tam wspólna przyszłość, chyba wspólna śmierć. Bez przesady. Umawiać się na śmierć tylko dlatego, że było przyjemnie? Przepraszam, śmierć to moja prywatna sprawa. Chyba że zdarzy nam się wspólna lotnicza katastrofa. Ale to nie w naszym biurze. Do tego trzeba mieć specjalne nieszczęście czy szczęście.
Profesor nie tylko mówi, on patrzy. Wystarczy mi, że wiem i czuję, kiedy on, nawet nie krępując się, śledzi moje szczupłe palce, jak obejmują smukłą szklankę i lekko się zaciskają, żeby unieść ją do rozchylonych ust. Albo kiedy ciągnę przez słomkę mrożoną kawę. Trochę się wierci, no, powiem grzeczniej, poprawia na krześle, nie będę zbyt zarozumiała. Te kelnerki w bluzeczkach „Tędy lub owędy” też miałyby w tej sprawie coś do powiedzenia.
Czy nie za dużo mówiłam o sobie? Chyba tak, bo Profesor nagle zaczyna się zwierzać. Należy do klubu górskich weteranów. Może trochę się mnie boi, to asekuracja, żeby nie liczyć na zbyt wiele z jego strony. W porządku, mnie to nawet odpowiada. Nie ma wspólnej przyszłości! Brawo! Moje hasło. Niech pachnie i smakuje tylko dziś. Przyszłość tak samo jak przeszłość się nie liczy. Po co się z góry martwić, jak by się tu rozstać bez bólu i jakie będzie znieczulenie. Czas to załatwi, on jest specjalistą. Warto sobie przypomnieć: ta sama bieżnia życia, tylko dla ciebie nie to samo, co dla mnie okrążenie. A z głównym sędzią się nie dyskutuje.
Jednym słowem, a propos, opowiedz mi , Profesorze , o klubie weteranów.
Dobrze, no na pewno nie wojskowych weteranów, chociaż tacy tez się nam trafiali. Ale już jako nasi weterani gór wysokich. Mili, godni następcy udostępniali nam w głębi ogromnego przedwojennego mieszkania salkę, która była pewnie salonem albo rodzinną jadalnią w swoim czasie. Sami ćwiczą w pierwszym pomieszczeniu na przewieszonej do sufitu ściance ze skakanką, hantelkami i nie myślą o przyszłości. Szkoda, bo okno jest otwarte, również zimą, a według mody z ciepłych krajów dziewczyny mają nerki odsłonięte, aż im się zarysowuje rowek międzypośladkowy. Ale to już naprawdę nie będzie nasz kłopot.
Spotykamy się co miesiąc na dwie godziny. Pośrodku dwa złączone stoły, na których można ładnie ustawić kieliszki i ciasteczka. Może wino? A to już każdy musi wiedzieć, co, ile mu wolno. Pod ścianami rzędem krzesła, żeby wszyscy mogli wygodnie spoczywać. Czas: szósta po południu, w każdy pierwszy czwartek. Łatwo zapamiętać, śmiał się tubalnie nasz naczelny ateista, bo nazajutrz, w pierwszy piątek wszyscy pędem do spowiedzi. Co do owego piątku nic nie wiadomo, czy przynajmniej jedne weteran, w imieniu całego klubu, praktykuje. Ale w klubowy czwartek , bez względu na pogodę, o ile zdrowie , ewentualnie wnuki nie przeszkodzą, spotkanie zaczyna się, jak mało kiedy dotąd w naszym życiu, punktualnie. Jeszcze przed ciężką bramą starej kamienicy. I na pewno chociaż jeden z nas bezbłędnie pamięta kod, żeby wejść na podwórko ze świętym ołtarzykiem. Na wszelki wypadek niektórzy mają te cyferki zapisane. Niema się czego wstydzić, tym bardziej że jest jeszcze drugi kod, do klatki schodowej, na prawo. Z windą. Godzina szósta, szóste piętro, proste.