Wypalanie traw

Wojciech Jagielski
Wypalanie traw
  • Znak
    Kraków 2012
    140 × 205
    256 strony
    ISBN: 978-83-240-2255-7

To opowieść o kraju, którego w tej formie - szczęśliwie - już nie ma. Lecz pomysł jego zorganizowania był tak jadowity, a życie mieszkańców poukładane tak drobiazgowo, że regulacje sobie, a codzienność sobie, niby zmieniło się wszystko, ale tak, by nie zmieniło się prawie nic. Gdyż prawdziwe zmiany zabierają o wiele więcej czasu, niż się komukolwiek wydaje, nie można ich zadekretować, zaś arbitralne wyznaczenie daty początku zmian nie określa terminu, kiedy naprawdę zapuszczą korzenie.
Republika Południowej Afryki, miasteczko w prowincji Transwal, zwane Ventersdorp. Rządzi nim Eugene Terre Blanche, Bur, potomek kalwińskich osadników z Holandii, populista i pozer, najpewniej żarliwy mówca i mitoman, a nade wszystko gorliwy wyznawca idei apartheidu, który zakazywał międzyrasowej miłości, wspólnych szkół dla białych i czarnych, szpitali, plaż, boisk, ławeczek w parkach, przystanków autobusowych. nie mówić o samych autobusach. Ponoć reguły dotyczące ludzi przeniesiono również na zwierzęta - koni rasy fryzyjskiej nie krzyżowano z arabami. Tak pisze Wojciech Jagielski w książce ”Wypalanie traw”.
Terre Blanche, choć formalnie nie sprawował w miasteczku żadnej funkcji, był jego królem. Miał wielu zwolenników w całej RPA. Marzyła mu się burska, niepodległa republika, gdzie rasistowskie regulacje zachowano by po wiek wieków. Zginął zatłuczony przez czarnych robotników z własnej plantacji, zaś przyczyną był spór o wypłatę. Dzień morderstwa białego trybuna to początek książki Jagielskiego.
Nie jest to jednak kryminał z zacięciem społecznym, ani też reportaż, którymi zasłynął autor ”Wypalania traw”. Jagielski postawił sobie ambitniejsze zadanie. Drobiazgowa analiza apartheidu ukazuje te mroczne strony ludzkiej natury, które - z jednej strony - nakazują pogardzać innymi, a z drugiej - nigdy nie zapominać o zemście. To bardziej studium ideologicznego szaleństwa, popartego opatrznym rozumieniem prawd wiary niż klasyczny reportaż. Dla takiego studium język reportażu nadaje się wybornie.

Paweł Smoleński

Wojciech Jagielski (ur. 1960) dziennikarz, reportażysta. Relacjonował najważniejsze wydarzenia polityczne przełomu wieków na całym świecie, specjalizuje się w tematyce Afryki oraz Azji Środkowej i Kaukazu. Jego książki są tłumaczone na angielski, hiszpański, niderladzki i włoski, a on sam często porównywany do Ryszarda Kapuścińskiego.

Fragment

Przez całe popołudnie Martha Terre’Blanche usiłowała dodzwonić się do męża.
Eugene od zawsze wiódł własne, odrębne życie, do którego nie miała dostępu. Potrafił znikać na całe dnie albo zamykać się w swoich myślach. Nawet mieszkali oddzielnie: on na farmie, ona w mieście. Przywykła do samotności i milczenia. Niepokój, jaki akurat tego dnia wywołała w niej nieobecność męża, zaskoczył ją samą. Narastał z każdym nieodebranym telefonem, dławił, obezwładniał.
Widziała przez okno czarnych czekających pod płotem. Poznała Chrisa, którego Eugene najął przed pół rokiem do pasania bydła na farmie i prac ogrodniczych przy domu w miasteczku. Stał przed furtką z chłopakiem, którego też widywała na farmie.
Potem Eugene zajechał białą półciężarówką. Kazał czarnym siadać na skrzynię samochodu, za szoferką i zawrócił na farmę do Ratzegaai, kilkanaście kilometrów za miastem. Odtąd nie odbierał już telefonów.
Pod wieczór, zaniepokojona już nie na żarty, postanowiła zadzwonić do van Zylów, których gospodarstwo sąsiadowało przez drogę z farmą Terre’Blanche’ów. Odebrała Dora, ukochana siostra Eugene’a.
– Nie, nie widziałam go dzisiaj – powiedziała. – Ale wieczorem ma do nas zajrzeć
Wieczorem, w Wielką Sobotę poprzedzającą Wielkanoc, święto Zmartwychwstania i Odkupienia, wyprawiali przyjęcie z okazji urodzin najstarszego syna.
– Pewnie jeździ konno, a telefon zostawił w domu – powiedziała Dora. – Powiem Danowi, żeby sprawdził, co się tam dzieje.
Dan van Zyl na werandzie zerknął na zegarek. Dochodziła piąta.

Cienie zbierały się i gęstniały w dolinie. Dan van Zyl usiadł na werandzie swojego domu, żeby na to popatrzeć.
Zwykle nie tak spędzał wieczory, nie miał czasu na takie rzeczy. Ale tego dnia usiadł i patrzył, zupełnie jakby czuł, że powinien.
Ze swojego domu na wzgórzu widział dobrze polną drogę w zielonej dolinie i gęste zagajniki porastające położoną na przeciwległym zboczu farmę. Należała do jego szwagra, Eugene’a Terre’Blanche’a. W ostatnich latach gospodarstwo Eugene’a mocno podupadło. Van Zyl siedział na werandzie i dumał nad tym, jak to jest z tą ziemią. Jak się nie ma do niej serca ani głowy, to i ona nie jest łaskawa, przestaje rodzić.
Eugene żył wielką polityką. Jego światem były niekończące się debaty o tym, jak fatalnie szły sprawy w kraju i jak się jeszcze pogorszy, gdy władzę przejmą w końcu czarni. Zwoływał swoich zwolenników na narady i pochody, głowił się, jak temu zaradzić i nie dopuścić czarnych do rządu. A ziemia marniała.
Światem Eugene’a były nocne wiece z pochodniami. Przybywał na nie konno, wystrojony w paradny mundur i wśród łopoczących sztandarów wygłaszał płomienne przemówienia, groził wojną. Czy ludzie tacy jak on mogli zajmować się ziemią?
Eugene’owi pochlebiało, gdy w gazetach nazywali go burskim komendantem, generałem, ostatnim obrońcą białej rasy. Choć w rodzinnym Ventersdorpie nie sprawował żadnego urzędu, uchodził za najważniejszego obywatela miasteczka. Nietykalnego, niepodlegającego żadnym prawom poza tymi, które sam ustanowił. W czarnych wzbudzał prawdziwą trwogę, a i biali nie śmieli mu się przeciwstawiać.
„Co za marnotrawstwo”, westchnął ciężko Dan van Zyl, zerkając na rodzinną farmę Terre’Blanche’ów, którą Eugene przejął po ojcu. Chwasty z każdym rokiem bardziej się rozrastały w wysokiej, niekoszonej trawie, na której Terre’Blanche kazał wypasać bydło, a na pastwisku, to tu, to tam, wybijały się kępy młodych drzew i krzaków.
Dan van Zyl przyglądał się ruchomym cieniom w dolinie, pogrążony w myślach, nieobecny. Nie drgnął nawet, gdy w salonie zadzwonił telefon. Dzwonek ucichł, ale po chwili odezwał się znowu, jeszcze natarczywiej i głośniej.
Usłyszał głos żony. Dzwoniła Martha, żona Terre’Blanche’a. Nie mieszkała na farmie, lecz w miasteczku. W położonym na odludziu gospodarstwie nie czuła się bezpiecznie. W ostatnich latach na rozrzuconych wokół miasta farmach coraz częściej dochodziło do napadów i mordów i wielu farmerów pokupowało dla swoich rodzin domy w Ventersdorpie. Jeździli na farmy jak do biura, a na noc wracali do miasta.
Słońce zaczynało zachodzić i Dan chciał już do domu, gdy od strony zagrody Terre’Blanche’a na wzgórzu ukazał się czarny koń. Przeciął łąkę na zboczu, rysując szlak wśród wysokiej pożółkłej trawy, przegalopował do płotu przy gruntowej drodze, a potem zawrócił i pognał z powrotem w kierunku domu.
Van Zyl dobrze znał tego konia i dlatego od razu wiedział, że stało
się coś złego.

Chris Mahlangu i Patrick zakradli się do sypialni przez niedomknięte okno. W pomieszczeniu panował półmrok. Farmer leżał na wznak na wielkim łóżku, z rozrzuconymi ramionami, w ubraniu, w rozpiętych spodniach. Spał.
Przez chwilę stali, przyglądając się chrapiącemu mężczyźnie. Już pierwszy cios, zadany przez Mahlangu metalowym prętem, pozbawił Terre’Blanche’a przytomności.
Chris Mahlangu uderzał dalej, raz za razem, wkładając w każdy cios całą siłę, nienawiść, wściekłość i strach. Uderzenia spadały na głowę, ramiona i pierś leżącego farmera. Mahlangu słyszał chrzęst miażdżonych kości, czuł w powietrzu krew.
Gdy opadł z sił, oddał łom Patrickowi, który stał i tylko się przypatrywał zabijaniu. Teraz bez słowa zamachnął się i uderzył trzy razy w głowę i pierś białego. Każdy z ciosów podrywał w powietrze ciało Terre’Blanche’a, jakby przywracając mu życie.
W sypialni było prawie ciemno i duszno. Ciężko dysząc, przyglądali się okrwawionemu trupowi, który w niczym nie przypominał wzbudzającego strach białego farmera. Twarz, całkowicie zmiażdżona, była nie do rozpoznania, jeden z ciosów zdruzgotał szczękę, przebił policzek i język. Zdawało się, że krew jest wszędzie. Na łóżku, poduszce i ciele ofiary, na ścianach, suficie, podłodze, na ubraniach i rękach zabójców, na ich twarzach i włosach.
Chris Mahlangu wydobył zza pasa nóż. Pochylał się nad obnażonymi zwłokami, gdy z kieszeni spuszczonych spodni Terre’Blanche’a wypadł na podłogę telefon komórkowy i kluczyki samochodowe. Metaliczny, zgrzytliwy dźwięk nieprzyjemnie przerwał ciszę. Mahlangu się wzdrygnął. Zerknął jeszcze na zmasakrowane ciało, ale bez słowa schował nóż do kieszeni spodni i schylił się po telefon i kluczyki. Telefon zadzwonił, gdy tylko go dotknął. Wepchnął go głęboko do kieszeni i dał znak Patrickowi.
– Zabieramy się stąd.
Wychodząc, zatrzasnęli za sobą kuchenne drzwi.