Na krótko

Inga Iwasiów
Na krótko
  • Wielka Litera
    Warszawa 2012
    215 × 130
    368 strony
    ISBN: 978-83-63387-09-9

Nowa powieść Ingi Iwasiów przenosi nas do niedalekiej przyszłości, do prowincjonalnego miasta w kraju, który po wystąpieniu z Unii Europejskiej próbuje płynąć pod prąd globalizacji. Pojawiają się w tej melancholijnej powieści niektóre spośród postaci z „Bambino”, pierwszej części trylogii Iwasiów: przede wszystkim Sylwia, profesorka polonistyki, która cierpi na zaburzenia pamięci i chce uciec na jakiś czas od swojej pracy. Zagraniczne badania uniwersyteckie na zlecenie Unii Europejskiej są pretekstem do przyjrzenia się swojemu życiu, potraktowania własnych doświadczeń jako drogowskazu, dokonania rozrachunku typowego dla wieku średniego. Sylwia obserwuje rozwój regionalizmu w eks-europejskim kraju i powoli włącza się w życie kilkorga mieszkańców miasta, zamieniając hotel na wynajęty pokój. Lokalna fryzjerka Ruta także znalazła się na zakręcie. Podobnie jak polska profesorka i jak pozostałe postaci tej powieści, nie jest w stanie podjąć konkretnej decyzji, która w jej przypadku dotyczy tego, czy zostać w rodzinnym mieście, w którym czuje się na swoim miejscu, czy wyemigrować do Ameryki za bardziej od niej przedsiębiorczym mężem. Tymczasem prowadzi mały salon fryzjerski w stylu retro, nieformalne miejsce spotkań i rozmów młodszych i starszych kobiet, symbolicznej kobiecej utopii, w której omawia się sytuacje rodzinne, relacje z mężczyznami, swoją drogę zawodową. O tyle ta powieść uniwersytecka – gatunek w Polsce rzadki – jest także powieścią obyczajową, psychologiczną, skoncentrowaną na refleksjach i przeżyciach swoich bohaterów. Sylwia próbuje poradzić sobie ze stechnicyzowaną, bezduszną rzeczywistością, która wymaga komunikowania się poprzez tabelki i punkty, a kulturę i humanistykę zamyka w strefie muzeum, Ruta wzbrania się przed opuszczeniem swojego miasta i salonu fryzjerskiego, jej brat z niechęcią myśli o porzuceniu swoich bibliotecznych zbiorów na rzecz kariery w Ameryce. Bohaterowie „Na krótko” są rozczarowani i zmęczeni zalewem informacji i technologicznym pędem, miotają się między europejską mobilnością i nowoczesnością a przywiązaniem do swojego miejsca i życia w dotychczasowym rytmie. Powieść Iwasiów pokazuje próbę ucieczki od limitów i wymogów racjonalności, a jednocześnie jest ostrzeżeniem przed tym, co czeka nas za zakrętem. Świetnie współbrzmi z tą wizją spokojny ton opowieści, zmysłowość wielu scen, humorystyczne i wnikliwe obserwacje obyczajowe.

Beata Kozak

Fragment

72. Sylwia
Bierze mieszkanie brata fryzjerki, część mieszkania z wyłączoną, zamkniętą na klucz sypialnią, na miesiąc, opanowana absurdalną ideą rzetelnego wywiązania się z kontraktu. Wie, że to głupie, niepotrzebnie przedłuża pobyt tutaj, niczego ciekawego nie uzyska, nie wyciśnie z rzeczywistości, nie zacznie pisać porzuconej przed trzema laty książki o pisarskich podróżach po świecie, o ich literackich rezultatach – pewnie wkrótce ktoś taką monografię przełomu wieków zrobi z sukcesem. Wynajmowanie części cudzego mieszkania, w którym nie pojawia się właściciel, wygląda jej samej na lekkomyślność. Może leży w tym swoim pokoju i czeka, aż zasnę – rozbraja lęk wieczorem, bezbronna wobec własnej, podyktowanej impulsem decyzji. Z walizką na środku pokoju boi się ruszyć, wiedząc, że może liczyć na wybawienie przez tabletkę nasenną. Tak, bez tego noc byłaby koszmarem. Kto wie – może wracałaby biegiem do hotelu?
Kanapa okazuje się miękka. Tej pierwszej nocy trzyma walizkę blisko nóg, jak w przedziale sypialnym, gotowa do natychmiastowego odwrotu i do chronienia dobytku. W łazience kładzie swoją szczoteczkę do zębów obok nierozpakowanej kosmetyczki. Rozkłada też zabrane z hotelu
próbki kosmetyków. Wie, że są złej jakości, mimo to je zabrała. Chce mieć te jednorazowe porcje na wszelki wypadek, żeby nie kupować niczego, co trzeba będzie zostawić lub dźwigać. Zestawy hotelowe powinny wystarczyć na parę dni, do czasu, aż ustali sama z sobą, czy nie wracać. Zapłaciła za miesiąc z góry.


73. Tomek
Zwariowała, myśli. Naprawdę jest chora. Pokój? Pokój w mieście? Niemożliwe. To ich wymuskane mieszkanie, które teraz stara się zabałaganić, tak – uświadamia sobie – trzeci tydzień pracuje nad zdekomponowaniem ładu, jaki tu panuje. Zwolnił nawet na wakacje sprzątaczkę. Ze złości wywala z półki w szafie jej starannie złożoną bieliznę.
– Weź sobie pokój w hotelu, masz pieniądze. Jeśli musisz tam siedzieć, nie rozumiem po co, przynajmniej nie rób sobie krzywdy.
Przypomina sobie wynajmowanie pokoi. Nie lubiła tak mieszkać nawet w Chorwacji, gdzie warunki, do jasnej cholery, nie były najgorsze, a wrażenie spania w sypialni dziadków, pod koronkową kapą, rekompensowała prywatna plaża. Brzydziła się, miała dwie pary klapek – do łazienki i do reszty pomieszczeń. Wytrzymała ze względu na syna, ta mała skalista plaża z zejściem wprost do zatoczki wyglądała jak sceneria filmowa, a Tomuś całymi dniami bezpiecznie pływał, nurkował. Wieczorami siedzieli na tarasie oddzielonym od gospodarzy matą. Narzekała. Intymność, wygoda. Sterylna łazienka. Tak, wiedział, że odkąd bywa w delegacjach, przywykła do hoteli czasem bezgwiazdkowych. Uboższa wersja międzynarodowej konsumpcji. Ale mieszkanie z gratami?
Lata temu, załatwiając interesy ojca, jeździł do Poznania. Poznań miał rozwinięty system kwater prywatnych, chyba jak żadne inne miasto, z powodu targów i niedoborów hotelowych. Hotele budowano, jednak gospodarka rozwijała się szybciej i tłumy mężczyzn i kobiet w delegacji szukały tańszego noclegu.
Pokój w dzielnicy willowej, mały, brudny, dwa koślawe kanapotapczany, stół, szafa (zamknięta na klucz), zdekompletowane krzesła. Jeszcze chyba kredens z porcelanowymi filiżankami, a może nie. Gospodyni pilnowała nawet, kiedy się szło do toalety, bałaby się o filiżanki, nie zostawiłaby ich w otwartej gablotce. Ciepłej wody w łazience nie było, a i tak nasłuchiwała, czy on nie korzysta zbyt intensywnie. Siedziała na taborecie i robiła na drutach. Słaba żarówka uniemożliwiła ogolenie się o szarym poranku, więc wyszedł wściekły, głodny, nieogolony i nieumyty. To wspomnienie atakuje go teraz, właśnie ten pokój na Garbarach wygrywający mały konkurs na mieszkaniową porażkę z lokum petersburskim. Widzi Sylwię skradającą się po kubek wrzątku, na cudzym, szarym i szorstkim prześcieradle, siedzącą przy stole nakrytym spranym obrusem.
– Kochanie, nie musisz tkwić w jakimś syfie – krzyczy, przewracając jednocześnie misia, którego do sypialni musiał wyekspediować Tomuś traktujący pluszaka jak szpiega nasłanego przez dziadków. Boi się o nią, uświadamia sobie. Boi się jej zejścia z utartej drogi, dziwnych pomysłów, dziwacznych podróży. Boi się uczucia wyzwolenia.
– Dobrze się czujesz? – Uspokaja przynajmniej głos.
– Dobrze, dobrze. Lepiej, jeśli pytasz o koncentrację.
– Na pewno?
– Tak, pamiętam wszystkie nazwy ulic, chociaż język nie jest łatwy. Wszystko okej, uwierz.
– Przy jakiej ulicy mieszkasz? – pyta, niechcący robiąc
jej egzamin.
– Przy jakiej? – Szuka jakiegoś kwitu z adresem. –
Przy… trudno wymówić, wyślę ci adres.
– Dobrze, ale powiedz, chcę usłyszeć.
– Co to, przesłuchanie? Chcesz wiedzieć? To ci napiszę. Na pewno się nie zgubię, środek miasta, żadne peryferia i nie metropolia – mówi twardo. Przekonuje jego i siebie, bo przecież nie spodziewa się go tu zaraz z odsieczą. Nie potrzebuje pomocy.
– Żona cię potrzebuje – powiedział ten siatkarz lekarz – ale bez przesady. Ma trochę słabszą pamięć, kłopoty z koncentracją. Jakby miała dwadzieścia lat więcej. To nie postępuje jak demencja, jak alzheimer. O wiele wolniej, może się zatrzymać. Niemniej jednak potrzebuje wsparcia.
W czym wsparcia? – myślał, patrząc w zaparowane lustro po meczu: lekarz grał w przeciwnej drużynie. Nie chciała rozmawiać, co rusz pakowała walizkę, oznajmiając, że wyjeżdża służbowo. Zaczynał zapominać, do czego był jej potrzebny. Zaczynał zapominać, dlaczego chciał jej za każdą cenę.