NN

Jerzy Franczak
NN
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2012
    140 × 200
    174 strony
    ISBN: 978-83-62574-49-0

Tytułowy akronim odsyła tyleż do fabuły (w jej ekspozycji pojawia się bezimienna ofiara wypadku drogowego), co do słów-kluczy: Nikt i Nic, którymi pisarz oznaczył dwie części utworu. Rzecz zaczyna się banalnie – w Krakowie, w środku deszczowej nocy troje przypadkowych przechodniów zatrzymuje się przy leżącym na ulicy mężczyźnie, najpewniej potrąconym przez samochód. Każda z tych postaci, poprzez wypowiadane przez siebie monologi, odnosi się zarówno do wspomnianego wypadku, jak i powiadamia o własnym położeniu. Czytelnik zostaje w ten sposób skonfrontowany ze sztafetą opowiadaczy – wkrótce okaże się, że jest ich więcej niż trzech. Ci późniejsi nie są związani ze początkowym zdarzeniem, lecz pozostają w rozmaitych relacjach z przemawiającymi wcześniej bohaterami. Jako pierwszy zabiera głos Artur, komiwojażer handlujący sprzętem medycznym. Nienawidzi swojej pracy, po części i samego siebie. Nie inaczej jest z Mariolą, prostą kobietą udręczoną przez męża alkoholika, która, aby do reszty nie oszaleć z bólu (utrata dziecka), prowadzi bloga wypełnionego fantazjami o lepszym życiu. Wreszcie na chwilę, zanim umknie przed policyjnym patrolem, pojawia się niejaki Reszka – wieczny student, trochę lewacki anarchista, trochę buntownik bez powodu. Jego opowieści wysłuchamy nieco później i to on zaprowadzi nas do pozostałych monologujących postaci. Będzie wśród nich postać, z którą pisarz podzielił się biografią – pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, Franciszek Jerzak. Bohaterów tych różni położenie socjalne, kompetencje kulturowe, pisarz wyposażył ich w odmienną świadomość, powiązał z różnymi środowiskami. Ważniejsze jest jednak to, co ich łączy – alienacja, poczucie niezrozumienia, doświadczenie nieautentyczności. W chwilach szczerości bohaterowie NN pojmują, że ich życie jest nie tyle nawet absurdalne, ile w pełni skonwencjonalizowane, poddane nieznośnej rutynie. Słusznie podejrzewają, że ktoś czy raczej coś przymusiło ich do wypełnienia społecznych ról, do udziału w nudnym, jałowym spektaklu zwanym życiem. Przejmujące jest także to, że bohaterowie, opisując swoje położenie w świecie, mówią wyłącznie do siebie, bez nadziei na jakiekolwiek porozumienie i zrozumienie.

Dariusz Nowacki

Jerzy Franczak – ur. 1978 r. Prozaik, poeta i literaturoznawca związany z Uniwersytetem Jagiellońskim. Opublikował m.in. powieści Przymierzalnia (2008), Nieludzka komedia (2009), Da capo (2010) i NN (2012); wcześniej ogłosił kilka zbiorów opowiadań.

Fragment

Ale zaraz zaraz, a to tam… Worek? Celofan jakiś chyba albo szmata, ale taka długa? I buty, podeszwy chyba, worek z ciuchami, spadł z ciężarówki…
Worek z ciuchami?
Podszedłem, potknąłem się blisko, widać było białe adidasy, kurtkę, rękę… To facet jakiś leży, rany boskie, facet jakiś, bezdomny, ale dlaczego na ulicy? I dlaczego taki wywichnięty…
– Trup – pomyślałem, a może nawet powiedziałem i wtedy dopiero ocknąłem się na dobre.
Trup?
– A może nie trup, tylko ranny – przełknąłem ślinę, a wiatr dmuchnął mi w twarz, prowokacyjnie.
Jak trup, to trzeba coś zrobić, nie można tak minąć trupa, a jak żyje, to tym bardziej. Trzeba przewrócić go na plecy i przyłożyć palec do szyi, czy ma tętno, ale nie kciuk. Albo nie ruszać wcale? Albo najlepiej zapytać kogoś, kto się zna.
Rozglądałem się, ale nikogo nie zauważyłem. Nic dziwnego, noc. Jak na złość. Trzeźwiałem w takim tempie, że poczułem suchość w ustach, jakby zjawiał się kac.
Facet leżał, chyba oddychał, wyglądał nienajgorzej, nie jak menel, chociaż brodę miał niechlujną, paznokcie brudne, ale ostatecznie mógł być jakimś mechanikiem czy czymś...
Albo karetkę wezwać! Dzwoń po pogotowie, debilku!
Wyjąłem komórkę, a wcześniej, bez sensu, wyłuskałem z papierka gumę do żucia, żeby mieć świeży oddech, ja tu nic, tylko przechodziłem z psem.
Leżał na brzuchu, jedną rękę miał wyrzuconą w bok, kurtkę brudnozieloną, czapkę przekrzywioną, na pewno oddychał, tak, nogę podkuloną, a drugą prostą.
- O raju! - cienki głosik, odwróciłem się, odruchowo wcisnąłem gumę między dziąsła a policzek i wyłączyłem telefon. Bez sensu. Dziewczynka w płaszczyku w jodełkę, kozaczki, szaliczek, zrobiła ku mnie i zamarła.
- Nieboszczyk?
Brzydka raczej nie była, ale jakąś tępotę miała rozsmarowaną na twarzy, usta rozdziawione i oczy szeroko otwarte, umalowana, w bereciku z antenką.
- Nie wiem. Chyba oddycha – wyjaśniłem, artykułując wyraźnie, przesadnie, Ola zawsze po tym poznawała, że mam w czubie. – Chciałem sprawdzić puls, ale boję się… To znaczy nie chce mu krzywdy zrobić.
- Trzeba karetkę zawezwać. Ma Pan telefon?
-A co, ty nie masz? – Tak chciałem jej odpowiedzieć, przecież każdy ma teraz komórkę, ty tez masz na pewno, skąpy babsztylu! Nie powiedziałem nic, zresztą aparacik trzymałem w ręce, więc jak, ale naprawdę, ludzie potrafią być sknery! I jeszcze „zawezwać”, ale się wysiliła! Bez słowa wykręciłem numer pogotowia, a właściwie nie „wykręciłem”… Wiadomo, w każdym razie odwróciłem się do niej plecami, do nich, i czekałem na połączenie, znowu żując gumę.
Dmuchnęło i zamarło. Jak tylko zawezwę kartkę, tyrknę do Oli, może nie śpi. Nie uwierzysz, kochanie, co mi się przytrafiło! Po drodze, wiesz, koło Krupniczej…
- Pogotowie, słucham?
Nagle zza węgła wyskoczył facet w marynarce z postawionym kołnierzem,. Jak on nie marzł? I w trampkach!
- Tu trzeba lekarza! – powiedział i przyłożył sobie dłoń do czoła, niby że mu gorąco się zrobiło, w tej marynarce? Niezły cudak, trampki o tej porze roku, spodnie czerwone, długie włosy, może swój gość, z jakiejś alternatywy? – gdzie on dzwoni?
- No po karetkę – Dziewczyna zakrywała usta dłonią, przejęta, przestraszona.
- Słucham, pogotowie!
- Chciałem zgłosić wypadek, to znaczy rannego… Znalazłem na ulicy go.
- Co mu jest? – trzeźwy głos, beznamiętny, jakby elektryczny.
- Leży, nie wiem, nie rusza się.
- Gdzie Pan jest?
- Róg Krupniczej… Właściwie nie, to Wenecja już jest – Też byłem trzeźwy i beznamiętny, ja tylko przechodziłem, bez psa, ale jednak, spełniam swój obywatelski obowiązek. Koleś w marynarce krzątał się wokół ciała jak sanitariusz, sprawdził mu puls i pokiwał głową, tak, puls jest, zdjął z ramienia torbę i próbował podłożyć mu delikatnie pod głowę, ale rozmyślił się.
- Pana nazwisko/
- Kochanowski… Artur Kochanowski – poprawiłem się, ale za późno, wyszło jak „Bond, James Bond”, trudno.
- Karetka zaraz będzie.
Elektryczny głos zamilkł, całe szczęście nie zapytał, czy „z tych Kochanowskich”.
- Długo tak leży? – Gość niespodziewanie wyciągnął do mnie rękę. – Reszka jestem.
- Reszka? – uśmiechnąłem się, ale nie złośliwie, nie za bardzo, chociaż oczywiście miałem ochotę odpowiedzieć: „a ja Orzełek”, poza tym dziwnie jakoś przedstawiać się w tej sytuacji. – Arti.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Dziewczyna wyjęła z torebki małą butelkę z wodą mineralną i napiła się, do reszty zaschło mi w gardle, ale przecież nie poproszę jej, żeby dała łyka.
- Myślicie, że potrącił go samochód? – Reszka splótł ręce na piersi i zagaił rzeczowo. – Potrącił i uciekł.
A co to my jesteśmy policjanci z Miami, będziemy dochodzenie robić? Ja czekam na karetkę i genug, dobry uczynek spełniony.
- Albo sam z siebie upadł, zasłabł – ciągnął Reszka i podparł się pod boki, jakby wcielił się w innego policjanta, z braku laku, bo ja milczałem. – może zawał?
- Ja nie dam rady się nim zająć. – dziewczyna kręciła się niespokojnie, drobiła tymi kozaczkami koło nas. - Choćbym chciała, nie dam rady.
Reszka tez chodził, ale miarowym krokiem, tam i sam, głowił się nad zagadką, aż mu wygarnąłem, a właściwie nie wygarnąłem, bo trochę jakbym się tłumaczył… Wiadomo, w każdym razie żachnąłem się:
- Człowieku man! Ja czekam na pogotowie, załadują go na pakę i bye, śpieszy mi się do domu.
- Każdemu się śpieszy. – Popatrzył oskarżycielsko. – Temu kutasowi, co go potrącił, też się śpieszyło.
Żachnąłem się jeszcze raz i jakoś tak machnąłem ręką, że przypomniałem sobie o fajkach. Sięgnąłem do kieszeni po papierosy, w środku był ostatni.
- Macie ogień?
Dziewczyna zaczęła grzebać w torebce, ręce jej się trzęsły, zdenerwowana.
Wtedy usłyszeliśmy szum silnika, pewnie karetka nadjeżdżała, ale dlaczego bez sygnału? Bo ulice puste, no tak, ale dlaczego tak powoli? Światła reflektorów rozjaśniły mur kamiennicy, a potem pomału, pomalutku zza rogu wytoczyło się auto. Ale to nie karetka była, audi ca zwykła, z kogutem… policja!
- A ci skąd…? – Zdziwiłem się , na krótko, może mają na pogotowi jakiś system powiadamiania czy coś?
- O fuck! – Reszka pobladł, tak sobie wyobrażam, że pobladł, bo nie było dobrze widać, ale jakoś tak stężał, spiął się… Wiadomo, w każdym razie przestraszył się, co mnie zaskoczyło, bo nie wyglądał na przestępcę, i przyskoczył do trupa… Nie do trupa, zgarnął tylko leżącą przy krawężniku torbę i rzucił się do ucieczki.