Mój brat obalił dyktatora

Jerzy Haszczyński
Mój brat obalił dyktatora
  • Czarne
    Wołowiec, 2012
    ISBN: 978-83-7536-349-4
    192 strony
    125 x 195
    oprawa miękka

To pierwsza polska książka reporterska o Arabskiej Wiośnie. Haszczyński relacjonuje niemal na bieżąco przebieg rewolucyjnych działań. Opisuje sytuację, która doprowadziła do obalenia tunezyjskiego prezydenta Ben Alego, relacjonuje przebieg libijskiej rewolucji, przygląda się antyrządowym demonstracjom w Maroku. Obserwuje przemiany obyczajowe w Iranie, ale również skupia swoją uwagę na drugim obliczu świata arabskiego, pisząc choćby o jemeńskiej Al-Kaidzie. Często za scenerię swoich reportaży obiera takie miejsca, gdzie z całą jaskrawością widać, jak trudną rzeczą jest koegzystencja muzułmanów i przedstawicieli innych wyznań bądź narodowości. Nigdy jednak nie traci z oczu głównego bohatera tych reportaży – zwykłego człowieka.
Za współczesnymi przemianami świata arabskiego stoją bowiem zwykli obywatele, którzy potrafili przeciwstawić się terrorowi oraz ideologii. Stąd głównymi postaciami reportaży Haszczyńskiego są najczęściej bojownicy – jednak nie ci uzbrojeni po zęby i obalający dyktatury, tylko ci domagający się spokojnego życia i zapewnienia podstawowych praw. Często ich działania urastają do rangi symbolu lub (jak w przypadku samospalenia ulicznego sprzedawcy w Tunezji) stają się kamykiem, który porusza lawinę rewolucji. Każdy z bohaterów arabskiej wiosny szybko stał się postacią niemal legendarną, co Haszczyński opisuje drobiazgowo, choć reporterska rzetelność każe mu poddać ten obraz pewnej demitologizacji. Ich nagła „kariera” nie byłaby przecież możliwa bez eksplozji zbiorowego entuzjazmu, a to zazwyczaj pozwala przymknąć oko na pewne nieścisłości. Haszczyński tropi te pęknięcia, zauważając nieco ironicznie, że autor tekstu hymnu libijskich rewolucjonistów (znaczący tytuł „Zostaniemy tutaj”) od lat przebywa na emigracji w Niemczech, zaś wydarzenia, które popchnęły Mohameda Buaziziego do decyzji o manifestacyjnym samospaleniu, miały zgoła odmienny przebieg od tego, jak relacjonowała je tunezyjska ulica. W niczym to jednak nie umniejsza dokonań arabskich bohaterów, więcej nawet – owe niedomówienia nadają ich heroizmowi ludzki wymiar. Samą książkę zaś pozwalają usytuować w gronie najlepszych reportaży, których nadrzędną zasadą jest sprawozdawczy obiektywizm.

- Maciej Robert

Jerzy Haszczyński (ur. 1966) reporter i komentator spraw międzynarodowych, szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej",  kilka lat pracował także w Wilnie i Berlinie. Mój brat obalił dyktatora to jego druga książka.

Fragment

Pieśń wolnych Libijczyków
Tę pieśń śpiewało pół kraju. Radio Wolna Libia puszczało ją w przerwach między komunikatami z frontu. Stała się nieoficjalnym hymnem rewolucji libijskiej. Ale jej autorem nikt się nie interesował.
Pierwszy raz usłyszałem tę pieśń przed gmachem sądu w Bengazi, który przemienił się w siedzibę władz rewolucyjnych. Kobiety w chustach, wdowy, matki i siostry ofiar reżimu Kaddafiego, stały w kilku rzędach i śpiewały ją w takim uniesieniu, że nie trzeba było rozumieć arabskiego tekstu, by ciarki przebiegały po plecach i łzy cisnęły się do oczu. Pieśń Sawfa nabka huna [Zostaniemy tutaj] dobiegała później z samochodów, domów i restauracyjek. I z telefonów. Stała się najpopularniejszym dzwonkiem w komórkach w wyzwolonych spod władzy dyktatora miastach Libii. O jej autorze nikt nic nie wiedział. Dopiero po kilku dniach piękna dziewczyna w kolorowej chuście, wolontariuszka w siedzibie władz rewolucyjnych, napisała mi w notesie jego nazwisko: Adel el‑Mszaiti. Dodała, że jest lekarzem. Nie miała pojęcia, gdzie go szukać.
 – To tekst wyjątkowy jak na Libię. Tu naród jest prosty i teksty są proste, nawet poetyckie. Aż trudno uwierzyć, że Sawfa nabka huna napisał lekarz – powiedziała Marta Trzopek, polska arabistka mieszkająca od lat w Bengazi. Razem z mężem Chalifą Hamadem Miladem przetłumaczyła dla mnie tekst pieśni.
Nie ma w nim ani słowa o Muammarze Kaddafim. Ale nie ma wątpliwości, że to pieśń o kraju przez niego zniewolonym. O tym kraju pisał też od dawna, do szuflady, Abdelsalam Allibi. Ma pięćdziesiąt trzy lata, z czego dwanaście spędził w więzieniach.
– Zarzut: działalność polityczna, próba obalenia reżimu. Co było absurdem, bo nikt z nas, studentów, nie chciał wtedy, w połowie lat siedemdziesiątych, obalać Kaddafiego. Chcieliśmy trochę wolności, walczyliśmy o zniesienie służby wojskowej dla studentów – opowiadał Allibi, pomarszczony nieduży mężczyzna, zmęczony życiem. – Dla Kaddafiego wszystko było działalnością polityczną. Zakazał tworzenia partii. Uważał, że jak trzech niezadowolonych ludzi wychodzi na ulicę, to po to, by utworzyć partię.
Mimo więzienia Allibiemu po latach udało się skończyć studia. Jest ekspertem od prawa międzynarodowego. Ale dla człowieka z taką biografią nie było pracy w zawodzie. Założył sklep w centrum Bengazi, handluje torbami, damskimi torebkami i plecakami szkolnymi. A w wolnych chwilach pisze swoją opowieść o reżimie, który przez czterdzieści jeden lat gnębił Libijczyków. Ma nadzieję, że kiedy rewolucja zwycięży w całym kraju, to opowieść się ukaże. I będzie przestrogą dla przyszłych pokoleń.
– Kaddafi jest wyjątkowym dyktatorem, wyjątkowo złym i okrutnym. Poczuł się Bogiem. Mógł zrobić wszystko, każdego uczynić bogaczem albo nędzarzem. Zabijał i zabija. Z rewolucją ludu libijskiego walczy, nie licząc się z konsekwencjami – powiedział Abdelsalam Allibi, dodając, że strzelanie do ludzi manifestujących na ulicach w Bengazi z dział przeciwlotniczych otworzyło oczy nawet wielu zwolennikom dyktatora.
Najwięcej krwi polało się w Bengazi w nocy z 16 na 17 lutego. Wtedy do szpitala Al‑Dżala karetki przywiozły setki rannych. Do kostnicy trafiło dwieście osiem ciał, w tym osmolone zwłoki żołnierzy, którzy nie chcieli strzelać do ludzi. Zostali zabici przez dowódców i po śmierci podpaleni. Czternaście zespołów lekarzy nie nadążało z wykonywaniem najprostszych zabiegów. Lekarzom brakowało czasu na wypełnianie dokumentacji, pisali flamastrami na ciałach zabitych i rannych. Rannych było tak dużo, że wielu leżało na podłogach, którymi spływała krew. – Krew spływała też po naszych plastikowych fartuchach. W szpitalnych salach unosił się zapach spalonego ludzkiego mięsa – opowiadał anestezjolog o imieniu Alaa, który tydzień później, gdy odwiedziłem szpital, miał jeszcze pod opieką sześciu ciężko rannych. Jeden z nich wkrótce zmarł.
W szpitalu Al‑Dżala, jak usłyszałem, miał pracować także Adel el‑Mszaiti. „Ale nie pracuje. Jest w Niemczech” dowiedziałem się w końcu. I wysłałem esemesa do Berlina, do korespondenta „Rzeczpospolitej” Piotra Jendroszczyka, by odszukał El‑Mszaitiego. Nie mogłem zadzwonić ani wysłać mejla, od kilku dni władze libijskie blokowały zagraniczne połączenia telefoniczne oraz internet. Nic dziwnego. Hasło do buntu przeciw Kaddafiemu padło w internecie, a pierwsze informacje o mordowaniu cywilów wydostawały się za granicę przez telefony komórkowe.
Rewolucja w Libii miała się zacząć 17 lutego. Kilka tysięcy użytkowników Facebooka i Twittera ogłosiło, że wtedy w Bengazi odbędzie się libijski dzień gniewu, czyli manifestacje przeciw Kaddafiemu, wzorowane na tych, które wcześniej doprowadziły do obalenia przywódców w sąsiednich krajach, Tunezji i Egipcie. I do tego dnia nawiązują rewolucjoniści, oficjalnie używając nazwy Rewolucja 17 lutego. Siedemnastka jest elementem wielu napisów i pieczątek, a dekrety wydawane przez opozycyjną Tymczasową i Przejściową Radę Narodową kończą się sformułowaniem „Chwała Błogosławionym Męczennikom Rewolucji 17 lutego”. Naprawdę bunt zaczął się dwa dni wcześniej na wieść o aresztowaniu Fatiego Terbela, adwokata rodzin ofiar reżimu, przede wszystkim zabitych w więzieniu Abu Salim.
Abu Salim to największa zbrodnia dyktatury, długo skrywana. W ciągu dwóch dni, 28 i 29 czerwca 1996 roku, w tym stołecznym zakładzie karnym wymordowano setki zbuntowanych więźniów, głównie politycznych. Prawdopodobnie ofiar było tysiąc dwieście, o tyle mniej posiłków wydawano w więzieniu po zdławieniu buntu. Buntownicy domagali się czystych ubrań, zezwolenia na odwiedziny rodzin i zajęcia się ich sprawami przez sądy, ponieważ większość siedziała w Abu Salim bez wyroku. Jak wynika z raportu Human Rights Watch, zwłoki więźniów wrzucono do rowu, który miał metr szerokości, kilka metrów głębokości i sto metrów długości. Strażnicy kazali więźniom, którzy przeżyli, zdejmować trupom zegarki z rąk i czyścić je z krwi. Zdjęcia mężów, synów i braci zabitych w Abu Salim trzymały kobiety śpiewające pod koniec lutego pieśń Sawfa nabka huna przed gmachem sądu w Bengazi. O torturach w Abu Salim wspominał mi więziony i tam Abdelsalam Allibi, zarzucając Zachodowi, że uwierzył kilka lat temu w nawrócenie się byłego sponsora terroryzmu Muammara Kaddafiego i nie przejmował się zbrodnią w więzieniu w Trypolisie. Dowiedziałem się w końcu, że w Abu Salim siedział także Adel el‑Mszaiti.