Nowy Wspaniały Irak

Mariusz Zawadzki
Nowy Wspaniały Irak
  • W.A.B.
    Warszawa 2012
    ISBN 978-83-7747-658-1
    336 stron
    142 x 202
    oprawa miękka

Irak, ten z przekazów medialnych ostatniej dekady, to kraj, w którym rozgrywa się konflikt wojenny; kraj niebezpieczny, w dodatku - na swój sposób - dziki i nieokiełznany. Ale ten obrazek to przecież tylko zaledwie fragment rzeczywistości. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę Mariusz Zawadzki, który w Iraku przebywał wielokrotnie pomiędzy rokiem 2003 a 2009 i który jest autorem książki Nowy wspaniały Irak.
Przede wszystkim więc – czytamy u Zawadzkiego - Bagdad był kiedyś przepięknym miastem. Pamiętać należy o tym zwłaszcza w kontekście najazdu Mongołów, którzy w XIII wieku splądrowali tę jedną z najwspanialszych stolic świata, w dodatku kompletnie nie poradzili sobie z miejscowymi. W zasadzie podobnie stało się, gdy Irak – kilka wieków później – przejęli Amerykanie z siłami sprzymierzonymi. Wsparta historycznymi nawiązaniami Zawadzkiego relacja z Iraku dzisiaj siłą rzeczy musi więc być przesiąknięta rzeczywistością wojenną. W jednym z pierwszych rozdziałów książki czytamy zatem o handlu bronią („Broni było tyle, że stała się śmiesznie tania”), zaraz potem o porwaniach, formach (czasem mocno partyzanckich) dziennikarstwa, Saddamie (który „w sądzie prezentuje się znakomicie”), czy po prostu komórkach, którymi miejscowi (i nie tylko) pstrykają spontanicznie zdjęcia zabitych.
Nowy wspaniały Irak to ironiczny tytuł. Zawadzki stara się bowiem w swojej książce przyjrzeć konfliktowi ze wszystkich stron. Dlatego kiedy chce stanąć obok zwykłych ludzi albo wejść do baz kurdyjskich partyzantów, potrafi zaryzykować zakup rakiety czy wcielić się w badacza Biblii. Ten zbiór reportaży układa się w ten sposób w różnorodną, choć przecież spójną opowieść. Szkice historyczne przeplatają się z bezpośrednią relacją, a czasem nawet opowieścią z elementami sensacyjnymi. Podlana różnymi gatunkami literackimi narracja służy Zawadzkiemu do pokazania niezwykłej mozaiki społecznej, politycznej i kulturowej.

- Marcin Wilk

Mariusz Zawadzki (ur.1970) reporter, korespondent Gazety Wyborczej w USA. Zanim wybrał dziennikarstwo, był asystentem na wydziale  matematyki Uniwersytetu Warszawskiego i analitykiem finansowym.

Fragment

– Helikoptery zawsze latają parami – wyjaśnił Pułkownik. – Wyrzucają na boki flary, to zmyłka dla rakiet naprowadzanych czujnikiem na źródło ciepła. Jedna rakieta prawie nigdy nie wystarczy. Wybierasz helikopter do zestrzelenia, zwykle ten z tyłu, i odpalasz kilka rakiet. Zanim ci z przodu się zorientują i zawrócą, masz parę sekund więcej na ucieczkę. Gdybyś zaatakował przedni, tylny od razu zrobi z ciebie marmoladę. Na chinooka poszły dwie rosyjskie strieły, ale trafiła tylko jedna. Nasi zaczaili się w gaju daktylowym pod Falludżą; Amerykanie często latają tamtędy do Bagdadu.
Pułkownik nie był fanatykiem, raczej cynikiem. Narzekał na Saddama, który przez swoją głupotę sprowokował Amerykę do inwazji, choć przecież nie miał żadnej broni masowego rażenia. Ameryce nie mógł darować, że zniszczyła państwo, w którym tak dobrze mu się żyło.
– Byłem szanowanym oficerem, niczego mi nie brakowało. A teraz przez tych dwóch idiotów, Saddama i Busha, jestem bezrobotnym lumpem. W takiej sytuacji znajduje się wielu ludzi w Falludży. Nie mamy wyboru, musimy wykurzyć Amerykanów...
Kiedy wreszcie przeszliśmy do interesów, Pułkownik nie krył rozczarowania, że chcemy kupić tylko jedną rakietę ziemia–powietrze.
– No cóż, niech będzie i jedna… Ale rosyjskie strieły rozeszły się. Mamy tylko europejski zamiennik.
Jak wszyscy szanujący się handlarze bronią Pułkownik taktownie nie zapytał, co zamierzamy z nią zrobić. Szybko dobiliśmy targu: czterysta dolarów za komplet, czyli wyrzutnię i zamontowaną w niej rakietę.
– Gdzie dostarczyć?
Pułkownik przechwalał się, że mogę wskazać dowolne miejsce w Bagdadzie, nawet pokój w hotelu. Ale na poważnie umówiliśmy się: plac Mansura, przy straganie z napojami, po południu.

Pod dokumentem, który zamienił Pułkownika z szanowanego oficera w bezrobotnego frustrata, widnieje podpis Paula Bremera, amerykańskiego namiestnika Iraku. 23 maja 2003 roku wydał on osławiony Dekret Nr 2 – o rozwiązaniu irackiej armii, wywiadu i służb specjalnych. Jednego dnia pracę straciło prawie czterysta tysięcy ludzi. Pozbawiono ich stopni wojskowych, a jako odprawę dostali tylko miesięczną pensję.
W najgorszej sytuacji znaleźli się pułkownicy i generałowie – odebrano im prawa emerytalne i zabroniono zajmowania jakichkolwiek stanowisk państwowych. Zostali potraktowani tak samo jak wysocy rangą działacze partii Baas, których dotyczył wydany tydzień wcześniej Dekret Nr 1. Dla nich nie było miejsca w nowej irackiej demokracji.
Bremera oskarżano, że jego dwa pierwsze dekrety stały się przyczyną wszystkich problemów i nieszczęść w amerykańskim Iraku. Namiestnik bronił się, że Dekret Nr 2 był tylko potwierdzeniem stanu faktycznego – armia Saddama praktycznie rozwiązała się sama, dezerterując z pola walki i porzucając koszary. Bazy wojskowe uległy zniszczeniu, sprzęt rozkradziono, a oficerowie wcale nie palili się do służby dla nowych panów.
Kilka lat później Bremer twierdził, że nie podejmował samodzielnie żadnych decyzji i obydwa dekrety konsultował z Białym Domem i Departamentem Obrony. Rumsfeld jednak zapewniał, że decyzja o rozwiązaniu irackiej armii nie zapadła w jego departamencie. Z kolei sekretarz stanu Colin Powell dowiedział się o niej z gazet i bardzo się zdziwił, bo pamiętał, że 12 marca 2003 roku na tajnej naradzie tydzień przed inwazją ustalono, ze armia iracka nie zostanie zdemobilizowana. W naradzie brali udział Bush, Rumsfeld, Powell i szef CIA George Tenet.
Prezydent Bush w rozmowie z dziennikarzem Robertem Draperem w 2007 roku oświadczył, że Dekret Nr 2 go zaskoczył.
– Jak pan zareagował? – chciał wiedzieć dziennikarz.
– Nie pamiętam. Ale na pewno spytałem Bremera: Co się stało, przecież ustalaliśmy inną politykę? – odparł Bush.
I tym sposobem nikt już nie chce się przyznać, że zwolnił Pułkownika z pracy.

O czwartej po południu na placu kalifa Mansura nie było czarnego mercedesa. Za to przy straganie z papierosami stał wąsaty i jak zwykle niemy towarzysz Pułkownika. Wsiadł do naszego auta i skinął ręką, żeby jechać przed siebie. Najwyraźniej, mimo porannej serdeczności, nasi kontrahenci zachowywali wielką ostrożność.
Po kilku minutach zobaczyliśmy w lusterku czarnego mercedesa. Wąsacz pokierował nas w boczną uliczkę. Stanęliśmy, a mercedes zaraz za nami. Pułkownik wysiadł i otworzył bagażnik. Zdjął płócienne worki naciągnięte na wyrzutnię z obu stron i zobaczyliśmy ją w całej okazałości. Szarozielona tuba miała dobrze ponad metr długości i dwadzieścia centymetrów średnicy. Rakieta zamontowana w środku była chyba z plastiku, trochę przypominała zabawkę. Cały zestaw – wyrzutnia z rakietą ważył przynajmniej kilkanaście kilogramów.
Pułkownik niecierpliwił się. Wąsacz trzymał rękę w kieszeni dżalabii, w której odciskał się pistolet. Nie było co zwlekać. Zapłaciłem i przełożyliśmy rakietę do bagażnika Dżamala.
– Jak przejechaliście z nią wszystkie amerykańskie checkpointy po drodze z Falludży? – spytałem.
– To nasza praca – dopiero teraz Pułkownik uśmiechnął się tak jak rano.
Wsiedli do mercedesa i odjechali.
A my nagle zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy z tą rakietą w bagażniku jedną wielką alegorią amerykańskiej inwazji na Irak. Łatwo ją zdobyliśmy, lecz zupełnie zapomnieliśmy zaplanować co dalej.