Mokradełko

Katarzyna Surmiak-Domańska
Mokradełko
  • Czarne
    Wołowiec 2012
    ISBN: 978-83-7536-364-7
    125x195
    144 strony
    oprawa twarda

Ceniona reportażystka Gazety Wyborczej napisała najlepszą, jak się zdaje, swoją książkę. Mokradełko to realistyczny, zaczerpnięty z rzeczywistości portret głębokiej polskiej prowincji. Zupełnie jednak niepodobnej do stereotypowych obrazów maryjnej pobożności albo, dla odmiany, patologii i biedy, wciąż trwających po komunizmie i szoku zmiany ustrojowej. Nic podobnego tu nie znajdziemy. Nie jest jednak Mokradełko typową wsią, pisze autorka we wstępie. To raczej podmiejska osada, przedmieście jednego ze średniej wielkości miast, przestrzeń, w której patriarchalny wzór relacji rodzinnych zdaje się trwać w niezmienionej od stuleci postaci, a wyraziste znaki idylli splecione są z najbardziej mrocznym, podziemnym nurtem życia zbiorowości. Mokradełko to coś na kształt Dogville z filmu Larsa von Triera, odwieczne miejsce bujnie kwitnących przydomowych ogródków, milczenia, kłamstw i przemocy. Bohaterowie świata uchwyconego przez Katarzynę Surmiak-Domańską stanowią archetypiczną kolekcję ofiar, katów, sędziów i komentatorów: Matka, Ojciec, Mąż, Kochanek, Teściowa, Koleżanka, Bratowa. Ich głosy budują wielowymiarowe studium  psychologii społecznej, tyleż płaskiej, oczywistej, co nieprzeniknionej i zagadkowej.  
Autorka podążyła za bohaterką jednego ze swoich wywiadów. Halszka Opfer – nazwisko, podobnie jak nazwy miejscowości, zostało zmienione – dojrzała, nikomu wcześniej nieznana kobieta, wywołała w Polsce parę lat temu głośną dyskusję. Opublikowała szczegółowe i drastyczne wyznania traumy wykorzystania seksualnego przez własnego ojca. Opisała, jak  matka własnoręcznie zanosiła ja, czteroletnią dziewczynkę, ojcu do łóżka. Opisała, jak  dorastając, została „świadomą”, łasą na prezenty ojcowską kochanką. Jak matka przez całe  życie milczała, przesuwając się po domu jak ponury, zamaskowany cień. Ta książka – jak  pisze Surmiak-Domańska –  stała się wielkim przebojem Mokradełka, miejsca zamieszkania „naszej Halszki”. Podobnie jak wcześniej bardzo podobna, ale tłumaczona z niemieckiego książka. W miejscowej bibliotece wszyscy „normalni”, „my”, „zwykli ludzie” zapisywali się do kolejki, aby móc zapoznać się z tym, co to „w głowie się nie mieści”.
„Nasza Halszka”, rzecz jasna, wcale nie jest „nasza”. Jest obca, dziwna, inna. Zawsze, jak się dowiadujemy, taka była. Tak twierdzą miejscowi. Wbrew oczywistym mechanizmom, autorka Mokradełka nie unieważnia tego punktu widzenia, który chętniej obciąży winą ofiarę niż osądzi Kato-tatę. Przeciwnie. Stara się go zgłębić, ukazać, zderzyć z innymi opowieściami. W ten sposób udaje jej się uchwycić coś bardzo ulotnego – poczucie nieodwracalności oddziaływania zła i kruchość demokratycznego projektu ochrony, terapii i udzielania głosu ofiarom.       

- Kazimiera Szczuka

Fragment

Mokradełko nie jest typową wsią. Nie ma tu chat ani stodół – raczej solidne piętrowe domy z tujami przed wejściem i wypielęgnowanymi trawnikami na tyłach. Nikt nie hoduje krów, mężczyźni dojeżdżają codziennie własnymi samochodami do pracy w pobliskim mieście, kobiety zazwyczaj zostają na gospodarstwie. Choć grunty są tutaj podmokłe, a miejscami wręcz grząskie, liczba ludności stale rośnie, bo rejon znany jest jako śląska enklawa ciszy, zieleni i czystego powietrza. Jest we wsi zajazd i dom kultury, a znaczna część z dwóch tysięcy mieszkańców regularnie korzysta z miejscowej biblioteki, czynnej nawet w soboty.
Biblioteka w Mokradełku miała w swojej historii dwa hity. Pierwszy z nich pojawił się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Była to niemiecka powieść reportażowa Monika B. Nie jestem już waszą córką napisana przez dziennikarkę Karin Jäckel przy ścisłej współpracy z tytułową bohaterką. Monika B., trzydziestoparoletnia Niemka, wyjawiła w niej prawdę o swoim dzieciństwie. O ojcu, który przez dziesięć lat regularnie ją gwałcił i oddawał do gwałcenia synom, oraz o matce, przymykającej na to oko.
Po „Monikę” mieszkańcy Mokradełka zapisywali się w kolejce, później niejeden stwierdził, że była to najbardziej wstrząsająca książka, jaką czytał w życiu. Kierowniczka biblioteki pamięta powszechne solidaryzowanie się z dziewczyną, pomstowanie na jej rodziców: „Dla takich to chyba tylko kara śmierci” i komentarze: „Jak coś takiego było możliwe w drugiej połowie dwudziestego wieku w takich, zdawałoby się, cywilizowanych Niemczech?!”.
Dziesięć lat później pojawił się kolejny przebój. Tym razem była to polska książka Kato-tata. Nie-pamiętnik autorstwa niejakiej Halszki Opfer.
Książka ta również należy do literatury faktu i opowiada podobną historię. Autorka, już jako dojrzała kobieta, postanawia rozgrzebać przeszłość. Opisuje, jak przez dwadzieścia kilka lat była kochanką swojego ojca. Wedle jej słów ten nie tylko zmuszał ją do uprawiania seksu, ale znęcał się fizycznie i psychicznie nad resztą rodzeństwa, a także nad matką. Miał na przykład zwyczaj „wychowywania” żony poprzez oddawanie kału do jej torebki albo na stertę niepozmywanych naczyń. Ona natomiast wieczorami przynosiła mu do łóżka wykąpaną i zawiniętą w ręcznik kilkuletnią Halszkę i dyskretnie wycofywała się do drugiego pokoju.
„Halszkę” również przeczytali w Mokradełku prawie wszyscy i również trzeba było czekać na nią w kolejce. I ona wywołała gwałtowne emocje. Jednak nastawienie wobec bohaterki było zupełnie inne.
Główna różnica pomiędzy obiema książkami – jak po zastanowieniu podsumowała bibliotekarka – polega na tym, że Monika B. mieszka w Niemczech i nikt tutaj nie zna jej osobiście. Natomiast wszyscy we wsi wiedzą, że pod pseudonimem Halszka Opfer kryje się ich własna sąsiadka, wieloletnia mieszkanka Mokradełka.

Poznałam Halszkę Opfer zimą 2008 roku, kiedy przeprowadzałam z nią wywiad na temat Kato-taty. Już wtedy bardziej niż ojciec zwyrodnialec zaintrygowała mnie postać jej matki: kobiety niewzruszenie wypierającej fakty, racjonalizującej to, co, zdawałoby się, niemożliwe do zracjonalizowania, niewychodzącej przy tym ani na chwilę z roli matki Polki, chrześcijanki, dobrej gospodyni. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak obie kobiety mogą rozmawiać ze sobą dzisiaj, kiedy ich prześladowca już nie żyje, kiedy nie ma się kogo bać, kiedy ukazała się książka.
Dwa lata później wróciłam do Mokradełka. Odnowiłam znajomość z Halszką i namówiłam ją do poznania mnie ze swoją mamą. Ona w zamian poprosiła mnie o podjęcie się pewnej delikatnej misji, która jest osią mojej opowieści.
Halszka Opfer po wydaniu swojej książki otrzymała liczne dowody wsparcia i wyrazy podziwu. Pomogła wielu kobietom, które dzięki niej nabrały odwagi, żeby mówić głośno o własnych podobnych krzywdach, a tym samym wyzwolić się ze wstydu i poczucia winy, które tak skutecznie chronią sprawcę. Sęk jednak w tym, że dla wszystkich tych osób Halszka jest postacią równie bezpiecznie odległą jak dla mieszkańców Mokradełka Monika B. z niemieckiej książki.
Ja chciałam przekonać się, co książka Halszki zmieniła w jej najbliższym środowisku. Dowiedzieć się, jak na co dzień żyje się z kimś, kto sam siebie nazwał ofiarą (Opfer po niemiecku to ofiara). Dlatego oprócz matki Halszki odwiedziłam kilkoro innych osób z jej bliskiego kręgu. Poprosiłam, żeby opowiedziały mi, jak widzą Halszkę i jej książkę.
Na ich prośbę nie podaję żadnych nazwisk, prawdziwych imion ani innych szczegółów mogących zidentyfikować ich na szerszym planie niż rodzinny czy sąsiedzki. Zachowałam pseudonim Halszki, co ma chronić zwłaszcza jej matkę i rodzeństwo, a dla innych członków jej rodziny występujących w mojej książce zastosowałam imiona, które ona sama nadała im w Kato-tacie oraz Monidle, wydanym w 2011 roku. Pozostałym osobom wymyśliłam nowe. Nie ujawniam też prawdziwych nazw Mokradełka ani Kormoranowa – rodzinnego miasta Halszki, gdzie ciągle mieszka jej mama, pani Karolina, której w rzeczywistości nikt z nazwiskiem Opfer ani z żadną książką nie łączy. Najprawdopodobniej.