Dzienniki kołymskie

Jacek Hugo-Bader
Dzienniki kołymskie
  • Czarne
    Wołowiec 2011 
    ISBN: 978-83-7536-292-3 
    256 stron
    130 x 215
    oprawa twarda

Najnowsza książka Jacka Hugo-Badera - dziennikarza Gazety Wyborczej, autora Białej Gorączki oraz W rajskiej dolinie wśród zielska - to opowieść drogi. Dzienniki kołymskie są bowiem zbiorem zapisków z podróży, jaką reporter odbył wzdłuż Traktu Kołymskiego. 2025 kilometrów, które przemierzył, to – jak sam wylicza – ponad dwa miliony metrów. Miliony metrów doświadczeń, spotkań, emocji.
Kołyma jest szczególnie atrakcyjnym miejscem ze względu na klimat i ponure dziedzictwo historii Związku Radzieckiego. Hugo-Bader kilkakrotnie nawiązuje do Gułagu Sołżenicyna, a jeszcze częściej do Opowiadań kołymskich Warłama Szałamowa. O ile jednak reżim komunistyczny pojawia się w opowieściach polskiego reportażysty tu i ówdzie, najważniejszymi bohaterami jego książki są ludzie. A może należałoby napisać: istoty żywe, które są w stanie przetrwać tamtejsze ciężkie – społecznie, kulturowo i klimatycznie – warunki. 
Czekista Dima, który „mówi najgłośniej, klnie najsiarczyściej, beka najczęściej. Wszystko robi obleśniej, ohydniej, wstrętniej. Wielki, gruby, skacowany”. 79-letnia Natasza, córka Nikołaja Iwanowicza Jeżowa, „zwanego Żelazną Pięścią Stalina, głównego komisarza sowieckiej bezpieki, który ma na sumieniu setki tysięcy... Gdzie tam – miliony ludzkich istnień”. Aleksandr Basanski, złoty oligarcha, zarabiający m.in. na „dwudziestu sześciu rodzajach słodkiej wody za milion dolarów rocznie”. Bobik, pies, „szycha prawdziwy, do tego geniusz, arystokrata, chociaż kundel, ale w daleeeeekiej rodzinie musiał mieć łajkę”.
Podróż Hugo-Badera trwa kilka tygodni, a kolejne etapy trasy nadają opowieści regularny literacki rytm. Krótkie reportaże, a właściwie portrety przeplatają się z notatkami dziennikowymi. Hugo-Bader nie chowa się za swoimi bohaterami. Wręcz przeciwnie. W tekście czuje się jego obecność. W ten sposób Dzienniki kołymskie jako opowieść o dziennikarskiej robocie człowieka próbującego przetrwać w Rosji wyznaczają nową jakość w polskiej szkole współczesnego reportażu, gdzie mistrzami są z jednej strony Ryszard Kapuściński, a z drugiej – Mariusz Wilk. 

- Marcin Wilk

Fragment

Aortą, głównym nerwem Kołymy był i jest Trakt Kołymski, czyli Trasa. A ja, tak jak wielu starszych mieszkańców Kołymy, słowa „Trakt” i „Trasa” będę pisał wielką literą. Bo to licząca ponad dwa tysiące kilometrów droga wybrukowana jest ludzkimi żywotami. Położona na kościach. I to nie jest żadna metafora. Bo niby dlaczego wzdłuż całej Trasy nie ma ani jednego starego cmentarza?
Dlatego że zmarli leżą kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnią drogi. Tysiące ludzi. Praca przy budowie Traktu to obok kopania złota była najgorsza robota na Kołymie. Kto przy niej padł, z tego ściągali obozowe łachy (jeszcze się przydadzą), obracali twarzą do góry i przykrywali kołymskim gruntem, z którego usypana jest Trasa.
O czym przez pierwsze dni podróży myślą najmocniej? Jak tu się odlać? Wychodzę z samochodu, a w czaszce mi świdruje, że jakiemuś biedakowi sikam na głowę.
A to może nasz, dziewiętnastoletni żołnierzyk z kampanii wrześniowej, chłopina z mojej Warszawy, którym dowodził mój dziadek, chłopak, który nigdy w życiu nie miał dziewczyny, a kiedy umierał z głodu, wyszeptał... No właśnie, co on mógł powiedzieć? A mnie, staremu cynikowi wstyd teraz, że wypisuję bzdury jak do telenoweli. Ale kiedy siedzisz sam w obskurnym hotelu na końcu świata i chce ci się wyć, bo dopada cię SR, dla zajęcia rąk i głowy piszesz dziennik, a wtedy wychodzą takie kwiatki. (SR to nie stwardnienie rozsiane, tylko samotność reportera).
Budowa Trasy rozpoczyna się w 1932 roku, gdy trust Dalstroj zostaje powołany do życia. W końcu dekady droga dociągnięta jest do Ust-Nery na 1007 kilometrze. W latach czterdziestych przedłużają ją do Chandygi nad rzeką Angara na 1605. kilometrze. To zachodnia granica trustu. Ostatni odcinek do Jakucka na 2025. kilometrze ukończony jest w pierwszych latach pięćdziesiątych, ale to tak zwany zimowik – droga zdatna do użytku tylko zimą, kiedy zamarzają błota. W lecie cały Trakt Kołymski przejezdny jest dopiero od lat dziewięćdziesiątych.
Podróżuję nim śladami Warłama Tichonowicza Szałamowa, z jego ogromnym, tysiącstronicowym zbiorem Opowiadań kołymskich. To wielka rosyjska literatura, najbardziej wstrząsający, niezwykły obraz cywilizacji więziennej, którą Szałamow potrafi skompresować, streścić w trzech przykazaniach: nie wierz, nie bój się, nigdy nie proś. I jeszcze jedna cnota obozowa, bez której nie przeżyjesz: umiej kraść, poczynając od chleba współwięźniom. W łagrze człowiek staje się jedynie gorszy. Tam wszystko, co do jednej minuty, jest złe. Szałamow odkrywa, że w obozie umiera także Bóg, podczas gdy dla Aleksandra Solżenicyna Gułag to próba charakteru, z której więzień może wyjść zwycięsko.
Szałamow siedzi w łagrach osiemnaście lat plus dwa jako „wolny”, ale bez prawa wyjazdu (z tego na Kołymie spędza siedemnaście lat). Zwalniają go w1953 roku, po śmierci Stalina. Do końca życia pozostaje obsesyjnie wierny lagrowej tematyce.
Jest to więc mój pierwszy, stały paputczik. „Paputczik" to jedno z moich ulubionych rosyjskich słów. Oznacza towarzysza podróży, człowieka, z którym jest ci po drodze (po rosyjsku — po puti). Dosłownie i w przenośni. Tego, z którym jedziesz po jednej drodze, w jednym przedziale kolejowym, i tego, z którym na przykład zgadzasz się w sprawach polityki, macie jeden cel, do którego dążycie. Ta książka jest w zasadzie o nich, ale nie tylko tych, z którymi jechałem, lecz także, których spotkałem na Trasie.
W tej części będzie bardzo wielu szoferaków. Tych z ciężarówek najczęściej nazywają w Rosji dalnobojszczikami. To ludzie dalekiego boju, długiej trasy — po naszemu tirowcy. Czasami nazywają ich kamazistami, nawet jeśli ich ciężarówki to nie kamazy, albo ugolszczikami, jeśli wożą węgiel, bo „ugol" to węgiel właśnie. Ale na Kołymie jut w latach Gułagu wykombinowali swoje własne słowo — miejscowych kierowców nazywają trassowikami (po rosyjsku słowo „trasa" pisze się przez dwa s).
Trasa to bardzo niebezpieczna droga. Usypana z żółtawego, kołymskiego gruntu, w którym więcej kamieni niż ziemi. Droga nie ma twardej nawierzchni, więc rozmywa ją każda większa ulewa, łamie ją i kruszy wieczna zmarzlina, w zimie życie obrzydza ogromny śnieg, a gdy jest go mało, tworzy się śliski biały asfalt. W lecie dokucza straszny, żółty pył, który bardzo długo unosi się w powietrzu, a samochody zderzają się w nim jak we mgle. Przy drodze dużo niby-nagrobków. Zamiast krzyża na paliku przeważnie wisi połamana kierownica, zamiast płyty — kompozycja z opon albo dziurawa chłodnica.
W wielu miejscach na poboczach resztki płotów przeciw zaspom. Pletli je z modrzewiowych patyków więźniowie Gułagu. Trakt jest niebezpieczny do jazdy, ale życie na nim bezpieczne. Pospolitego bandytyzmu niewiele. Tu nawet w strasznych latach dziewięćdziesiątych nie było dręczącego całą Rosję rekietu, czyli drogowego zbójectwa, ściągania haraczy za przejazd.
Najgorsze pod względem przestępczości czasy Kołyma przechodzi po 1953 roku, kiedy po śmierci Stalina opróżniają obozy i na wolność wychodzą tysiące ludzi, w tym mnóstwo kryminalistów, którym jednak przez kilka lat nie pozwalają wracać na kontynent. W miastach dla bezpieczeństwa ludzie chodzą grupami, mężczyźni odprowadzają żony do pracy, bo wielu zwolnionych błatników nie widziało kobiety latami.
Wtedy właśnie na Trasę rusza były polityczny zek o nazwisku Riabokoń, wojak z anarchistycznej Rewolucyjno-Powstańczej Armii Ukrainy atamana Nestora Iwanowicza Machny. Szałamow poświęca Riabokoniowi opowiadanie.
Anarchista weteran skrzykuje czteroosobową bandę, z którą ponad rok grabi i morduje lekką ręką kogo się da. Kłócą się jednak przy podziale łupów i wydają nawzajem. Wszyscy dostają po dwadzieścia pięć lat.
Te czasy dawno minęły. Każde spotkanie z człowiekiem na Trasie to teraz czysta przyjemność, a przydrożne bary po prostu uwielbiam. Jest ich może kilkanaście między Magadanem a Jakuckiem. Mogą godzinami w nich siedzieć i gapić się na te zwyczajne, prawdziwe, szczere gęby, na ludzi tajgi w panterkach, na szoferaków z upapranymi smarem łapami (techniczny brud to nie brud – mówią), pokręconych przez reumatyzm poszukiwaczy złota. Czuję ulgę, że nie muszę patrzeć na czerwone twarze przejedzonych oligarchów, wyłupiaste oczy przepitych oficerów bezpieki. Wreszcie słyszę ,,dziękuję”, ,,proszę", a baba, co maże brudną szmatą podłogę w barze w Lariukowej na 386 kilometrze, mówi nawet do mnie ,,przepraszam”. To u miastowych, magadańskich ludzi nieczęsto się słyszy.