Dom żółwia. Zanzibar

Małgorzata Szejnert
Dom żółwia. Zanzibar
  • Znak
    Kraków 2011
    ISBN: 978-83-240-1819-2
    165x235
    400 stron

Nowa reporterska przygoda Małgorzaty Szejnert zaczęła się od spotkania z… żółwiem. 
Szejnert pojechała na Zanzibar, by nauczyć się nurkować. Właśnie pod wodą natknęła się na żółwia zielonego; bardzo dziś rzadkiego króla zanzibarskich wód. – Widziałam go w promieniach słońca; wyglądał jak złoty plaster miodu – mówiła potem.
Po wyjściu z wody i zdjęciu akwalungu, Małgorzata Szejnert usiadła przed komputerem, by o żółwiach zielonych dowiedzieć się więcej. I dowiedziała się, że żyją – a przynajmniej mogłyby żyć, gdyby nie szkodnik zwący się homo sapiens – po 170 lat. Że żółwica składa jaja na tej samej plaży, na której sama się urodziła. I że coraz częściej zdarza się, iż na tej plaży napotyka postawiony przez homo sapiens hotel. I beton, przez który żółwie łapy nie są się w stanie przebić.
Ta bezdomność żółwia, który przecież ma na plecach własny dom, bardzo mnie poruszyła – mówi Małgorzata Szejnert. Tak oto żółw stał się motywem przewodnim jej książki, która przedstawia historię wyspy na przestrzeni 170 lat właśnie.
Okazuje się, że w ciągu życia jednego żółwia, ludzie potrafią zafundować sobie istny kalejdoskop zdarzeń, postaw, ideologii, wojen, rewolucji, zdrad i fanatyzmów. Zanzibar Małgorzaty Szejnert kipi od wydarzeń i niezwykłych postaci; aż trudno uwierzyć, że wszystko to wydarzyło się na jednej niewielkiej wyspie. Podły handlarz niewolników ratuje od śmierci zagorzałego abolicjonistę; polski powstaniec topi smutki (jako konsul Francji) w poezji; brytyjski podróżnik rusza stąd do serca Afryki i popada w szaleństwo, a tragarze niosą go przez dziewięć miesięcy, by mógł zostać pochowany w Westminsterze. 
Zanzibar Małgorzaty Szejnert to świat w pigułce; mamy tu odbicie wszystkich największych bolączek ostatnich dwóch stuleci. Najpierw walka o prawa czarnych niewolników, potem cień rodzącego się w dalekich Niemczech imperializmu, który z czasem przerodził się w faszyzm. Komunizm, który zamienił się w krwawą rewolucję. Wreszcie – nasze czasy: rosnąca dysproporcja między bogatymi a biednymi. I betonowanie wybrzeży. Bogaci turyści czują się dzięki temu jak w domu, ale żółwice nie mają gdzie złożyć jaj. Jednak to mało kogo, poza polską reporterką, zdaje się zajmować.

- Witold Szabłowski

Fragment

Goździki. Unguja i Pemba, Zanzibar

Usunięto świadectwa niewolniczej pracy narodu: z ulic Stone Town riksze, z flagi Zanzibaru pąki goździków.
Wiadomo, że pąki nie zerwane w porę są nic niewarte. Lecz kto ma jej zerwać? Przed rewolucją zbierali je sezonowi przybysze z lądu Afryki. Teraz kłopoty z żywnością na wyspach zniechęcają ich do przyjazdu. Zbiory idą kulawo także dlatego, że doświadczone Stowarzyszenie Hodowców Goździków zostało poddane kontroli państwowej i ma niewiele do powiedzenia. Organizacja pracy upada. Wygodniej jest zbierać pąki z dolnych gałęzi, a górne zostawić. Są podobno plantacje, gdzie czterdzieści procent zawiązków kwiatowych pozostaje na drzewach. Ceny goździków ustalone przez rząd są dużo niższe niż światowe, więc zaczyna się przemyt zbiorów na ląd Afryki. Władze ogłaszają, że przestępstwo będzie karane śmiercią, ale Unguja i Pemba mają w dziedzinie przemytu historyczne doświadczenia i obserwacje i tak jak kiedyś pod osłoną wieziono niewolników w niewielkich dhow, tak teraz zwinne i ciche łodzie żaglowe płyną z goździkami na zachód, głównie do Kenii, a z powrotem wiozą cenne towary powszechnego użytku: cukier, mąkę, olej, ubrania, pastę do zębów, mydło, zapałki i tak dalej. Przemyt goździków urasta do tak potężnych rozmiarów, że jego roczna wartość idzie w miliony dolarów. Rząd ocenia, że w 1975 roku wysycono z Zanzibaru trzecią część zbiorów.
Znalezienie danych, ile osób stracono i czy stracono w ogóle, nie jest możliwe. Może nikt nie poniósł najwyższej kary, bo przemytnicy zarabiali tak dużo, że mogli opłacać strażników i sądy.

Adżit sing. Ng’ambo, Zanzibar

Adżit Sing Hugan nie opuszcza Zanzibaru, chociaż na pewno rozważa taką możliwość. Musi jednak pilnować swojego domu. Pretty One jest wystarczająco okazały, by znalazł się na liście do upaństwowienia, którą zaktualizuje Ali Sultan Isa, ojciec Raissy, Fideli, Maotushi, Stalina.
Utrata domu, przy którego budowie czuł, z Bóg go kocha, byłaby dla Singa bardzo bolesna. Lecz pozostaje na wyspie nie tylko dlatego. Nowa władza zamierza całkowicie przekształcić miasto Zanzibar. Do tej pory stolica utożsamiana była z arabskim Stone Town i nie zmieniły tego dawne projekty Duttona i Singa zrealizowane po drugiej stronie.
Rewolucyjny rząd Zanzibaru detronizuje arabskie Stone Town, chociaż sam korzysta z jego świetnych gmachów, odziedziczonych po poprzednikach. Cały impet inwestycyjny kieruje do Ag’ambo. Adżit Sing, projektant Centrum Raha Leo, które odegrało tak ważną rolę podczas rewolucji, jest zaproszony do wielkich zadań.
Lud Zanzibaru napływa do miasta w nadziei na pracę i awans. Linia przestawiająca populacje stolicy w jej szerokich granicach strzela po 1964 roku gwałtownie w górę. W porewolucyjnej dekadzie ludność  miasta się podwaja, pod jej koniec przekracza stor dwadzieścia pięć tysięcy. Idea miasta socjalistycznego jest reklamowana na transparentach, a najpopularniejsze hasło tamtych czasów brzmi: Naszą matką jest rewolucja, naszym ojcem jest Partia Afroszyrazyjska.
Sztandarowy projekt nosi nazwę Michenzani.
Historyk Abdul Szarif, profesor uniwersytety w Dar es Salaam, autor wielu książkę o Zanzibarze, nazwał ten projekt ukrzyżowaniem.
Dzisiaj, w 2010 roku, wystarczy ściągnąć na ekran komputera satelitarne zdjęcie stolicy, by ocenić trafność tego określenia. Miasto wygląda z góry jak misterny patchwork z drobnych prostokątów i kwadracików. Lewa strona patchworku – Stone Town – jest gęsta, nie widać na niej śladów darcia czy prucia. Prawą stronę, N’gambo, przecinają ze wschodu na południe Ramona ogromnego krzyża. Nawet na zdjęciu z wielkiej wysokości budzi  to dreszcz niepokoju i zaciekawienia. Ten krzyż nie kojarzy się z budynkami, lecz z założeniem inżynieryjnym – fortyfikacje, kanały, pasy startowe?
Są to jednak domy, a raczej bloki. Niewyraźny krąg w miejscu przecięcia ramion jest wielkim basenem fontanny.  Na zdjęciu z powietrza widać, że brak w nim wody, jest pełen śmieci i sterczą z niego pordzewiałe rury. Nikt zresztą nie podchodzi do cembrowiny z cementu, bo stanowi ona środek ronda drogowego. Bloki mają po trzysta metrów długości i na ogół po sześć poziomów. Zbudowano je z szarego betonu i poprzecinano zewnętrznymi galeriami komunikacyjnymi. Wszystkie moduły są jednakowo brudne, odrapane, spękane , klatek i mieszkań nie oznaczono, trudno zrozumieć, jak tysiące lokatorów trafiają do swoich jednostek. Są to bowiem jednostki mieszkalne nie mające nic wspólnego z afrykańskim gospodarstwem domowym i obyczajem rodzinnym; na ogół dwa pokoje i kuchnia  betonie. Bloki tworzą niekończące się martwe perspektywy, których i dzisiaj – w roku 2010 – nie może ożywić ani Ruch uliczny, ani namazane sprayem napisy, ani handel kanapami, fotelami, pufami ustawionymi wzdłuż parterów w równoległe ciągi jak alternatywne, niskie zabudowania, ale – dla odmiany – miękkie i kolorowe.
To nie Adżit Sing odpowiada jednak za ten krzyż. Abejd Karume zwraca się o pomoc w przebudowie stlicy do projektantów z Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Kieruje nimi architekt Hubert Scholz. Zespł przewiduje wzniesienie dwustu dwudziestu dziewięciu budynków z prawie sześcioma tysiącami mieszkań dla trzydziestu tysięcy ludzi. Wymaga to zburzenia ponad pięciu tysięcy starych domów w Ng’ambo.
Rodzice, którymi są partia i rewolucja, nie mogą jednak zrealizować w pełni projektu Scholza. Kraj jest za biedny. Ng’ambo nie zostanie całkowicie przekształcony w miasto socjalistyczne. Bi Kidude ciągle mieszka w swoim małym domku koło Raha Leo i wysiaduje przed nim na kamiennych schodkach, paląc papierosa  za papierosem. Czasami sięga po czekoladki. Czasami po butelkę. Zdrowie jej służy i nie traci głosu. Twierdzi, Że w Berlinie, jak nazywa bloki, nie pożyłaby długo.
Amerykański profesor Gart Andrew Myers, zajmujący się urbanistyką Afryki, ocenia, że kolosalne inwestycje w Ng’ambo, największe w historii miasta Zanzibar, nie rozwiązały problemu jego przeludnienia. Pomogły prawie tyle co nic.