Londyńczycy

Ewa Winnicka
Londyńczycy
  • Czarne 
    Wołowiec 2011 
    ISBN: 978-83-7536-294-7 
    208 stron
    125 x 195
    oprawa miękka   

Ewa Winnicka na wstępie zaznacza, że jej Londyńczycy nie są podręcznikiem do historii. Ale to chyba zbyt przedwczesne wyjaśnienie. Po pierwsze dlatego, że jej zbiór reporterski za punkt wyjścia obiera konkretną sytuację historyczną: przymusową emigrację niemal 200 000 Polaków do Wielkiej Brytanii między 1939 a 1947 rokiem. Po drugie, Winnicka historię niejako przepisuje – zajmując się władzą, traktatami i wielką polityką na tyle, na ile ma to wszystko odbicie w osobistych historiach jej bohaterów.
Książkę otwiera reportaż Zagubieni, znalezieni, zagubieni opowiadający o zdjęciach, które odnalazł na śmietniku pewien kurier rowerowy i artysta. Jak się wkrótce okaże, nieopisane fotografie przedstawiają przyjaciół z Polski. Dla jednej z kobiet, która rozpoznała na fotkach bliskich, zbiór stanowi jednocześnie pretekst do przeszukiwania pamięci. Ten tekst jest poniekąd emblematyczny dla Londyńczyków. Winnicka wychodząc na ogół od jakiegoś przedmiotu, zdarzenia, drobiazgu, traktuje go jako pretekst do szperania we wspomnieniach. Szczególnie zdają się interesować ją relacje międzyludzkie, a raczej ich skomplikowana natura, co słychać m.in. w Historii miłości w dziesięciu etapach o związkach intymnych między polskimi żołnierzami a Brytyjkami podczas drugiej wojny światowej. Autorka zajęła się też np. Lili Pohlmann nagrodzoną medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za pomoc w zajęciu się żydowskimi sierotami transportowanymi z Polski do Wielkiej Brytanii.
Londyńczycy to nie tylko solidnie udokumentowany zbiór reporterski, ale również opowieść o odtwarzaniu historii. Winnicka poszukuje jej wszędzie i na różne sposoby. W książce śledzimy więc gorączkową wymianę e-maili, słuchamy spowiedzi, a czasem po prostu oglądamy rzeczywistość dokładnie, ale bez wyjaśnień – jakbyśmy przyglądali się starym zdjęciom. Ton – nieco ironiczny, zdystansowany i pogodny – sprawia, że książka Winnickiej to zwiewna opowieść o przywracaniu pamięci. Autorka udowadnia tym samym, że historia – tragiczna poniekąd przecież – nie musi być gorzka i martyrologiczna.

- Marcin Wilk

Ewa Winnicka, dziennikarka i reporterka, współautorka scenariuszy filmowych dokumentów. Dwukrotna laureatka (2005 i 2008) nagrody Grand Press za teksty o tematyce społecznej.

Fragment

Zagubieni, znalezieni, zagubieni

Lato 1998. Brixton
Jean -Marc, kurier rowerowy w średnim wieku,  przeciął ulicę  Brixton Hill i stanął przy wielkim śmietniku. Od razu wydał mu się obiecujący: spomiędzy kawałków gruzu wystawały fragmenty mebli, szmat i  starych gazet. W dwóch skrzynkach na warzywa zobaczył pożółkłe fotografie.  Bez zastanowienia załadował je na kurierski rower. Śmieci, gazety, stare monety i niepotrzebne zdjęcia odgrywały ważną rolę w życiu artystycznym Jeana- Marca.  Porzucone rekwizyty cudzego życia złożone w atrakcyjne instalacje przysparzały mu pewnej sławy w północnym Londynie. Na razie, niestety, nie przysparzały pieniędzy. Wieczorem obejrzał fotografie. Dziewczynki w białych sukienkach paradowały przed blaszanymi barakami albo tańczyły w ludowych strojach. Eleganccy mężczyźni na bankietach. Domowe prywatki, potańcówki albo wakacje nad morzem. Na kilku był stempel:  JAN MARKIEWICZ,  67 GAYVILLE ROAD, LONDON SW11, 1953. Europa Wschodnia, powiedział do siebie artysta konceptualny i zaniósł  paczki do piwnicy.
W ogóle go nie inspirowały.

2008. New Cross
Nicole była  aktorką, ale na razie uczyła w podstawówce. Miała trzydzieści trzy lata, mieszkała w północnym Londynie, który ją frustrował. „Więzi sąsiedzkie umarły”, mówiła, głównie dlatego że nie znała żadnego sąsiada ze swojej ulicy, z wyjątkiem Marii, sympatycznej nimfomanki, która, rzecz jasna nie miała problemów z towarzystwem. Po południu zapukała z informacją, że mężczyzna z naprzeciwka planuje przyjęcie dla znajomych z sąsiedztwa. Gospodarz nazywał się Jean- Marc i potrafił słuchać. Więc Nicole opowiedziała mu swoje historie . Na przykład tę o mamie, która nie umiała nigdzie zagrzać miejsca i której kolejni mężowie coraz mniej podobali się Nicole. Mama miała też nieznośne poczucie wyższości. Kiedy przyjeżdżała do Londynu w odwiedziny, lubiła na głos komentować wygląd ludzi w autobusie. Wydawało się jej, że jest bezkarna, bo mówiła po polsku. Aż któregoś dnia starsza osoba odwróciła się i poprosiła, żeby przestała, bo jej przykro.
–  Matka Polka? – zapytał  Jean- Marc i poczuł się zainspirowany.
Wyniósł  zakurzone pudełka.  Leżały w piwnicy dziesięć lat.

2008. Gęsi
Poczuła zazdrość. Ludzie na fotografiach wyglądali na pełnych życia i nie sprawiali wrażenia zainteresowanych tylko samymi sobą. Na pierwszy rzut oka mieli więc lepszą niż ona sytuację życiową.  Nie miała pojęcia, kim byli, dopóki na jednej z fotografii nie zobaczyła dwójki dzieci przebranych do szkolnego przedstawienia, pozujących zapewne z dumnym tatą. Na pierwszym planie stały gęsi wycięte z drewna i wyposażone w  kółka, żeby mogły sprawniej  wjeżdżać na scenę. Poznała te gęsi. Stały w sali teatralnej polskiego Klubu Orła w dzielnicy Balham, gdzie mieściła się szkoła sobotnia, do której dwadzieścia pięć lat temu posłała ją matka. Występowała w tych samych dekoracjach. Gdy tylko matka wyjechała z Anglii z następnym mężem, Nicole przestała mówić po polsku i przebierać się za krakowiankę. Teraz o Polakach codziennie czytała w gazetach, które grzmiały o barbarzyńskiej hordzie najeźdźców. Tłum liczył milion emigrantów i straszył drenażem rynku pracy. Nawet dobrze się złożyło, bo w związku z tłumem za rogiem w New Cross wyrosła redakcja polskiego tygodnika, który mógł teraz pomóc Nicole dowiedzieć się więcej o szczęściarzach z fotografii. Gazeta „ Nowy Czas” wydrukowała kilka zdjęć i apel do potomków fotografa. Pan F., kupując kiełbasę  w dzielnicy  Ealing, rozpoznał  zdjęcie małej Teresy Stołągiewicz w za dużych majtkach i jej siostry Aleksandry siedzącej w blaszanej wanience. Zrobił je świętej pamięci Janek Markiewicz, kolega, fotograf z Kensingtonu, tata dziewczynek z fotografii.
 
1913. Jan Markiewicz
Studiował prawo we Lwowie, był zdolnym urzędnikiem. W 1938 roku Bank Gospodarstwa krajowego w Warszawie zaproponował mu prace dietariusza i zaraz przyznał podwyżkę. Niestety, 4 wrześnie następnego roku go zmobilizowano i skierowano do piechoty, walczył w 6. Pułku Dywizji Strzelców Pieszych. Oddział wycofał się na południe i został internowany w Rumunii. Jan Markiewicz przez Francję i Szwajcarię dotarł do Southampton i Londynu, Zamieszkał z pięcioma kolegami z wojska w wynajętym pokoju. Poszedł na potańcówkę, gdzie zobaczył Krystynę, którą pamiętał ze Lwowa. Właśnie przyjechała z matką z obozu w Tanganice. Zakochał się i szybko ożenił,. Czterech braci Krystyny też trafiło do Londynu, jeden, poliglota, do brytyjskich służb specjalnych, więc wczesniej niż innych stać go było na kupno domu. Na Gayville Road ściągnął całą rodzinę. Ponieważ dyplom prawniczy nic już nie znaczył, Jan został fotografem. Polacy żenili się wtedy na potęgę, rodziły się dzieci, dorośli chcieli się bawić, emigracyjni politycy obchodzili uroczyste rocznice. Wszyscy potrzebowali pamiątkowych fotografii, więc Jan szybko odniósł sukces.(…) Większość polskich rodzin miała wtedy „markiewicze” nad kominkiem, ale on nie przywiązywał do nich wagi, zapominał je i gubił. W 1949 roku urodziła mu się córka Aleksandra, niecałe dwa lata później Teresa.

2011. Teresa i Aleksandra
(…) Siostry zostały nauczycielkami, po polsku mówią śpiewnie, podpierając się angielszczyzną. Tak więc: rodzice z godnością zaczeli angielskie życie. Ich Lwowa już zresztą nie było. Tata nie mówił, czy jest szczęśliwy, czy nie. A one nigdy nie pytały. Rodzice żyli cicho, wśród przyjaciół z Polski. Było ich pięciu: Karpeta, Kolenda, Markiewicz, Mossakowski, Wilk. Umarli w kolejności alfabetycznej. Po niedzielnej mszy szli do kawiarni i rozmawiali o polityce. O Bad guys w Moskwie zazwyczaj. Mama była towarzyska i jej nie wystarczały pokościelne spotkania z polityka  w tle. Chciała tańczyć, a ojciec te polonijne potańcówki obfotografowywał i się nudził. Na obiad jedli zupy, barszcz i pierogi, i tym różnili się od Anglików. Wyróżniało ich nazwisko, ale kiedy do Anglii zjechali czarnoskórzy z Karaibów, nawet nazwisko nie robiło już wrażenia. Więc spokój i harmonia.
Z wyjątkiem roku 1965. W lipcu nad dachami domów w dzielnicy zaczęły nagle latać helikoptery, a po podwórkach biegali policjanci. Wieczorem w telewizji powiedzieli, że z więzienia w Wandsworth, cztery ulice od ich domu, uciekł Ronnie Biggs. U Markiewiczów szukali bohatera napadu stulecia!