Tartak

Daniel Odija
Tartak
  • Wydawnictwo Czarne
    Wołowiec 2001
    125 x 195
    128 stron
    ISBN 83-87391-76-X

Daniel Odija z oddaniem pisze o tym, o czym inni nie mają odwagi nawet myśleć, a mianowicie o polskiej biedzie, o świecie ludzi wykluczonych i przegranych, o ofiarach transformacji ustrojowej, jaka dokonała się w Polsce w latach dziewięćdziesiątych. Głównym bohaterem Tartaku jest odrażająca postać właściciela tytułowej fabryczki, Józefa Myśliwskiego, który w biednej wiosce na północy kraju buduje swoje małe imperium, krzywdząc rodzinę i swoich pracowników. Józef nienawidzi żony, nie kryje, że ma kilkoro dzieci z okolicznymi wieśniaczkami, jest stałym klientem agencji towarzyskiej, wreszcie jego syn z prawego łoża zawodzi ojca pod każdym względem. Bohater nienawidzi, ale też sam jest obiektem nienawiści. Oczywiście jako miejscowy „bogacz”, jako ten, któremu się udało, a przecież – zdaniem członków rozleniwionej i rozpijaczonej społeczności lokalnej – nie powinno. Odija nie szczędzi nam naturalistycznych obrazów, przedstawiających degradację moralną nie tylko głównego bohatera, ale niemal wszystkich mieszkańców osady. Tartak jest poruszającą przypowieścią o upadku małej, zamkniętej społeczności, przypowieścią o brzydszej stronie polskiego prowincjonalnego losu. Proza Odiji, choć zmysłowa i realistyczna, jest również silnie zmetaforyzowana, obfituje w liryczne opisy wiejskiego pejzażu, sporo tu refleksji na temat przemijania, samotności, śmierci, a nade wszystko jakiegoś fatalnego zbłądzenia ludzi w dzisiejszym świecie.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

Pegeery i nie tylko

Akurat w tym miejscu było naprawdę brzydko. Jedyne, co rozświetlało otoczenie, to betonowa kałuża boiska, niezmienna między szarymi blokami. Sterczał z niej przekrzywiony trzepak. I to wszystko. To były pegeery. Z biedy brud tutaj był i nuda z braku roboty. Każdy każdego znał i niewiele mieli sobie do powiedzenia. Jedyną atrakcją był sklep spożywczy, gdzie więcej było wina niż chleba, no i "Zagroda" pani Marioli.
W pegeerach zachowane zostały pewne proporcje. Trochę mężczyzn, trochę kobiet. Całą okolicę zasiedlali podstarzali kawalerowie, bo kobiet było mniej w tym świecie, ale w pegeerach było ich prawie tyle co mężczyzn, chyba dlatego, że mieszkały tu przede wszystkim rodziny. Rodziny wielodzietne i głośne. Dzieciaki biegały brudne i zaniedbane. Bardzo ruchliwe i ciekawskie. Zastygały w słupy soli, gdy przyjeżdżał ktoś nie stąd. Taki ktoś był bardzo interesujący, już przez sam fakt, że nie stąd.
Tu w pegeerach chłopy cały czas były na lekkim rauszu. To jakieś winko, to bimberek albo inny wymysł – byle nie dopuścić do siebie myśli, że jest źle. Ostatnio zaczęli rozmawiać o polityce. W telewizji pojawiła się postać, która pobudziła ich wyobraźnię. Nazywał się Andrzej Pasieka, gdzieś stąd, podobno z Kulszewek, tylko nikt nie wiedział, czy z Małych, czy z Dużych. Podobno chciał, żeby chłopom było lepiej i mówił dobrze, bo zrozumiale. * Zdarzyło się pewnego dnia, że Pasieka przyjechał do pegeerów. Ludziom oczy wyszły na wierzch, bo przyjechał samochodem większym i pewnie droższym od najdroższego samochodu Myśliwskiego. Samochód Pasieki musiał być naprawdę drogi, bo nie za bardzo wiadomo było, jak się nazywa i nikt wcześniej takiego nie widział, nawet w telewizji. Pasieka jednak wysiadł z tego samochodu nie w garniturze, jak na polityka przystało, ale ubrany w swojski dres z ortalionu. Ludziom ulżyło, gdy zobaczyli Pasiekę po swojemu.
Wszyscy skupili się wokół niego na boisku, a on im mówił, że wybory się zbliżają, a przecież on dba o ich interesy i że on też jest dzieckiem Pegeeru! Dlatego powinni mu zaufać, a tak w ogóle, to poza ich głosem, bo już zostało postanowione, że oddadzą na niego głos, skoro jest ich ziomkiem i jako jedyny w tym kraju może wyciągnąć ich z tego gnoju, w którym żyją, to poza tym głosem przydałby się jakiś grosz, żeby w wyborach miał równe szanse z tymi złodziejami z rządu, którzy teraz są przy żłobie, ale niedługo to będzie jeszcze trwało, bo jak on, Pasieka, wejdzie do rządu, to wykurzy tych wszystkich darmozjadów, obiboków i bałwanów. Ale żeby to się udało, to, ludzie kochani, musicie dać jakiś pieniądz i wtedy będzie można utrzeć nosa tym złodziejom. Pasieka był przekonywujący. Niewielki wzrostem, nie wystawał ponad innych, ale fryzurę miał zadbaną i w ogóle był zadbany, a w spojrzeniu miał coś rozkazującego... No i mówił mądrze, tak że każdy rozumiał, o co mu chodzi, i te jego słowa waliły jak obuchem w łeb, takie były trafne... Wszyscy rozumieli, że te pieniądze naprawdę są mu potrzebne, że bez nich i oni nie będą mieć pieniędzy, kiedyś tam później, gdy Pasieka dojdzie już do władzy. Ale ludzie nie bardzo mieli z czego dać. Niektórym już nawet nie przysługiwały zapomogi, to z czego mieli żyć?
Jedni udawali, że coś tam grzebią w kieszeniach, ale grzebali, grzebali, i nic nie wygrzebali. Inni patrzyli do góry, że niby na deszcz się zbiera, a tu jak na złość słońce świeciło i żadna chmurka nie nadpływała nad pegeery. Kobiety to już w ogóle rozeszły się do mieszkań, bo obiad trzeba było przygotowywać. Zrobiło się jakoś niezręcznie i wtedy jeden z dwóch, co to przyjechali z Pasieką, szepnął mu coś do ucha. Pasieka wysłuchał dryblasa i spytał się ludzi, jak dojechać do Myśliwskiego. Gdy mu odpowiedzieli, jeszcze na odchodnym pomachał im pięścią.:
- Chłopy, co to to nie! Jak my tak sobie będziemy pomagać, to do niczego nie dojdziemy, a rządowe hieny ze wszystkiego nas ograbią!
I ludziom zrobiło się głupio, bo wiedzieli, że Pasieka ma rację i bardzo, bardzo, go za to kochali. * Za pegeerami, jeśli było słońce, błyszczała rzeka, która jak żyła w serce wpadała do jeziora, a z jeziora dalej, w morze. I ta rzeka późną jesienią czerniała od pękatych kadłubów troci. Rozleniwione ikrą ryby milcząco wyginały się na zaostrzonych hakach z drutu, które chłopy z pegeerów wbijali w ich boki. Wystarczyło tylko szarpnąć i już ryba mieniła się w górze. Później wyrwać hak z boku i zaczaić się na następną. Ryba powoli i cicho zdychała w trawie, a rozległa rana widniała w niej jak po zdrapanym wrzodzie.
Choć najwięcej polowały dzieci, zdarzało się, że i chłopy, szczególnie, gdy zabrakło na picie. Taka troć swoje kosztowała. Wystarczyło pójść do Sękowiaka i obcy kupowali jak ogłupiali. Sękowiak wybił prądem wszystkie ryby w jeziorze i zostały tylko marne płotki, może trochę okonków...A przecież taka troć to bydlę, że aż miło! Na flachę zawsze się uzbiera. Nie wszyscy oczywiście, nie wszyscy, większość łowiła na obiad, ale tych kilku i jeszcze kilku, co prawie dawało większość, łowiło na picie.
No bo co z tego życia? W takim pegeerze można tylko zgnić z nudów. Mieli wrażenie, że coś im zabrano i pozostawiono na pastwę samych siebie. Nigdy nie uczono ich zostawać sam na sam ze sobą. Zawsze ktoś mówił im, co maja robić. Teraz nikt im nic nie mówił. Mieli mówić sobie sami. Nie przygotowano ich do tego. Zostały tylko wspomnienia i były o wiele ciekawsze od teraz. Bo teraz żyli w biedzie. A bieda jest bardzo nudna. I bardzo śmierdzi. Jak zepsuta ryba. Biedy się nie przeje. No bo czym przejeść, skoro bieda? Ale można ją zapić. Tylko, że wtedy trzeba dużo pić. Aż świat przestanie śmierdzieć rybą.