Żydówek nie obsługujemy

Mariusz Sieniewicz
Żydówek nie obsługujemy
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    125 x 195
    252 strony
    ISBN 83-7414-076-3

Zbiór opowiadań Mariusza Sieniewicza Żydówek nie obsługujemy jest książką zadziorną i prowokacyjną, stawiającą przed czytelnikiem spore wyzwania, ale też zapewniającą rozliczne przyjemności lekturowe. Olsztyński pisarz porusza w nim wciąż bardzo drażliwy temat odmienności, inności i wykluczenia. W opowiadaniu tytułowym – najlepszym w całej książce - przedstawia w konwencji onirycznej historię przemiany, dokonującej się w hipermarkecie, młodego mężczyzny w Żydówkę i późniejszych prześladowań kobiety traktowanej jak towar. W tekście tym autor splótł w jeden bolesny węzeł historyczne traumy i współczesne lęki. Oprócz Żydówki w książce pojawia się cała galeria mniej lub bardziej prześladowanych i marginalizowanych odmieńców: kloszardzi-performerzy z tekstu „Złota akszyn” czy Filip Piszczajko, czyli „Banderas przeciętności” z „Ból brzucha od ucha do ucha”.
Co ważne i wyjątkowe ostatnio, Sieniewicz w nowych tekstach zdecydowanie odchodzi od dominującej w polskiej prozie konwencji realistycznej, stawiając na groteskę. Wszystkie opowiadania z tomu zaczynają się wprawdzie od zwyczajnych, realistycznie ukazywanych scen, ale szybko przechodzą w dziwne, niepokojące wizje. W Żydówek nie obsługujemy króluje żywioł nieokiełznanej wyobraźni, czasami absurdalnej i przewrotnej, to znowu mrocznej. Sieniewicz ma – rzadką u naszych pisarzy – łatwość kreowania niesamowitych, dziwnych sytuacji i motywów, przy tym umie budować z nich spójne, konsekwentne fabularnie opowieści, więc efekt końcowy jest wyborny.
W Żydówek nie obsługujemy Sieniewicz przeprowadził bezwzględną wiwisekcję świadomości zbiorowej Polaków i swojej własnej – wiwisekcję bolesną, ale oczyszczającą. Spora to odwaga. I choćby dlatego, żeby poznać prozę prawdziwie bezkompromisowego pisarza, warto sięgnąć po tę książkę.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Jeśli wracasz i wracasz, docierasz i docierasz w tak niesprzyjających warunkach, to może lepiej, żebyś nie dotarł, nie zasnął.
Lepiej, żebyś zawrócił. Łatwo bowiem możesz zostać zwerbowany do czegoś śliskiego, gdy buchnie skandaliczna otchłań, urągająca realności i logice. Jednak, gdy wracasz, kładziesz się spać — jest już za późno. TO ma cię na widelcu! Stajesz się marnym aktorzyną, grającym dla nocnego agresora. Stajesz się epileptykiem jaźni z łyżką sensów w zębach, która chroni cię przed zejściem. Żarty się kończą. Balansujesz na granicy zmysłów, boso stąpasz po cienkim ostrzu noża, który tnie na strzępy bezpieczną strefę między snem a jawą. Karzeł patrzy z boku i zastrzega się obłudnie: „To nie moja sprawa. Mnie nic do tego”.
Chwila dezorientacji i cyk — zaczyna się od powtórki. Tak jakby sen uważał cię za tępaka i uznał, że musi wciskać ten obsesyjny motyw jak kit w nieszczelne okno. Tak długo, aż wszystko zrozumiesz. Do ostatniego szczegółu. Jest mało sympatycznie. Wieloręka podświadomość sięga po ograne chwyty, znowu tworzy upiorną opowieść i wrzuca ci do łba, i miesza jak w przepastnym maglu. No bo…
No bo stoisz w kolejce, w hipermarkecie. Wziąłeś mineralną, dwie zupki chińskie i oliwkowe mydło. Znajoma kasjerka z wielkim pieprzem na szyi inkasuje pieniądze, wydaje resztę, podaje jednorazówki. Normal, nic szczególnego. Dość szybko dochodzisz do kasy i rzucasz na taśmę zawartość koszyka, po raz enty podziwiając imponujące rozmiary pieprza. Z daleka wygląda jak krowi placek, z bliska jest wczepioną w szyję tarantulą... Kobieta ma tylko wyliczyć po zylu za wodę, mydło i zupki, lecz zamiast tego, spogląda na ciebie z obrzydzeniem, a jej ręka unosi się w kategorycznym, przeczącym geście.
— Żydówek nie obsługujemy! — wypala donośnie, zamykając z trzaskiem szufladę kasy.
No i gęba otwiera ci się jak pusta szuflada. Kulturowy i genetyczny absurd! Jakże to, ty pieprzu pieprzony?! Spoglądasz na innych, szukając potwierdzenia, że baba od tego pieprza dostała najnormalniejszego piździelca, lecz ci „inni” toczą podobnie złowrogim spojrzeniem. Co jest, do cholery?! Ty Żydówką?… Intuicyjnie zerkasz na ramię i… pot cię zalewa, krew uderza do głowy, szumi, dzwoni w tętnicach… Na rękawie widnieje gwiazda żydowska… Do kurwy nędzy, niemożliwe! Jeszcze raz ze wstrętem… na rękawie gwiazda Syjonu! Dwa narysowane czarną kreską trójkąty, ni mniej, ni więcej! Dół — góra, zaplecione. Góra — dół, w sobie zwarte na tle żółtym, przybrudzonym… Jakby tego było mało, tuż nad gwiazdą, po prawej stronie — znaczek „R” w kółeczku, potwierdzający oryginalność. Jakby Wielkie Konsorcjum Rasy strzegło swego majątku, a ty, w tej chwili, pośród lśniących towarów, stałaś się jego częścią, żywym inwentarzem, który opieczętowano. Ale kanał!
— Bujaj się, Żydowico! — warczy gościu w czerwonej koszulce i klapkach. — Bujaj się, no! No! — powtarza, boleśnie szturchając cię łokciem. Jeden z tych zdrowych okazów szowinistyczno-narodowej świni, które powinno się obwozić w klatce po świecie, zbijając szmal za bilety bez zniżek.
Wiadomość roznosi się błyskawicznie, już słychać z megafonów podekscytowane: Uwaga! Uwaga! Żydówka w naszym sklepie! Przedpromocyjny pokaz przy kasie numer jeden! Zapraszamy! Żydówka, kasa numer jeden! Ludzie porzucają koszyki i wózki, pędzą w zaciekawieniu, które natychmiast ustępuje złości. Uwaga! Uwaga! Żydówka w naszym sklepie! — po hali niesie się piskliwy głos spikerki — Przy kasie numer jeden! Przy kasie numer jeden! Ludziska stają półkolem naprzeciw ciebie. Pchają się jeden przez drugiego i jeden przez drugiego głowę wystawia, by jak najlepszy mieć widok. Na razie nic, tylko patrzą. Czekają na nieopatrzny ruch. A im dłużej czekają, tym szybciej dochodzi do ciebie ten fakt: jesteś Żydówką. Żydówką! Nic tego nie zmieni, ani sen — mara, ani Bóg — wiara. Jeszcze chwila i gardło rozsadzi ci lament. Stoisz bezradnie przed nimi jak przed ścianą płaczu, bijesz w tę surową, spękaną ścianę zimnych oczu swoim lękiem. Twoja tożsamość wsadziła cię w tak niespodziewanym momencie na minę odmienności. Dopadł cię Obcy. Nosiłeś go w sobie od lat, a on karmił się tobą, pasożytował, by teraz ukazać swą gębę! Wielkie Konsorcja Ras i Płci dobiły targu, na liście rankingowej wyrównał się poziom zysków i strat. Wielkie Konsorcjum Polaka i Wielkie Konsorcjum Mężczyzny znalazły w tobie niemożność sprostania wymogom gatunku i wystawiły na licytację, a Baba Żydówa wzięła. Za bezcen. Nikt nawet w zęby nie zajrzał! Lecz gdzie ty-mężczyzna, ty-Polak i twój łagodny w tej sytuacji karzełek? Gdzie laski, panienki, dupeczki i dupy? Gdzie „kto ty jesteś?”, „jaki znak twój”, „twa ojczyzna?” Niemożliwe, by przeszłość prysła jak bańka mydlana! Przecież kocham szczerze! W krwią zdobytą Polskę wierzę!