Sobowtóry

Jadwiga Maurer
Sobowtóry
  • Scriptum
    Kielce 2002
    144 x 202
    392 strony
    ISBN 83-88825-05-4

Sobowtóry to retrospektywny tom prozy Jadwigi Maurer, gromadzący całość dorobku literackiego autorki. Na ów dorobek składają się raptem dwadzieścia dwa utwory, na ogół dłuższe opowiadania. Ułożone w porządku chronologicznym tworzą szersza opowieść o charakterze autobiograficznym. Pisarkę interesuje pewien szczególny wariant losu ocalonych Żydów polskich. Chodzi o tych, którzy zaraz po wojnie wyjechali z kraju (jak nastoletnia podówczas autorka), względnie znaleźli się w zachodniej części Niemiec jako byli więźniowie hitlerowskich kacetów. Konkretnie – idzie o żydowskich dipisów, którzy zamieszkali w tuż powojennym Monachium, którzy właśnie w stolicy Bawarii, gdzie rozgrywa się akcja większości opowiadań zgromadzonych w Sobowtórach, studiowali i sposobili się do skoku w tzw. normalne życie. Środowiskiem, któremu z uwagą przygląda się pisarka, jest tedy grupa rozmawiających ze sobą po polsku studentów monachijskiego uniwersytetu, a także kilka żydowskich rodzin z pokolenia rodziców bohaterki osiadłych w Monachium. Autorka opisuje tamtą atmosferę tymczasowości, przez którą przebija niesamowity głód życia. Jej bohaterowie chcą jak najszybciej zdobyć – wielce ceniony w świecie – dyplom niemieckiej uczelni i wyemigrować do Stanów Zjednoczonych bądź Izraela. Tytułowe „sobowtóry” to tyle co galeria obcych i zarazem własnych wcieleń. Przyglądając się innym, przedstawiając jakże różne powojenne losy tych, którzy wymknęli się Zagładzie, narratorka-bohaterka próbuje zrozumieć siebie. Inni (sobowtóry) są jej lustrem.

- Dariusz Nowacki

Jadwiga Maurer – urodziła się w Kielcach. Jako żydowska dziewczynka ukrywała się w klasztorze katolickim na Słowacji. Po wojnie wyjechała wraz z rodzicami do Monachium, gdzie studiowała językoznawstwa słowiańskie. Od roku 1968 jest profesorem amerykańskich uniwersytetów, obecnie – University of Kansas. Od lat 60. pisze opowiadania.

Fragment

Raz zdarzył się niepojęty cud. UNRRA dała nam w przydziale miesięcznym po kilka cytryn. Strasznie mi te cytryny smakowały. Posypywałam je cukrem, także pochodzącym z przydziału, i tak jadłam. Ostatnią cytrynę chowałam przez jakiś czas w kredensie, aby się nią jeszcze trochę rokoszować. Mama przepowiedziała, że cytryna w ten sposób zgnije. Jednego dnia po powrocie ze szkoły postanowiłam ją wreszcie zjeść. Ale cytryny w kredensie nie było. Wspinałam się na palce, macałam ręką po kątach nic nie pojmując. – Mamo, gdzie moja cytryna? – zawołałam na koniec wielkim głosem. – Cytryna? – powtórzyła mama. – Nie ma. Dałam ją sasiadce z góry dla syna.
Z oburzenia nie mogłam przemówić słowa. Mama dała moją cytrynę sąsiadce z góry! Mama, która sama cudem uratowała się od zagłady, mama, która codziennie płakała nad losem swoich krewnych, przyjaciół, znajomych. Zresztą czy trzeba dokładnie tłumaczyć... Po oburzeniu przyszedł żal. Nie znałam własnej mamy, nie wiedziałam do czego była zdolna. Konający potomek wielkiego rodu zjadł cytrynę, która mnie się słusznie i sprawiedliwie należała jako przydzielona mi przez zwycięzców. Powiedziałam to mamie wieczorem, kiedy moja złość i żal trochę osłabły. Mama wysłuchała uważnie. – Masz rację – przyznała w końcu. I po chwili dodała nieoczekiwanie: - To jednak nie zmienia faktu, że potworna epoka wychowała może nie potwory, ale co najmniej złych ludzi. Ty nie jesteś dobra. Nie twoja wina, przecież nawet w klasztorze wpajano w ciebie nienawiść.
Z nikim więc nie mogłam się już porozumieć. Czułam się doszczętnie odizolowana od reszty świata, od wszystkich ludzi, nawet tych, jak ja, cudem ocalałych. Płakałam co noc wciskając twarz w poduszkę. Był już lipiec, matura, którą właśnie zdałam, wydała mi się za jednym zamachem nieważna. Płakałam do późna w noc, słyszałam, jak ostatnie tramwaje zjeżdżały ze zgrzytem do niedalekiej remizy, jak żołnierze amerykańscy hałasowali przed knajpą na rogu, jak uparte deszcze dzwoniły stale o szyby. Zasypiałam wreszcie nad ranem, obolała, wyczerpana, zawiedziona i zgnębiona. Nawet studia na uniwersytecie wydały mi się bezcelowe, głupie, bo i po co? Dziś rozumiem, że była to powolna śmierć żywych uczuć, że przystosowywałam się do życia, do przyszłości, do cudu gospodarczego, który był jeszcze w powijakach, do lat odrętwienia-kompromisu, obojętności-kompromisu. Gdyby nie książę i cytryna, jakiś inny epizod byłby wywołał ten sam kryzys. Gdybym była poznała księcia kiedyś później, byłabym przynajmniej stanęła z nim pogadać na schodach, kto wie, byłabym go pewnie nawet poprosiła do mieszkania. Wczesne lata, których nie odczuwam, ale o których wiem, że istniały. Wczesne lata, których smak jest mi dzisiaj nieznany, po których pozostała mi zaledwie sucha wiedza! Jeszcze ciągle jestem w dużej mierze dalszym ciągiem dziewczynki z wojennego Krakowa, ale dalszym ciągiem długowłosej kozy pierwszych powojennych lat nie jestem wcale. Po tej osóbce pozostało zaledwie kilka amatorskich, niewyraźnych zdjęć i kilka zeszytów zapisanych śmiesznie niewyrobionym pismem (-Spójrz, analfabetka – kiwa głową mama). I jeszcze jakieś spełzłe do białości kartki żywnościowe, niegdyś, jak się domyślam, różowe lub niebieskie, wałęsające się wśród szpargałów, i legitymacja UNRRA, kawałek tektury z miniaturową fotografia, z której spogląda na świat drobna, zacięta, ponura twarz zagadkowego stworzenia, którego nie zdążyłam poznać.
Siedzieliśmy tak koło siebie na ławce skuleni, drżący już trochę z zimna pomimo lata. Siedzieliśmy w smutnym stanie sobowtórów, pozbawionym wszelkiej erotyki, pozbawionym nawet właściwie uczuć przyjaźni, obranym z tych jakichś prądów przepływających między człowiekiem a człowiekiem, Czuliśmy wzajemnie w sobie własne ja puste jak znajomy krajobraz dokoła, zamknięte w tej wspólnocie na siedem spustów, przypieczętowane nieodwołalnie na resztę dni. Przedwcześnie pożółkły liść oderwał się od gałęzi nad naszymi głowami i toczył po alejce niesiony wiatrem. Patrzyłam za nim usiłując sobie przypomnieć jeszcze szczegóły z tamtych wczesnych lat. Ale nic mi więcej nie przychodziło na myśl. Nie pamiętałam wcale, jak wyglądał młody książę, ani jak wyglądała jego matka księżna-wdowa, ani jak wyglądała sąsiadka z parteru, ani jak wyglądała dozorczyni. Pamiętam tylko ciemną klatkę schodową tego domu i poza tym wiedziała o sobie samej, że byłam bardzo chuda i nosiłam długie włosy, których nie chciałam obciąć i że mama na mnie o to krzyczała. A ja nie chciałam włosów ani obciąć, ani upiąć, ani zapleść w warkocze, bo na warkocze – uważałam – byłam zbyt dorosła i krzyczałam, że nie jestem już na „aryjskich papierach” i wobec tego nie mam zamiaru troszczyć się o wygląd. Mogę sobie wyglądać jak mi się żywnie podoba. A mama mówiła, że jestem krnąbrna i w ogóle zachowuję się jak piętnastoletnia dziewczynka, a nie jak gimnazjalistka i wnet studentka. – Chodźmy stąd – powiedziałam do Karola. Co tu będziemy tak siedzieć. Wiatr, ziąb. Odprowadzę cię do szpitala, nic przecież i tak nie mam do roboty.