Sandacz w bursztynie

Piotr Cegiełka
Sandacz w bursztynie
  • Krakowska Alternatywa/Ha!art
    Kraków 2001
    139 x 200
    128 stron
    ISBN 83-914748-3-6

Zbiór siedmiu dosyć długich opowiadań. Sam tytuł jest celowo pozbawiony związków z utworami i dobrze oddaje poczucie absurdu rodem z Becketta czy Ionesco (por. choćby słynną Łysą śpiewaczkę), jakie patronowało Cegiełce nie tylko przy układaniu tytułu. Większość z tych utworów utrzymana jest niemal (lub – jak w przypadku opowiadania pt. Wrony – zupełnie) w poetyce sennego horroru. Nieodmiennie tekst zaczyna się realistycznie, szybko jednak okazuje się, że nad losem bohatera (zwykle tego samego młodego człowieka wypalającego tony papierosów) ciąży jakieś fatum, że pewna organizacja uknuła misterny spisek, jednak nasza ciekawość (kto? jaki spisek?) nie zostanie zaspokojona, podobnie jak nigdy nie dowiemy się, za co i przez kogo został skazany Józef K.

-
Michał Witkowski

Piotr Cegiełka (ur. 1978). Prozaik, dramaturg. Publikował w „Twórczości”, „Studium”, „Ha! arcie”, „Lampie i Iskrze Bożej”, „Pro Arte”. Laureat pierwszej nagrody w konkursie im. Stanisława Czycza (Kraków, 2001, w ramach festiwalu „Tekstylia”). Mieszka w Płocku, gdzie studiuje filologię polską. Wydał tom opowiadań pt. Sandacz w bursztynie (Krakowska Alternatywa, seria „Kolekcja Ha! art”, Kraków 2001).

Fragment

Prawdopodobieństwo

I
 – Pan Jaś? – usłyszałem nad uchem męski głos i otworzyłem oczy.
 – Tak – odpowiedziałem i zacząłem zastanawiać się, skąd ten mężczyzna wziął się w moim mieszkaniu.
  Nachylił się nade mną i wyraźnie poczułem jego oddech przesiąknięty zapachem wypalonych papierosów. Założyłem ręce za poduszkę i postanowiłem nie ruszać się. Patrzyliśmy sobie przez chwilę prosto w oczy. Chciałem wiedzieć, która jest godzina i spytałem go o to. Odpowiedział, że nie ma zegarka. Zasłaniał mi budzik stojący na biurku, ale nie śmiałem prosić go by się przesunął. Pochylił się jeszcze niżej i wyszeptał mi prosto do ucha.
 – Od dzisiaj nie będzie panu wolno opuszczać mieszkania.
 – Że co? – spytałem i pomyślałem, że to wszystko zapewne śni mi się tylko, i wcale się nie obudziłem.
 – Słyszał pan. Nie opuści pan od dzisiaj swojego mieszkania. Zabrania się tego panu kategorycznie. Poproszę teraz pana, żeby pan wstał i oddał mi swoje klucze.
  Odsunąłem kołdrę i usiadłem na brzegu łóżka. Wstałem i podszedłem do krzesełka, gdzie zostawiłem przewieszone przez oparcie swoje spodnie. Z kieszeni wyjąłem nawleczone na stalowe kółko klucze i podałem mu je posłusznie. Wziął je bez słowa i wsunął do bocznej kieszeni płaszcza.
 – To wszystko? – spytałem.
 – Tak, dziękuję – odpowiedział. – Wychodząc zamknę pana od zewnątrz. Niech pan nie próbuje uciekać przez okno, to się panu nie powiedzie, a tylko przysporzy kłopotów. Pana mieszkanie będzie stale obserwowane. Każda próba ucieczki może skończyć się dla pana tragicznie. Co prawda, to tylko drugie piętro, ale złapany przez strażnika zostanie pan niechybnie stracony. Na miejscu. Takie mamy polecenie.
 – Jakie polecenie?
 – Nic więcej nie mogę panu powiedzieć. Przykro mi. Proszę mi wierzyć, współczuję panu. – Wyszedł do przedpokoju i skierował się do drzwi. Podążyłem za nim.
 – Ale zaraz, co to wszystko ma znaczyć? – wykrzyknąłem. Bezradnie rozłożył ręce i spojrzał na mnie tak samo.
– Nic panu nie poradzę. Naprawdę mi przykro. – Złapał za klamkę i wyszedł na klatkę. Zamknął drzwi i usłyszałam szczęk przekręcanego zamka, który uświadomił mi, że jednak nie śpię i że to wszystko dzieje się rzeczywiście.
  Wróciłem do swojego pokoju i spojrzałem na łóżko. Nie wiedziałem, czy jeszcze się położyć, ale w końcu rzuciłem się na posłanie. Spod poduszki wyciągnąłem papierosy i zapaliłem jednego. Rozejrzałem się za popielniczką, ale stała w drugim końcu pokoju. Nie chciało mi się po nią wstawać i strząsałem na podłogę. Leżałem nie przykryty na prawym boku i pilnie śledziłem ruchy uciekającego sekundnika. Budzik pokazywał piątą trzydzieści. Około szóstej powinno pojawić się słońce, choć za oknem nie było już tak ciemno. Nie mogłem przypomnieć sobie, jaki dzisiaj dzień. Chyba poniedziałek. Ładny początek tygodnia, pomyślałem. Chwilę potem musiałem zasnąć, bo obudziłem się tuż przed siódmą, trzymając w palcach wypalonego po filtr papierosa.
  Wstałem. Zacząłem zbierać porozrzucane po podłodze ubrania i po kolei zakładać na siebie. Nie mogłem znaleźć jednej skarpetki, ale w końcu znalazłem ją pod krzesłem stojącym przy oknie. Usiadłem na nim i zapaliłem papierosa. Wsparłem łokcie na parapecie i obserwowałem ludzi pędzących na przystanek autobusowy. Chodnik biegł tuż pod oknami mojej kamienicy. Gdy byłem mały otwierałem okno i plułem im na głowy. Teraz wydmuchiwałem dym prosto na szybę i patrzyłem jak rozpływa się, napotkawszy przeszkodę. Jak kręgi na wodzie, gdy dotknie się palcem powierzchni. Podniosłem z podłogi popielniczkę i postawiłem ją na parapecie. Była zapełniona po brzegi i z trudem udało mi się znaleźć miejsce, by ugasić kolejnego papierosa.
  Po drugiej stronie ulicy, w bramie, dostrzegłem wysokiego mężczyznę, którego widok zaniepokoił mnie. Miał na sobie czarny kapelusz i długi, sięgający ziemi siwy płaszcz, spod którego wystawały spiczaste czubki czarnych skórzanych butów. Wyglądał zupełnie jak facet, który odwiedził mnie dzisiaj w nocy. Ale to nie był ten sam facet. Tamten był mniej więcej mojego wzrostu, a przy tym czułbym się raczej jak karzeł. Wiedziałem, że patrzy w moje okno. Zaraz gdy to sobie uświadomiłem, wstałem z krzesła i spuściłem żaluzje. Obserwowałem go jeszcze chwilę, przez małą szparę w jednej nadłamanej nieco żaluzji, ale on stał nadal w tym samym miejscu. Niech sobie stoi, pomyślałem i odszedłem od okna. Zabrałem z parapetu pełną niedopałków popielniczkę i wyrzuciłem jej zawartość do sedesu. 
  Poszedłem do łazienki. Rozebrałem się i wszedłem do wanny. Usiadłem na dnie. Znalazłem korek i zatkałem nim odpływ. Chwilę patrzyłem jak wanna napełnia się. Wyregulowałem jeszcze raz wodę, gdyż ta była trochę za zimna. Sięgnąłem po leżący na zlewie zlepek mydeł i począłem namydlać całe ciało. Posiedziałem trochę, bezczynnie czekając, aż wanna napełni się wystarczająco. Zanurzyłem się wreszcie i wyjąłem korek. Potem jeszcze umyłem głowę, ale stojąc już pochylony nad wanną. Spłukałem wszystko wodą z prysznica. Wytarłem całe ciało ręcznikiem i założyłem świeżą bieliznę. Nawinąłem na zapałkę kłębek waty i umyłem uszy. Wysmarkałem nos w stary zmięty podkoszulek, który leżał na podłodze i służył mi do tego.
  W kuchni napełniłem czajnik wodą i postawiłem na gaz. Do szklanki nasypałem kawy. Dwie łyżeczki więcej niż zazwyczaj. Byłem jeszcze trochę senny i chciałem się przebudzić do końca. Usiadłem na taborecie przy oknie i zapaliłem leżącego luzem na stole papierosa. Filtrem tkwił w kopczyku rozsypanej soli. Gdyby nie Judyta, zginąłbym w tym bałaganie. Dzisiaj miała do mnie przyjść, ale postanowiłem, że później zastanowię się, jak to będzie wyglądać. Wstałem i wyszedłem na przedpokój. Na palcach podszedłem do drzwi i przyłożyłem oko do wizjera. Na klatce ujrzałem siedzącego na schodach faceta. Miał na głowie kapelusz i ubrany był w taki sam płaszcz jak dwaj jego poprzednicy. Przeraziłem się trochę. Chwyciłem za klamkę i zacząłem szarpać się z nią. Oko cały czas miałem przytknięte do wizjera. Facet na klatce nawet się nie poruszył. Tak jakby był do tego przyzwyczajony. Nawet nie spojrzał na moje drzwi, tylko nieruchomo wpatrywał się w ścianę przed nim.