Prąd zatokowy

Jerzy Sosnowski
Prąd zatokowy
  • W.A.B.
    Warszawa 2003
    130 x 200
    403 strony
    ISBN 83-89291-43-6

Jerzy Sosnowski napisał kolejną poważną i atrakcyjną książkę, w której aż gęsto od zagadnień metafizycznych czy raczej - ostrożniej - spirytualistycznych. Oto widzimy współczesnego warszawskiego inteligenta pogrążonego w rozpaczy z powodu śmierci ukochanej żony. Pod wpływem niegdysiejszych lektur i młodzieńczych fascynacji młodopolską myśl spirytualistyczną bierze za swoją. Bohater nie tylko pociesza się wiarą w reinkarnację, ale jest przekonany, że nowa kobieta w jego życiu jest tą, którą spotkał sto lat temu w Pornic. W tym samym francuskim miasteczku, ale już w roku 1899, spotykają się dwaj przyjaciele z czasów studiów berlińskich, Tadeusz Miciński i Stanisław Przybyszewski, by wziąć udział w prywatnym seminarium filozoficznym zorganizowanym przez sławę naukową tamtej epoki, Wincentego Lutosławskiego. Pojawia się także motyw listu, znalezionego współcześnie, wysłanego w latach 60. do pewnego czasopisma na konkurs "Jaka będzie Polska w roku 2000". Pewna dziewczynka opisała wtedy rzeczywistość dokładnie taką, jaką dzisiaj znamy...
Rzecz w tym, że w najnowszej powieści Jerzego Sosnowskiego nic nie występuje osobno. Każdy motyw i wątek zostaje oświetlony lub rozwinięty przez ujęcia wcześniejsze lub późniejsze. I nie chodzi tu tylko o podziw dla koronkowej roboty pisarza, idzie o bodaj nadrzędne przesłanie wyłaniające się z tej powieści, pozostające w ścisłym związku z tytułem tego intrygującego utworu. Otóż Sosnowski mówi nam, że wszystkie podstawowe kwestie filozoficzne oraz najbardziej dręczące dylematy moralne, z jakimi kiedykolwiek człowiek miał do czynienia, są niczym meduzy obserwowane przez bohaterów na plaży w Pornic - na pozór znikają w głębi oceanu, ale zawsze wracają. Tak działa prąd zatokowy. Nie ma zatem czegoś takiego jak postęp, tak czy inaczej rozumiany, triumfalny pochód rozumu to także złudzenie. Mają nas o tym przekonać niektóre - na poły sensacyjne, na poły fantastyczne, a już na pewno zaskakujące - rozwiązania fabularne.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

- Jeśli już musisz zajmować się czymś podobnym, niech ma to ręce i nogi. Sięgnij no tam, proszę cię. Kremowa teczka.
Posłusznie uniósł się i podszedł do biurka. Chwilę zajęło mu ustalenie, co ojciec określał jak kolor kremowy; wziął w końcu do ręki plik papierów, wokół którego gumka utrzymywała resztkę brudnawobiałych tekturowych okładek. Na wierzchu pełen zawijasów napis głosił: „Redaktor Leon Ratajczak. Konkurs – prace odrzucone”.
– Kiedy byłeś bardzo mały, razem z redakcją płomyka ogłosiliśmy dla dzieciaków konkurs na pracę piśmienną albo rysunek na temat „Jak sobie wyobrażam Polskę w roku 2000”. Ogłoszenie wyników wyznaczyliśmy na tysiąclecie państwa polskiego [rok 1966]. Opublikowaliśmy potem książkę, na pewno ją pamiętasz, stała w twoim pokoju. Tu są resztki, natknąłem się na nie w zeszłym tygodniu. Przejrzałem z ciekawości; w takich konkursach debiutowali czasem późniejsi malarze i literaci, wtedy przyzwoicie działał mechanizm promocji młodych talentów, nie tak jak teraz – ojciec zrobił pauzę, zapewne spodziewając się protestu syna. – Zwłaszcza talentów na wsi. – Antek wciąż milczał. – Więc teraz, mój kochany, otwórz i zobacz trzecią pracę.
Antek zajrzał. Na papierze w trzy linie okrągłym pismem dziecka napisane było: Dębica, 15 styczeń 1966 roku Kochana redakcjo,
Polska w roku 2000 będzie bardzo piękna. Wszędzie będą rosły ogrody i parki. Dzieci będą się odrzywiały bardzo zdrową lemoniadą. I ciastkami. Ciastka to będą wogle lekarstwa. W szkole się będziemy uczyć przez sen. Latać będziemy chelikopterami i karzdy będzie miał swój chelikopter. Lotniska to będą na dachach domów. I wszyscy będą się uśmiechali na przykład jak mamusia powie że dziecko jest niegrzeczne to nie będzie stawiania w kącie a jak tatuś to nie będzie lania nawet jak się przyniesie dwójkę. Ale jak będziemy dobże spali to nie będzie dwójek (dwójek). W tej szkole. A na wakacje pojedziemy na księżyc na całe dwa miesiące. Zasyłam pozdrowjenia dla całej redakcji – Basia Maczek lat 11.
- Nie rozumiem, co mi tu dałeś do czytania. Kto to jest Basia Maczek? – zapytał Antek, kiedy skończył czytać.
Ojciec odwrócił się gwałtownie; wyglądało na to, że ułożył sobie tymczasem fałdy twarzy w dumną minę, z której – wobec pytania syna – musiał nagle zrezygnować.
- Ale co ty wziąłeś? Trzecia praca, nie czwarta. Poprzednia!
Antek posłusznie przewrócił kartkę. Drogi „Płomyku”,
Ja wiem, jak będzie wyglądała Polska w roku 2000. Po pierwsze tu będzie kapitalizm. Bo na świecie wszystko się zmieni i naszymi przyjaciółmi będą Niemcy i Ameryka. W Polsce będą wybory takie jak na Zachodzie, a nie takie jak teraz, co to mój tata mówi, że wszystko jedno, czy się pójdzie czy nie, i tak będzie to samo. A w Związku Radzieckim będzie wielka bieda i wielka katastrofa łodzi podwodnej i zdaje mi się, że nie będzie już Związku Radzieckiego.
Wszyscy będą kochać Papieża, który będzie Polakiem ten Papież. A za to polskim piłkarzem będzie Murzyn i jego też będą kochać. To nieprawda, że będziemy latać latającymi talerzami i mieszkać na Księżycu. I wcale nie będzie tak dużo robotów, takich chodzących. Za to każdy będzie nosił przy sobie telefon z którego będzie można wszędzie zadzwonić i w każdej chwili wszystko załatwić. A w telewizorze będzie strasznie dużo rozmaitych programów może sto. Więcej jak w radio. I jeszcze widzę w domach takie skrzyneczki, to będzie coś w rodzaju mózgów elektronowych i te mózgi będą strasznie dużo umiały na przykład same pisać listy między sobą i grać z dziećmi w rozmaite gry i rozwiązywać zadania i encyklopedie. Ale te domy zostaną takie same jak dzisiaj. Moja wioska to się nie bardzo zmieni tak na wygląd.
Będzie straszna choroba krów na całym świecie. Od tego będą umierały zwierzęta i ludzie. A Murzyni będą prześladować białych w Afryce. I z jednego zwierzęcia będzie można zrobić kilkadziesiąt takich samych zupełnie jakby się robiło zdjęcie aparatem fotograficznym. Dzieci będą uciekały z domu i brały jakieś trucizny gorsze niż wódka i nie da się na to nic poradzić. Bo im to będzie smakować chociaż to będzie trucizna. I ludzie będą smutni i będą często samotni i to wszystko będzie trochę straszne, ale mało kto to zauważy. I będzie w radio i na tańcach taka dziwna muzyka. Taka monotonna. Wydaje mi się, że ją słyszę. Nie podoba mi się. Ale wtedy mi się będzie może podobać. I to wszystko, jest naprawdę, nie zmyślone, żebyście wiedzieli – Żorlina z Żegiestowa.
Antek skończył czytać i milczał przez chwilę; jak podczas emisji, gdy wypadki toczyły się niezgodnie ze scenariuszem, próbował wybrać najlepsze zadanie z tych kilku, które przyszło mu do głowy.
- Tato, to jakieś żarty? – zapytał wreszcie. A widząc minę ojca, dodał zaraz: - Gdzie jest koperta? Z adresem?
Starszy pan, oparty łokciami o wolny kawałek stołu, trącał palcem pudełko z lekarstwami.
- E, synu – odezwał się cicho – to było trzydzieści pięć lat temu. Ale – podniósł głowę i teraz uśmiechał się już wyraźnie – jesteś w końcu dziennikarzem, tak czy nie?