Świat bez kobiet

Agnieszka Graff
Świat bez kobiet
  • W.A.B.
    Warszawa 2001
    145 x 205
    288 stron
    ISBN 83-88221-71-X

Agnieszka Graff tropi kobiecą nieobecność w życiu publicznym, jej ślady i nisze, w które została wyparta. Na okładce widzimy ubranego w garnitur mężczyznę z papierową torbą (a może to uran wyborcza?) nałożoną na głowę. Nieprzyjemna ta sytuacja wydaje się jednak mężczyźnie (politykowi? prezenterowi telewizyjnemu?) wcale nie przeszkadzać. Siedzi spokojnie, z rękami ułożonymi w pozycji "wszystko pod kontrolą, wszystko jest OK.". Ten obrazek bardzo dobrze ilustruje treść książki: w biegu na 100 metrów kobiety w Polsce muszą najpierw dobiec z odległości kilku kilometrów do bloków startowych, a i wtedy jeszcze z troską w głosie zostaną przed startem zapytane, czy aby na pewno chcą wziąć na siebie ten niekobiecy wysiłek. Bo przecież w biegu mogą się spocić i fryzura im się potarga. Agnieszka Graff obserwuje te manewry, przysłuchuje się rozmowom i jednostronnym przekazom, analizuje je i pokazuje mechanizmy, które się za nimi kryją. Nie podaje jednak gotowych recept na szczęśliwe pożycie społeczne i unika pouczeń. Student piszące prace seminaryjne na tematy związane z feminizmem będą mogły nareszcie podać w oparciu o miarodajne źródło, skąd wzięła się legenda o feministkach palących biustonosze. Osoby zirytowane lekceważeniem, zagadywaniem i wyśmiewaniem feministycznych argumentów znajdą w rozdziale Michałki i inne sposoby na feminizm wnikliwą i błyskotliwą analizę strategii zakładania kagańca (...). Świat bez kobiet nie jest zbiorem feministycznych dogmatów podanych na tacy po to, żeby je przejąć, uwewnętrznić i stosować odtąd w życiu osobistym oraz zawodowym. Wywołuje kontrowersje i polemiki - i bardzo dobrze, oby ich było jak najwięcej.

-
Beata Kozak

Agnieszka Graff (ur.1970) tłumaczka i publicystka, absolwentka Amherst College i Oxfordu, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim: w ośrodku Studiów Amerykańskich i na Gender Studies. 

Fragment

"Ty chyba jesteś wojującą feministką" - to zdanie usłyszałam po raz pierwszy, mając 17 lat, podczas imprezy towarzyskiej gdzieś na warszawskim Ursynowie. Toczyliśmy właśnie zażartą dyskusję o tym, jak zamierzamy zbawić świat (czyli obalić komunę) oraz co w tym zbawionym świecie (czyli demokracji) zamierzamy robić. Był rok 1987, o Okrągłym Stole nikomu się jeszcze nie śniło, my jednak wiedzieliśmy, że czerwone imperium zła musi w końcu runąć. Ktoś miał ulotki, ktoś przyniósł gazetkę, ktoś inny - tanie wino. Dobrze jest być po stronie dobra, kiedy ma się kilkanaście lat, wspaniałych przyjaciół i czarną (zdobyczną!) bluzkę z Hofflandu. I może dlatego, że było mi tak dobrze, zagalopowałam się trochę w swojej wizji równości, wolności i samorealizacji po komunizmie. Zdziwiło mnie słowo na "f". Nie znałam żadnych feministek, zwłaszcza wojujących, ale sama nazwa miała w sobie coś groteskowego. Nie pasowała do mnie. Sugerowała pretensje do całego świata, zwłaszcza do mężczyzn, a ja chłopców lubiłam, i to bardzo. Szczerze mówiąc, wydawali mi się ciekawsi od moich rówieśnic. Mieli wyraziste poglądy, popisywali się, wciąż o coś spierali. No i tak jak ja chcieli zbawić świat. Więc za co taka obelga? Upokorzenie pokryłam milczeniem. A może żartem? Nie pamiętam. Wspomnienie wróciło po latach, kiedy w kobiecym gronie snułyśmy opowieści o "tym pierwszym razie": jedną z nas nazwano feministką jeszcze w dzieciństwie, kiedy odmówiła prania skarpetek swoim braciom, inną, gdy w podstawówce marzyła o grze w piłkę nożną, jeszcze inną, gdy zwierzyła się matce, że nie zamierza zakładać rodziny, dopóki nie skończy studiów. Straszne słowo na "f" pojawiało się jak znak "stop" - ostrzeżenie dla grzecznych dziewczynek, że posunęły się o krok za daleko. Rok później wyjechałam na studia do Stanów. Oprócz klasyków filozofii i literatury angielskiej czytywałam napisy na ławkach oraz na ścianach damskich ubikacji. Prowadzone tam debaty często przybierały formę dialogów. Na przykład: -Czy feminizm umarł? - A czy nowym prezydentem USA będzie kobieta? Albo: - Czy mogę być feministką i się malować? - Możesz, złotko, możesz, rzecz w tym, że nie musisz! Albo: - Co feministki mają do zaoferowania mężczyznom? - A co abolicjoniści dali białym? Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych amerykański feminizm przeżywał kryzys, był jednak żywym prądem kultury, zarówno akademickiej, jak i popularnej, tej, w której uczestniczy się poza biblioteką. Słowo na "f" nie stanowiło obelgi. Oznaczało uczestnictwo w nieustających dyskusjach: o miejscu kobiet w polityce, literaturze, sztuce; o pornografii, mediach, reklamie, uprzedzeniach rasowych, granicach między flirtem a przemocą, o stosunku do własnego ciała. Kiedy otarłam się o amerykański feminizm, zniknęło już ekstatyczne poczucie wspólnoty kobiet ponad podziałami klasowymi czy etnicznymi, owa fascynacja "siostrzeństwem", która dwie dekady wcześniej towarzyszyła drugiej fali ruchu kobiecego. Feminizmów było wiele, niemal tyle co feministek. I tak jak ich matki w latach sześćdziesiątych zwykły mówić "nie jestem feministką, ale...", tak moje koleżanki ze studiów często mawiały "jestem feministką, ale...", po czym następował katalog uściśleń, rozróżnień i wątpliwości. W Amherst ukazywały się dwa pisemka feministyczne, które zażarcie ze sobą dyskutowały, organizowano debaty, wieczorki poetyckie, kobiece wyprawy do lasu i biegi na przełaj. Działała też kawiarenka "Głodna Jaszczurka", prowadzona przez kilka feministek, znana z najbardziej czekoladowych ciastek na Wschodnim Wybrzeżu. Jak się zostaje feministką? Każda opowieść jest inna, a moja nie ma wyraźnego początku. Nikt mnie nie "indoktrynował", nie odczułam też "terroru politycznej poprawności", o którym tyle się w Polsce słyszy. Po prostu znalazłam się w kulturze, przez którą dwadzieścia lat wcześniej przetoczyła się fala ruchu kobiecego, zostawiając w potocznej świadomości trwały ślad, odsłaniając absurd wielu "odwiecznych prawd" o tym, co męskie, a co kobiece. Być może feminizm dopadł mnie podczas jakiejś studenckiej imprezy, gdy zagalopowałam się w dyskusji i nikt nie miał mi tego za złe. Mogło się to też stać podczas zajęć, kiedy zdziwiło mnie moje własne zdziwienie, że jest coś takiego jak "historia kobiet". Bo "moment feministyczny" to często spotkanie z własnymi uprzedzeniami. Pamiętam dziwną ulgę, że o "literaturze kobiecej" można mówić poważnie i mądrze, bez zgryźliwych uwag. Stopniowe "zarażenie" trwało niecały rok - w kwietniu 1989 roku znalazłam się w Waszyngtonie, w półmilionowym tłumie kobiet i mężczyzn protestujących przeciw próbom ograniczenia prawa do aborcji. Czułam, że uczestniczę w czymś ważnym, ale nie wiedziałam, że są to narodziny nowej fali ruchu kobiecego. Nie miałam też pojęcia, że za kilka miesięcy, wkrótce po obaleniu "imperium zła", prawo do aborcji zostanie zakwestionowane w Polsce, a mój własny podział na "nas" i "onych" paskudnie się skomplikuje.