Ostatni cieć

Janusz Głowacki
Ostatni cieć
  • Czytelnik
    Warszawa 2001
    122 x 195
    148 stron
    ISBN 83-07-02851-5

Artystycznym pierwowzorem najnowszej powieści Janusza Głowackiego Ostatni cieć jest film Obywatel Kane Orsona Wellesa. Bohaterem książki Głowackiego jest John Jefferson Caine, którego nazwisko wymawia się tak samo jak nazwisko Wellesowskiego protagonisty. Jak u Wellesa Caine jest potentatem medialnym. Ale akcja książki Głowackiego dzieje się niemal o całe stulecie później, więc Caine manipuluje opinią publiczną w sposób nieporównanie bardziej wyrafinowany - inscenizując wydarzenia, które jego stacje telewizyjne następnie transmitują. Swoją oszałamiającą fortunę Caine zgromadził, projektując modę, jest najsłynniejszym projektantem w historii, twórcą kulturowych symboli i wizerunków. Ale zenitem jego dokonań twórczych stały się męskie majtki. Miast Wellesowskiego reportera naszym przewodnikiem po oszalałym świecie Caine'a jest ostatni cieć Kuba, klasyczny bohater Głowackiego, polonus z Greenpointu. Obywatel Kane, spięty klamrą śmierci bohatera, jest historią jednego życia. Ostatni cieć wprawdzie zaczyna się tak samo, ale kończy inaczej. Wieczór w restauracji na Broadwayu, gdzie autor wysłuchuje opowieści Kuby, zamienia się w naturalny kataklizm. Nie wiemy do końca czy to huragan, trzęsienie ziemi, koniec świata czy może tylko koniec zachodniej cywilizacji. W okrutnym symbolizmie Głowackiego dzisiejszym marzeniem tłumów są majtki Caine'a. Ich posiadanie przynosi szczęście - w każdym z opakowań ukryto loteryjny los, a główną nagrodą jest prawo do stałego pobytu w Ameryce i posada ciecia w zamku Caine'a z pensją dwustu tysięcy dolarów rocznie. Owo konsumpcyjne szczęście fatum daruje Kubie. Ale błędem byłoby redukowanie Ostatniego ciecia do zgorzkniałych wyrzekań na prostactwo wszechobecnej komercjalizacji. Ta książka jest bowiem opowieścią o współczesnym fenomenie zawłaszczenia przez pieniądz obszarów duchowych, które dotąd były domeną świata kultury. O niesytej sławy i bogactwa kaście wylansowanej przez współczesne, wszędzie docierające środki masowego przekazu, o jej produktach, których konsumpcja nie wymaga wysiłku. O nowym mechanizmie kreowania wzorców zachowań i wizerunków osiągalnych dla wszystkich i dostępnych w każdej drogerii czy supermarkecie.

-
Henryk Dasko

Fragment

Pod koniec lipca o siódmej po południu już od trzech godzin siedziałem w restauracji Fiorellos naprzeciwko Lincoln Center i zastanawiałem się, jak poprawić swój los.
Siedziałem przy jednym z dwunastu ustawionych na ulicy stolików osłanianych przez dwanaście parasoli w błękitno-białe pasy zaprojektowane przez sławnego francuskiego designera Jean Marie Cottarde.
Gdzieś niedaleko tłukł się huragan Alan i powietrze było gęste od upału. Po pierwszym podwójnym scotchu pomyślałem, że warto by się przenieść do środka, gdzie musiało być chłodno i przyjemnie, ale po trzecim machnąłem na to ręką. Gdzieś tak koło ósmej szklane ściany w Metropolitan Opera ściemniały i przestały przez nie przeświecać latające człeko-ryby na malowidłach Chagalla.
Tymczasem tłum na Broadwayu zgęstniał. Przez połyskujące perłami i brylantami pary biegnące na koncert w Metropolitan przepychali się rozebrani do pasa czarni chłopcy na wrotkach. Japońscy turyści, przyciskając do piersi kamery, opędzali się przed prostytutkami i transwestytami, którzy jak zawsze punktualnie o siódmej wysypali się z irlandzkiego baru na 61. Ulicy. Parę metrów ode mnie szpakowaty mężczyzna w garniturze od Armaniego, butach od Brooks Brothers i koszuli Perry'ego Ellisa okładał pięściami budkę telefoniczną i krzyczał coś do aparatu, ale zagłuszało go poganiające się klaksonami kłębowisko samochodów.
Zamówiłem kolejnego scotcha i żeby szybciej zakończyć wieczór, popiłem go heinekenem. Szpakowaty mężczyzna po raz ostatni kopnął budkę telefoniczną, rzucił na stolik koło mnie wygnieciony lipcowy numer "People Magazine" i zniknął w tłumie. Z okładki magazynu popatrzyła na mnie niechętnie twarz Johna Jeffersona Caine'a. Cały magazyn, podobnie jak wszystkie inne w tym tygodniu, wypełniały artykuły, plotki i wspomnienia o J.J.C., jego zdumiewającym życiu i zaskakującej śmierci.
Od kilku lat ten największy designer wszech czasów, zwany Leonardem da Vinci naszego wieku, odsunął się nieco od świata. Na pustyni w Teksasie zbudował gigantyczny zamek poskładany z większych i mniejszych kawałków sławnych budowli i zabytków architektury. J.J.C. zamieszkał w nim samotnie ze swoją żoną Sonią, paroma tysiącami służby i oddziałem ochroniarzy.
I oto w zeszły czwartek świat wstrzymał oddech. Zamiast rewanżowego meczu NBA Knicks - LA Lakers i programu "60 minutes" o rosyjskiej mafii wszystkie kanały telewizji nadały transmisję z nagłej i niespodziewanej śmierci geniusza. Wielki designer leżał w zaprojektowanym przez siebie w czerwcu 2005 roku sławnym, sześciometrowym łożu z baldachimem, ubrany na tę okazję w legendarną piżamę w kolorze bizantyjskiego złota. Nad jego twarzą przygotowaną przez błyskawicznie sprowadzonego z Rzymu mistrza make-upu Salvadore Belliniego pochylały się setki kamer filmowych i las mikrofonów. Dwa miliardy ludzi na pięciu kontynentach w napięciu czekały na ostatnie słowo geniusza. W straszliwej ciszy słychać było tylko szlochanie Stevena Harrisa, wieloletniego szefa bodyguardów, który patrzył bezradnie, jak J.J. Caine drżącą ręką sześciokrotnie próbuje podnieść do ust widelec z kawałkiem swojej ulubionej potrawy - węgierskiego gulaszu. Za szóstym razem ręka wielkiego starca opadła i okrągła kulka czerwonego mięsa potoczyła się po śnieżnobiałym dywanie będącym wymyśloną osobiście przez Caine'a kombinacją kitajskiego jedwabiu, afgańskiej wełny i marokańskiego kaszmiru. Po czym słabnące usta wyszeptały coś, co niektórzy zrozumieli jako "fuck", a inni jako "God bless America", i największy geniusz naszych czasów na zawsze zamknął oczy.
Po kilkudniowych uroczystościach pogrzebowych, spaleniu ciała wielkiego człowieka i rozsypaniu prochów zgodnie z wolą zmarłego nad teksaską pustynią nastąpiła seria tajemniczych katastrof. Jeden po drugim eksplodowały odrzutowce linii Caine'a, którymi uczestnicy żałobnych uroczystości opuszczali zamek. Sprawców nie schwytano. Początkowo posądzano o to islamskich fundamentalistów, ale żadne ugrupowanie nie przyznało się do zamachu. A pułkownik Kadafi oburzony posądzeniami przypomniał, że wszystkie jego wieczorowe kreacje, podobnie jak mundur Saddama Husajna i błękitny garnitur Miloszevicia, były zaprojektowane przez J.J.C.
W katastrofach zginęło parę tysięcy osób. Były wśród nich dwie supermodelki, których śmierć tuż przed jesiennymi pokazami opłakiwały miliony prostych ludzi na całym świecie.
Tymczasem zapaliły się latarnie na Broadwayu, potem światła w Lincoln Center i skrzydlate postaci Chagalla znów zawirowały w powietrzu. * Zamyśliłem się nad przemijaniem chwały świata, ale tylko przez chwilę. Bo mężczyzna, który usiadł przy stoliku obok, zaczął dość nachalnie wbijać we mnie podpuchnięte niebieskie oczka.
Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Miał nogi krótkie, tułów długi, czoło wąskie, kark czerwony, nos perkaty, włosy szare zaczesane do góry z falą, policzki też czerwone, trochę obwisłe. Na pierwszy rzut oka wyglądał swojsko, ale coś się tu nie zgadzało. Bo wielkie czerwone łapy wystawały z rękawów eleganckiej marynarki, a na krótkim owłosionym paluchu miał pierścionek z diamentem, który pobłyskiwał jak prawdziwy. Chwilę potem zakręcił się koło mnie czarnowłosy kelner z kolczykiem w uchu, jednym ruchem rozstawił mały stoliczek, umieścił na nim kubełek z lodem owinięty lnianą serwetą i litrową flaszkę Chopina. W ślad za nimi nad stolikiem pochylił się mój sąsiad.
- Sądząc po twarzy, pan rodak? - zagadnął.
Kiwnąłem głową, a on sapnął z ulgą i opuścił się na krzesło.
- Na imię mam Kuba - powiedział. I o wiele za mocno uścisnął mi rękę. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu, potem dźgnął paluchem okładkę magazynu.
- Wpadło może panu coś w ucho o loterii Caine'a?
Pytanie nie miało sensu. Wszystkie kanały telewizji od paru miesięcy bez przerwy zajmowały się tą loterią. Wiedział o niej cały świat.