Osiem cztery

Mirosław Nahacz
Osiem cztery
  • Czarne
    Wołowiec 2003
    125x195
    96 stron
    ISBN 83-87391-75-1

Wszyscy rodzice - w Paryżu, Londynie, Barcelonie, w europejskich miastach i na europejskiej prowincji - zastanawiają się, co robią ich dorastające dzieci poza domem. Wszyscy mają też podstawy, by mocno się niepokoić. Powiastka Mirosława Nahacza dość przewrotnie potwierdza te obawy. Autor opowiada w niej o grupie maturzystów (rocznik 1984) z prowincjonalnej miejscowości - leżącej gdzieś daleko od centrów wielkomiejskiego życia - którzy urządzili sobie chłopacki weekend: najpierw wyprawiają się na poszukiwanie miękkich narkotyków (grzybki, trawka), potem kompletują alkohol, potem długo jadą samochodem, potem trochę pieszo, aż wreszcie trafiają do opuszczonego domu, w którym się zamykają i z którego... nie mogą wyjść. Chcieli schować się przed światem, ale zrobili to zbyt skutecznie. Czy ktoś ich odnajdzie, skoro sami nie do końca wiedzą, jak wydostać się z młodzieńczej wolności? To krótkie streszczenie pozwala traktować Osiem cztery Nahacza jako powiastkę i przypowiastkę zarazem: dużo konkretów, ciekawe refleksje na temat rzeczywistości, dosadny język, całkiem wiarygodne portrety psychologiczne młodzieńców, a równocześnie - jakieś uogólnienie. Wynika ono z przedstawienia przez Nahacza młodzieńczej fascynacji narkotykami. Dlaczego młodzi biorą? Z tęsknoty za czymś więcej niż codzienność, i jednocześnie z lęku, że owo „więcej” się nie zdarzy. Młodzi marzą o świecie głębokiego sensu, a zarazem czują, że po maturze jedynym sensem będzie normalność. Jeśli uda im się przemienić młodzieńcze tęsknoty, a także dzikie wyprawy i narkotykowe transy na mądre życie - zwyciężą. Jeśli uwierzą w mit wielkiego świata, który istnieje zawsze gdzieś indziej - przegrają. Staną się nałogowcami własnych wspomnień, zakładnikami prostej myśli, że tylko odlot daje prawdziwe życie i że tylko prowincja ponosi winę za jałową egzystencję. Właśnie to uogólnienie sprawia, że portret sporządzony przez Nahacza pasuje do wielu miejsc i wielu prowincji. Nie tylko w Polsce.

-
Przemysław Czapliński


Fragment

Najchętniej znalazłbym się wtedy gdzie indziej. W domu. Zjadł coś dobrego i oglądał telewizję. Do oporu. Mógłbym siedzieć i siedzieć, zmierzyć się programem. Około trzeciej na ekranie pojawiłby się znaczek, że kończą nadawanie. Wygrałbym z nimi. Najłatwiej z polskimi programami, bo obcojęzyczne są na okrągło. Ciągle jest jakiś facet, który gada, albo wiadomości, albo film. Na niemieckojęzycznych prawie zawsze się rżną. Zboczony naród. Niby ordung muss sein, a codziennie po pólnocy w telewizji figle migle. Das is gut, schnella,schnella, oo sehr gross, macht mir gut. Silikonowe kobiety wrzeszczą, jakby ci muskularni blondyni kłuli je co najmniej metalowymi szpikulcami. Człowiek siedzi i naciska. Pielgrzymki pstryk reklama podpasek pstryk transmisja mszy świętej pstryk, gut gut ich liebe pstryk dwieście osób zabitych pstryk zjesz pastylkę i mięśnie ci same urosną pstryk sto sześćdziesiąt rannych. Siedzę i naciskam, nienawidzę telewizji, co najmniej sześć godzin dziennie jej nienawidzę.
Przyszedł Tępy. Coś żuł.
– A chuj, zjadłem.
Jakoś nie przyszło mi do głowy, że może się zatruć. Dopiero teraz. Wyobraziłem sobie, że ma torsje, traci przytomność i prawdziwy kolor skóry, robi się zupełnie biały i zimny, z otwartymi ustami. Mogłoby stać się tak, jak na filmach, najpierw go zakopiemy, a potem nad odpierdoli i wszyscy się pozabijamy, ostateczna jatka załatwiająca wszystkie niedomówienia.
Właściwie było mi obojętne, widziałem, że powinienem się przejąć, ale jakoś nic się nie działo. Tępy był przecież fajniejszy, a ja nic. Pomartwiłem się trochę, żeby nie być całkiem bez serca, i już miałem spokój. Byłem zmęczony i powoli robiło mi się niedobrze. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wypiłem już kilka kieliszków, przez jakiś czas zdawało mi się, że piję jeden, tylko mam jakieś déjà vu. Muko ciągle mi przynosił, koleżeński i uczynny. Jak mnie olśniło, chciało mi się już rzygać, czy raczej poczułem mdłości. Zapaliłem fajkę i pomyślałem, że jestem głodny, to pomaga, trzeba tylko uważać, żeby nie pomyśleć za bardzo, bo zazwyczaj jak jesteśmy głodni, wyobrażamy sobie jedzenie, a gdybym tak zrobił, wszystko by ze mnie wyleciało. Wiedziałem, że tym się skończy, ale nie chciałem jeszcze teraz, w każdym razie nie jako pierwszy.
Wszyscy o czymś rozmawiali, a ja słyszałem tylko szum, podobny do radiowego przy złej pogodzie, albo jak się szuka stacji. Jedynym ratunkiem było rzucić się w wir imprezy, rozmawiać niemal z każdym, bez przerwy, słuchać muzyki, i żeby była głośna, łomocząca i mocna, żadnych refleksji, tańczyć i myśleć tylko o duperelach.
Wstałem i poszedłem do namiotu, tak od razu, zostawiając ich przy ognisku, nic nie powiedziałem i na nikogo nie spojrzałem. Zręcznie wyminąłem przeszkody, raz mnie zarzuciło, ale starałem się być twardy. W namiocie podobnym do hangaru zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem. Tępy leżał w kącie i trzymał się za brzuch. Byłem przekonany, że został przy ognisku. Całkiem mnie to wytrąciło z równowagi. Do tego Połka majstrował coś przy jakimś urządzeniu podpiętym do gniazdka i magnetofonu. Też powinien być przy ognisku, a nie tu. Połka był duży i głupi, za to potwornie sympatyczny. Chodził zawsze w tych samych dresach, czarnych z żółtymi paskami, i miał katar. Lubiłem z nim rozmawiać, bo zawsze jakoś tak śmiesznie mówił.
– Cześć, Połka, jak tam impreza, co gmerasz? – zapytałem, jakby nigdy nic.
– Stroboskop, tylko mam chujowy opornik i nie pochodzi za długo, bo się spali, jakbym miał cztery złote, kupiłbym lepszy i wszystko w porzo.
– A nie lepiej, jak to jest wyłączone z kontaktu? Nie jebnie cię czasem?
– Eee, nie ma co.
– A, to dobrze, odważny jesteś. – Postanowiłem, że dość już gadania, więcej już nie. Z Połką przynajmniej, znów odechciało mi się mówić, ale zrobiło się mniej ciężko. Rok temu skończył zawodówkę elektryczną, to się zna. Dużo rzeczy nam reperuje, łokmeny i takie tam. Połka najbardziej kumpluje się z Todkiem. Nie znam go za dobrze, bo jakoś tak wychodzi, że widuję go tylko, jak jesteśmy zjarani, i wtedy zawsze śmieje się z tego, co mówię. Dlatego chyba go lubię, czuję się przy nim dowartościowany i dowcipny.
Tępy leżał w kącie i chciał coś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu nie mógł wykrztusić słowa. Przyszła taka sobie Hajdi w czerwonym polarze, po tym ją rozpoznawałem. Pochyliła się nad Tępym i matkowała:
– Co się stało, Stępieńku, Tępy, nie możesz mówić?
O razu wszedłem jej w słowo, żeby się niepotrzebnie nie martwiła.
– Jak to co, spił się za szybko i łapie zgona, rzygać mu się chce, pomogę mu. – Wyszedłem na dobrego kolegę i nie pozwoliłem się jej wmieszać w sprawę ze Stępniowymi grzybami. Po co psuć imprezę innym.