Modlitwa o deszcz

Wojciech Jagielski
Modlitwa o deszcz
  • W.A.B.
    Warszawa 2002
    125 x 195
    456 stron
    ISBN 83-88221-98-1

Modlitwa o deszcz to plon dziesięciu lat podróży autora po Afganistanie i krajach sąsiednich, niezwykle kompetentna i zarazem świetnie, plastycznie i zajmująco opowiedziana historia najnowsza rozdzieranego wojnami państwa, które nigdy nie ugięło się pod obcą dominacją, ale też nie umiało stworzyć stabilnych struktur politycznych i zjednoczyć społeczeństwa wokół jednego ośrodka władzy. Jagielski rozmawiał z prominentnymi politykami afgańskimi, z przywódcami partyzanckich armii, urzędnikami, żołnierzami, prostymi ludźmi z ulicy, przekazuje więc w swojej książce portret kraju wielogłosowy i nabrzmiały dyskusjami, ale też bardzo osobisty – poparty zmysłowym doświadczeniem i prawdziwym umiłowaniem dla tamtejszych ludzi i krajobrazów. Historycznych zdarzeń nie opowiada chronologicznie – skupia uwagę to na biografiach poszczególnych figur politycznych, to na kreślonych z wielkim wyczuciem szczegółu obrazach szczególnych miejsc czy zdarzeń. Modlitwę o deszcz przenika pragnienie zrozumienia skomplikowanych zjawisk, do czego potrzebna jest zarówno gruntowna znajomość historycznej przeszłości i tradycji kraju, jak gotowość do odrzucenia przesądów i stereotypów, akceptacja innego niż europejskie sposobu życia i wartościowania, jakie cechuje Afgańczyków. Jak napisał Ryszard Kapuściński, jest to: „Znakomita, przejmująca i piękna książka! Jagielski osiągnął wyżyny reportażu”.

-
Jerzy Jarzębski

Fragment

Czas mijał, a talibowie nic nie tracili ze swojego rewolucyjnego, a raczej kontrrewolucyjnego ferworu. Bo rewolucja była właściwie kontrrewolucją. Chłopską, prowincjonalną i konserwatywną. Wszystko miało być jak Pan Bóg przykazał. A przykazania Boże zostały zapisane w Koranie, który talibowie odczytywali najbardziej dosłownie. Zakazali tańca, muzyki i instrumentów muzycznych, które jako grzeszne, nieczyste palili na ulicznych stosach. Zakazali hazardu i wszystkich innych rozrywek i przyjemności, bo odciągały uwagę wiernych od modlitwy. Zakazali wesel, zabaw, hucznych uroczystości, a nawet świętowania Nowego Roku. Zakazali hodowli śpiewających ptaszków, które wystawiane w klatkach za okna domów napełniały zaułki hałaśliwym świergotem. Zakazali latawców, które mali chłopcy wypuszczali z dachów w niebo jak skrzydlate smoki. Zakazali niezwykle popularnych w Afganistanie walk kogutów. Zabronili nawet używania papieru pakowego, gdyż nikt nie mógł zagwarantować, iż nie został wyprodukowany z makulatury powstałej ze zniszczonych stronic Koranu. Zakazali wiernym wędrówek w cyberprzestrzeni, prowadzących niechybnie na manowce.
Zakazali czerwonej barwy, grzesznej, bo wybranej na sztandar przez bezbożnych komunistów. Wszystkich tych, którzy otrzymali kiedyś od komunistycznych władz najmniejsze choćby wyróżnienie, nagrodę pieniężną, dyplom, pochwałę z wpisaniem do akt personalnych, talibowie kazali wyrzucać z pracy. Rozjechali gąsienicami czołgów tysiące puszek piwa Heineken i setki butelek wina, whisky, wódki i koniaku, które jakimś cudem przetrwały w hotelowych piwnicach rządy mudżahedinów.
Nowe porządki sprawiały wrażenie, że talibowie chcą zakazać samego życia. Wszystko, co nie było wyraźnie dozwolone, było zakazane.
- Rozumiemy, że ludzie potrzebują rozrywki – tłumaczył mi cierpliwie minister kultury Kwadratullah Dżamal. – Ale jest przecież tyle sposobności. Można pójść na spacer do parku, można podziwiać kwiaty. Nie zakazaliśmy też przecież wszelkiej muzyki. Słuchanie pieśni i wierszy opowiadających o męczeństwie i chwale umierania dla Allaha jest jak najbardziej dozwolone.
Za grzeszne, świętokradcze uznali także fotografie, malowidła i rzeźby przedstawiające żywe istoty. Kazali niezwłocznie zniszczyć dziecinne zabawki – lalki, ołowiane żołnierzyki, pluszowe misie i pieski, a także wszystkie posążki, obrazy i fotografie przedstawiające żywe istoty. Nawet fryzjerzy musieli co prędzej pochować reklamujące ich zakłady portrety z modnymi fryzurami. Fotografom zabroniono robienia ludziom zdjęć, z wyjątkiem koniecznych do dowodów tożsamości, a malarzom nie wolno odtąd było malować ani ludzi, ani zwierząt.
Talibowie żądali, by poddani żyli nie tylko jak przed wiekami, ale i wyglądali jak dawniej. Tak daleko nie poszedł żaden z rewolucjonistów. Determinacja i konsekwencja, z jaką pilnowali przestrzegania szczegółowych przepisów mody, nasuwała myśl, że w wyglądzie ludzi doszukują się siły sprawczej ich zachowań.
Mężczyznom nakazali nosić zarost i fryzurę na podobieństwo Proroka Mahometa, a nawet ubierać się jak on. Czupryny miały być krótkie, a brody niestrzyżone i długie – gdyby chwyciło się je w dłoń, końce miały wystawać z zaciśniętej pieści. Talibowie ogłosili, że włosy spadające na czoło są grzechem. Jeśli bowiem grzywki są za długie, podczas modlitwy spadają na czoło i głowa wiernego nie dotyka podczas pokłonu ziemi. W ten sposób Szatan staje między wiernymi i Najwyższym. Pod groźbą zamykania zakładów zabronili stołecznym fryzjerom układania klientom włosów według amerykańskich i brytyjskich mód. Choć edykt nie precyzował, jakie fryzury należałoby za takie właśnie uważać, fryzjerzy szybko odgadli, w czym rzecz.
Mimo surowego zakazu posiadania telewizorów, Afgańczycy oglądali po kryjomu przemycane z Pakistanu na kasetach filmy, przede wszystkim zaś ten o historii „Titanica”, która podbiła afgańskie serca, równie waleczne, co ckliwe. Zauroczenie filmem było tak wielkie, że nie bacząc na talibów, stołeczni modnisie kazali fryzjerom strzyc się na wzór Leonarda DiCaprio.
Talibowie nie ograniczyli się do gróźb wobec fryzjerów, ale z nożycami w rękach zatrzymywali się na ulicach i placach miasta rowerzystów, przechodniów i kierowców coraz rzadszych samochodów, ściągali im czapki z głów i ścinali zbyt długie grzywki.
„Choć wielu muzułmanów, w tym także przywódcy muzułmańskich krajów z domem Saudów na czele, tego nie przestrzega, noszenie bród jest nakazem Proroka – ogłosili w specjalnym edykcie. – Najświętszą tradycją jest nie tylko noszenie brody, ale także kategoryczny zakaz jest podstrzygania. W Afganistanie jest miejsce tylko dla tych, którzy gotowi są pozostawać tej tradycji wierni. Ci zaś, którzy będą golić brody lub choćby je strzyc, zostaną wtrąceni do więzienia, a to, jak długo pozostaną w lochu, zależeć będzie od ich zachowania, skruchy i obietnicy poprawy”.
Talibowie dali mężczyznom sześć tygodni na zapuszczenie brody. Zapowiedzieli też, że tylko brodacze będą mogli liczyć na posady w administracji i tylko brodacze będą przez urzędników obsługiwani. Choć brak odpowiedniego zarostu oznaczał niechybne kłopoty – obicie pałką przez brodatego taliba z patrolującej miasto milicji obyczajowej, grzywnę, utratę pracy, a nawet kilkutygodniowe więzienie – w mieście wciąż nie brakowało śmiałków, którzy na znak sprzeciwu albo ulegając próżności, przystrzygali sobie brody. Ci, którym brody po prostu nie rosły, mogli uzyskać zwolnienie od obowiązku ich noszenia. Musieli jednak przejść sześciotygodniową kwarantannę w więzieniu, gdzie strażnicy naocznie przekonywali się, że żałosny zarost podejrzanego nie był polityczną demonstracją i nie wynikał z jego złej woli, lecz z defektu, jakim został naznaczony przez Naturę.