Mój przyjaciel Król

Józef Hen
Mój przyjaciel Król
  • Iskry
    Warszawa 2003
    155 x 240
    542 strony
    ISBN 83-207-1739-6

Najnowsza książka Józefa Hena to literacki portret życia i panowania Stanisława Augusta, króla nazywanego przez polskich historyków „najlepszym w dziejach ministrem kultury”, często obwinianego jednak o chwiejność, słabość i polityczną bezwolność, które doprowadziły do upadku polskiego państwa. Jego historię opowiada wnikliwy obserwator i komentator zdarzeń Gaston Fabre, francuski sekretarz i przyjaciel Stanisława Augusta. Choć jest to postać fikcyjna, to prawdopodobna – w kuzynie narratora nietrudno odgadnąć francuskiego historyka Jeana Fabre’a, admiratora króla i autora poświęconej mu monografii.
Powieściowy przyjaciel króla w kilka lat po jego śmierci publikuje zbierane latami materiały w poczuciu misji ocalenia dobrego imienia władcy. Z tych notatek wyłania się portret światłego, ambitnego i świadomego swojej roli króla-patrioty, który doskonale wie, co dzieje się w kraju i na świecie. Autor nie boi się odsłaniać zazwyczaj pomijanych milczeniem wątpliwości i rozterek króla, poświęceń i wyborów, których musiał dokonywać. Opisując osiemnastowieczne dwory i panujące na nich obyczaje, kreuje rzetelny historyczny obraz, poparty dokumentami, listami i pamiętnikami Stanisława Augusta. Książka została nominowana do nagrody NIKE 2004

Józef Hen (ur.1932), powieściopisarz, dramaturg, scenarzysta. W jego dorobku znajdują się książki o tematyce wojennej i historycznej, ale także współczesnej. Ceniony jako eseista, jest autorem biografii Montaigne’a oraz opowieści o postaci tak barwnej jak Tadeusz Boy-Żeleński, przedwojenny tłumacz literatury francuskiej, krytyk i publicysta. Utwory Hena zostały przetłumaczone na 18 języków.

Fragment

Kimkolwiek jesteś, Czytelniku, który sięgasz do tego manuskryptu, zapewniam Cię, że znajdziesz w nim wyłącznie prawdę. Będzie to opowieść dramatyczna – nieraz podczas lektury gardło Ci się ściśnie wzruszeniem, a serce napełni współczuciem (jeśli masz serce współczujące i wyobraźnię tkliwą). Ja sam, który odtąd tej pracy będę poświęcać wszystkie swoje wieczory (kiedy domowników ogarnie sen), postaram się powściągnąć własne uczucia i wystrzegać zmyśleń. Wystarczą nam wydarzenia, które naprawdę miały miejsce.
Długo się wahałem. Skąd te wahania – nie wiem. Może czegoś się obawiałem, może objawiła się moja małoduszność? Ale kiedy wszedłem w siedemdziesiąty szósty rok życia, pomyślałem sobie: nie możesz tego odkładać, trzeba się spieszyć. Tak, muszę z tym zdążyć, najwyższy czas oddać Jego Królewskiej Mości sprawiedliwość. I któż to uczyni, jeśli nie ja, Gaston Fabre? Miałem zaszczyt być powiernikiem jego myśli i spraw. Żeniłem się z jego kobietami. (Jedna z nich przyrządza mi właśnie wieczerzę). Dzieci z nich zrodzone noszą moje nazwisko. (Dwóch synów służy chwalebnie naszemu cesarzowi). Wykonywałem najbardziej intymne polecenia. Byłem u początkó – i byłem u końca.
Wiem, że na samej pamięci polegać mi nie wolno. Otóż wyznam, że od pierwszych chwil naszej znajomości robiłem notatki, przewiozłem je przez wszystkie burze naszego czasu (niektóre zapiski poświadczone przez niego, inne jego ręką uczynione). Mam odpisy listów i protokołów. Zapisane wspomnienia osobistości, które z nim obcowały. Pan Friese – być może, aby oczyścić swoje nadwątlone sumienie – przesłał mi z Petersburga wyjątki z pamiętników, które spisywał pod dyktando króla. (Mam nadzieję, że kopista w pośpiechu nie poczynił za dużo błędów). Jakies królewskie bruliony przesłał mi sekretnie z Wenecji, gdzie akurat przebywał, młody książę Adam Jerzy Czartoryski. (korzystam z okacji, żeby mu za to gorąco podziękować). Oczywiście, nie skąpił ani fatygi, ani swojej korespondencji pan Maurice Glayre. Podobnie pan Scipione Piattoli oraz ci wszyscy, którzy, bardzo pomocni, prosili jednak, abym nie wymienał ich z nazwiska. Księżna marszałkowa Lubomirska, kuzynka króla, pozwoliła mi się odwiedzić w Wiedniu; byłem świadom jej starczej rozterki wobec własnych wspomnień; dać upust późnej nienawiści, czy raczej gorącej młodzieńczej miłości? Bardzo mi pomogła. Nie zgodziła się za to na spotkanie księżna Izabela Czartoryska: jej odmowny list parskał gniewem. Niewiele straciłem, bo u tej pani prawda nie była najbardziej czczonym domowym bóstwem. Inne damy okazały się bardziej chętne: rychło jednak spostrazegłem, że należy ich wynurzenia przyjmować ostrożnie – bo to albo w ich pamięci coś się przesunęło, albo wizerunek swój w tych opowieściach wedle swego pragnienia kształtowały. Niektóre dopytywały się chciwie: „A będzie coś o mnie?“. Z księciem Stanisławem Poniatowskim, bratankiem króla, jednym z najbogatszych panów w Europie, spotkałem się we Florencji. Niewiele mi to dało. Był uprzejmy (jak to on), ale podczas rozmowy wymigiwał się ogólnikami. Odniosłem wrażenie, że przygotowuje własne pamiętniki.
Dosyć, pomyślałem wreszcie. Pamiętam, co rzekł mój wuj i protektor Charles de Montesquieu (będzie tu jeszcze o nim mowa): że nie należy wyczerpywać do końca tematu. Lepiej czegoś nie dopowiedzieć i zostawić czytelnikowi sposobność do własnych refleksji.
Najważniejesz, ze prawda się przebije. Jestem pewien, że tak się stanie. Potwarcy zamilkną, kiedy dowiedzą się, jak było naprawdę. Chociaż nie, potwarcy znajdą się zawsze, każdy fakt przetłumaczą na swoje – mnie idzie o ludzi dobrej woli. O tych, którzy łakną prawdy. Jeśli nie za mojego życia (którego dni są policzone), to za sto, może dwieście lat dotrze ona do śiwata. Powierzę te zapiski swojemu wnukowi, a on swojemu wnukowi. Któryś z Fabre’ów je opublikuje.
A więc, jak zaczynał swój tom stary pan de Mantaigne (którego wieża wznosi się niedaleko mojej posiadłości), z Bogiem! Do dzieła!

Gaston Fabre
Saint-Émilion, 26 lipca 1807 roku

* Poznałem go w pierwszych dniach września 1753 roku, w salonie pani Geoffrin na ulicy Saint-Honoré. Była to środa, na pewno, bo pani Maria Teresa Geoffrin uczonych i ludzi pióra przyjmowała w środy. (Poniedziałki miała zarezerwowane dla artystów – nigdy w nich nie uczestniczyłem). Wprowadził mnie tam nie byle kto, bo sam Charles de Montesquieu, mój wuj. Nazywam go wujem raczej dla uproszczenia, bo był jakoś spokrewniony z moją matką – dalekie kuzynostwo – i kiedy znalazłem się w Paryżu, obiecał, ze się mną zajmie. Zauważyłem, że ten wielki człowiek, który dla mnie był opiekuńczym, dobrotliwym wujem, zachowywał się między ludźmi tak, jakby pojęcia nie miał, jakim szacunkiem darzy się jego dzieła. Pani Geoffrin jednak dobrze wiedziała, że jest ozdobą jej salonu, on i pogodny encyklopedysta pan d‘Alembert (oczywiście, także pan Wolter, jeśli akurat bywał w Paryżu), dlatego i ja cieszyłem się jej względami. To ta wydra (przepraszam za mocne wyrażenie) zwróciła mi uwage na smukłego, czarnowłosego młodzieńca, najwyraźniej mojego rówieśnika, który właśnie rozprawiał z panem Fontenellem‘em, nachylony z szacunkiem nad siedzącym w fotelu starcem. Pan Fontenelle liczył sobie prawie stor lat i pani Geoffrin, która bardzo tę znakomitość ceniła, sadowiła go koło specjalnie sprowadzonego żelaznego piecyka. Teraz ci dwaj, stary autor młodzieńczych Rozmów zmarłych i chłopięcy przybysz z Polski, dyskutowali z ożywieniem i najwidoczniej z upodobaniem.