Pióropusz

Marian Pilot
Pióropusz
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2011
    123 x 197
    320 stron
    ISBN: 978-83-08-04837-5

Akcja Pióropusza zasadniczo rozgrywa się we wczesnych latach 50. XX w.  w środowisku wiejskim. Nadrzędna opowieść jest jednak osadzona w ramie: oto współcześnie umiera ojciec uznanego pisarza, prosty, niepiśmienny  chłop. Syn poruszony stanem ojca analfabety postanawia – niejako w jego imieniu, w zastępstwie – opowiedzieć o jego burzliwym życiu. Opowieść startuje w chwili, kiedy władza ludowa przystępuje do walki z analfabetyzmem. Ojciec głównego bohatera (wtedy małego chłopca), ubogi chłop, złodziej i awanturnik, demoluje izbę szkolną i niszczy tablicę do nauki alfabetu. Jako "wróg ludu" trafia do więzienia. Wiejska społeczność od niepamiętnych czasów stoi na stanowisku, że lepiej być analfabetą ("każdy wiedział, że lepiej nie pisać - żeby się czasem pod czymś głupim nie podpisać"). Ale też żywy jest na wsi zabobon, zgodnie z którym zapisane słowa są w stanie góry przenosić. Pod naciskiem matki ledwo stawiający litery chłopczyk pisze tedy koślawe listy do władz z prośbą o uwolnienie ojca. Gdy po kilku latach stary Pies (to nazwisko ojca poznajemy na przedostatniej stronie) wraca do domu, syn jest przekonany, że zdecydowały o tym jego pisemne interwencje. Najważniejsze zdarzenia i motywy mają w Pióropuszu wymiar symboliczny. W teczce ojca, który właśnie wrócił z więzienia, znalazły się dwa przedmioty: okulary i fragment gazety z socrealistycznym opowiadaniem. Chłopiec zakłada okulary, ów atrybut inteligenta, i natychmiast zyskuje ostrość widzenia. A po lekturze socrealistycznej noweli decyduje, że zostanie pisarzem. Przepisze słowo w słowo tekst, który znalazł w gazecie, i pośle go w świat. Ale najbardziej istotny jest inny przedmiot symboliczny – wieczne pióro, które specjalnie dla literata in spe (na razie chłopca w wieku szkolnym) ojciec kradnie w urzędzie. Jakiś czas później, gdy młody Pies będzie już w gimnazjum, ubek werbujący go do współpracy nakaże mu, by kradzionym piórem pisał prawdę. Okazuje się, że główny bohater pisał nie tylko wyrafinowaną, językowo ozdobną na podobieństwo tytułowego pióropusza prozę – pisał także haniebne donosy jako współpracownik tajnych służb. Powieść Mariana Pilota  traktuje właśnie o potędze i przekleństwie pisma, o wierze w słowo i konsekwencjach upojenia się tą wiarą.

- Dariusz Nowacki

Marian Pilot (ur. 1936) pisarz, dziennikarz i scenarzysta filmowy. Powieść Pióropusz została nagrodzona najważniejsza polską nagrodą literacką NIKE’2011.

Fragment

Czemu ojciec ruszył szosą pod górkę, ku Pogwizdowiu? — chciał wiedzieć sąd. Kulawemu chyba przecież lepiej lezie się z górki, niż skrobie się pod górkę? Z zeznań ojca wynikało, że ruszył na Pogwizdów, bo zamierzał z porwaną w szkole tablicą wleźć na wiatrak. Po co miał kulas włazić na wiatrak? Co chciał robić na wiatraku? Na co mu była na wiatraku szkolna tablica? Prokurator grzmiał i wygrażał pięścią. Ojciec gadał co popadło, raz to, raz tamto. Chciał z tablicą zeskoczyć z wiatraka. Skoczyć z wiatraka? Zabić się? Popełnić samobójstwo? Nie, wcale nie miał chęci się zabijać, zaprzeczał ojciec. Chciał żem sfrugnąć! Sfrugnąć?, pytał sąd. Czyli oskarżony chciał latać? Na szkolnej tablicy? (Sąd nie dawał wiary). Ojciec nic nie mówił, sędzia huknął na niego: No? no? Ojciec jąkał się. Prokurator wtedy zapytywał, czy ojciec chciał z wiatraka rozsiewać wrogą propagandę. Ojciec nie, nie chciał.
To były dawne, biedne i ciche czasy. Ojciec kroczył środkiem szosy — żwirówka to była wtedy jeszcze — bo krowy jeszcze nie wracały z pastwisk, targ w Ostrzeszowie miał być dopiero następnego dnia, w czwartek, więc nie jeździły furmanki (samochodami wtedy nikt nie jeździł jeszcze, władza rzadko), na nabożeństwo październikowe nie wyruszyły jeszcze nawet najbardziej niemrawe babusie, ojciec sam nosił się ze swoją tablicą po całej jezdni, od jednego rowu do drugiego. Idąc ciągle pod górkę na Pogwizdów, weselił się stale niczym pierwszy drużba czy wodzirej, co ma obowiązek krzykać, zapiewać, wierzgać koziołki, żeby tylko bractwo weselne wprawić w radosny nastrój, uniesienie, wesele. Byl sam jeden (mówili świadkowie), ale weselił się za dziesięciu, jakby sobie fest podchmielił albo zgoła blekotu się najadł. Był sam, ale miał tablice u swojego boku i razem z nią się cieszył, wyrzucał ją w powietrze, wirując, młynkując, furkocząc tablica wzbijała się wysoko, by potem, koziołkując i stając w powietrzu dęba, spadać. Nigdy na ziemię, ojciec dbał o to, zwinnie kuśtykając, podbiegał, brał tablicę w rozpostarte ramiona. Pokrzykując jurnie (czego cieszył się tak bardzo, pytał go sąd; bo nigdy jeszcze nie udało mu się porwać czegoś takiego, zwierzył się bezwstydny złodziej sędziom), powiewał tablicą niczym chorągiewką. To znów kładł ją sobie na głowie i pląsał po całej szosie w poszukiwaniu równowagi – to podskakując, to przysiadając, wykręcając szyję, zrywając się zaraz do biegu w pogoni za stale zsuwająca się z ciemiączka deską. Zygzakiem, kołując, przewracając się prawie i prawie nogi sobie zwichając, stale jednak z uporem kierował się ojciec w stronę wiatracznej górki. Zaprzestał tych harców dopiero na widok biedniaka Józka Chlewusa, który zaprzężonym w dwie chude krowy, Czerwoną i Bestrą, pełną kartofli furą skręcał z drogi korpyskiej w mikstacką. Ojciec jakby właśnie Józka Chlewusa cały czas wyglądał i nie wiatraka (okazało się teraz), a tego Józka z krowami szukał. I zdjętą z głowy tablicą kłaniał się teraz krowiarkowi nisko. I dobrze, że natknął się ojciec na biedniacki zaprzęg krowi, bo konie by się spłoszyły na widok wielkiej czarnej tablicy i poniosły, krowy zaś tylko targnęły łbami i zadarły ogony; Józek Chlewus zdążył, zanim się krowy pogziły, zabiec im drogę, ułapić za dyszel, zaprzeć się, przyhamować wóz, zapobiec nieszczęściu. Z punktu wsiadł na ojca: — Będziesz mi to gzuby płoszył! — Ojciec zaś zaśmiał się w odpowiedzi i na rozczapierzonej dłoni jednej ręki trzymając tablicę tak, jak kelnerzy trzymają tacę z talerzami, drugą uchwycił się kłonicy i, podskoczywszy, rozsiadł się na wozie, a tablicę złożył obok siebie na kupie pyrek. Tym sposobem kolejny raz wprawiając w osłupienie i pomieszanie sąd, który w żaden sposób nie mógł zrozumieć, dlaczego ktoś, kto demonstracyjnie zdąża szosą ku stojącemu na górce wiatrakowi, nie zastanawiając się ani chwili wskakuje na krowi wózek, co turla się z tej górki po szosie w dół — w zgoła przeciwnym kierunku! Józek Chlewus padł ofiarą podejrzeń prokuratora, który za nic nie chciał uwierzyć, ze nie pozostawał w zmowie z porywaczem szkolnej tablicy i zalewał się żywą krwią, słysząc, ze w trakcie jazdy siedzący na furze porywacz nie zamienił nawet słowa z kierującym zaprzęgiem. Oskarżyciel publiczny pienił się, ślinił i zapluwał, pomstując, domagając się za jednym zamachem kary boskiej i klasowej rewolucyjnej sprawiedliwości, i wzywając dla siebie wsparcia plutonu egzekucyjnego w swoich zmaganiach z czarną reakcją w osobie krzywoprzysiężcy i ordynarnego kłamcy, Chlewusa. Zapluty i zaszczuty, zestrachany Józek Chlewus na swoje szczęście czy nieszczęście nie był w stanie wydusić z siebie niczego prócz prawdy, zaś prawdą było, że Józek wtedy, przyparłszy się ramieniem do kłonicy, ze wszystkich sił powstrzymywał swój rozdziadowany wóz, z przeraźliwym klekotem i hukiem coraz szybciej toczący się z górki; szarpiąc równocześnie łańcuchem, przywiązanym do rogów przewodniej krowy Bestrej, starał się ją okiełznać: bo krowy gnały przed siebie jak szalone.