Ręka Flauberta

Renata Lis
Ręka Flauberta
  • Wydawnictwo Sic!
    Warszawa 2011
    135x205
    328 stron
    ISBN: 978-83-61967-21-7

Książka Renaty Lis to biografia wybitnego francuskiego powieściopisarza, wolna od powinności wobec jakichś modnych dzisiaj metodologii badań, skupiona natomiast na mniej lub bardziej zagadkowych faktach życiorysu, czasem historii drobnych przedmiotów traktowanej jako materiał objaśniający twórczość, ale jednocześnie prowokujący wciąż kolejne trudne pytania. Punktem wyjścia swojej historii o Flaubercie czyni Renata Lis intymne związki, jakie łączyły pisarza ze śmiercią – poprzez profesję ojca-lekarza i scenerię domu rodzinnego połączonego ze szpitalem oraz poprzez przedwczesne odejście członków rodziny i przyjaciół. Najważniejsza jest jednak choroba, być może rodzaj epilepsji, która dla pisarza oznacza wielokrotne „spotkanie ze śmiercią”. Zaczyna się zatem książka od wydarzeń traumatycznych, z których jedno, nadające jej tytuł, to (związane z leczeniem choroby) poparzenie ręki, po którym pisarzowi pozostała widoczna blizna. Wydarzenie to na pozór nie odgrywa już żadnej roli w dalszej narracji, ale pozostaje jako ukryta skaza, bolesny stygmat na ciele bohatera opowieści, do którego wnet dołączą następne. Autorka umieszcza pisarza na tle krajobrazu okolic Rouen, w towarzystwie członków rodziny, przyjaciół, kochanek, w scenerii orientalnych podróży, ale przede wszystkim stara się przeniknąć sekrety jego osobowości – i to zarówno w dziedzinie fizycznej (niezwykła przemiana ze szczupłego efeba w zwalistego mężczyznę), jak w zakresie działalności twórczej. To ostatnie pozostaje nadal tajemnicze: Renata Lis pozwala nam oglądać swego bohatera cyzelującego w nieskończoność styl swoich powieści, a następnie „ryczącego” fragmenty na głos, by ustawić im rytm, rozważa, w jakiej mierze ten programowy „pisarz bez biografii” jednak ową biografią, odpowiednio przetworzoną, nasycił swe dzieła, mimo wszystko jednak trudno powiedzieć, aby tajemnice warsztatu Flauberta zostały przez autorkę przeniknięte. Za to portret pisarza jest tu frapujący, pełen życia, humoru, choć niewolny od śmiesznostek i dziwactw, ale narysowany z maestrią i dowodzący, że Renata Lis zna świetnie epokę, kulturowo-literackie i polityczne konteksty, w jakich pojawia się niezwykły bohater jej biografii. Od tej lektury trudno się oderwać.

- Jerzy Jarzębski

Renata Lis (ur. 1970) literaturoznawczyni, tłumaczka, redaktorka i wydawca; autorka hasła o polskiej recepcji Flauberta w Dictionnaire Gustave Flaubert, który w roku 2012 ukaże się we Francji.

Fragment

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 cm, włosy kasztanowe, czoło odsłonięte, brwi brązowe, oczy wypukłe, nos średni, usta średnie, broda kasztanowa, podbródek okrągły, twarz owalna, karnacja śniada; znak szczególny: oparzenie na prawej ręce”.
Historia poparzonej ręki Flauberta – a chodzi w niej o prawą rękę praworęcznego pisarza – zaczęła się w czasach jego wczesnej młodości, w krytycznym dla niego roku 1844, kiedy miał dwadzieścia dwa lata i był studentem prawa w paryskiej Ecole de Droit. Jego przyjaciel Maxime Du Camp wspomina: „W styczniu 1844 roku Gustave nagle przestał do mnie pisać. Nie wiedziałem, co myśleć o tym milczeniu, kiedy otrzymałem list od pani Flaubert, która informowała mnie, że jej syn zranił się w rękę i że sprawiłbym mu przyjemność odwiedzając go.
Spędziłem u niego luty. Mieszkał wtedy z rodziną przy rue Lecat, w należącym do Hotel-Dieu w Rouen pavillon z ogrodem. Mieszkanie było ponure i niewygodne: wszyscy siedzieli sobie na głowach. Zastałem Gustave’a bardzo zbolałego, ramię miał obandażowane w następstwie silnego poparzenia prawej ręki, po którym została mu na całe życie blizna. Domownicy byli przygnębieni, w ciągłym pogotowiu, i niemal nigdy nie zostawiali go samego”.
Flaubert nie był niedoszłym samobójcą, co mogłaby sugerować panująca wokół niego napięta atmosfera – nie był nim, jednak na krotko przed przyjazdem Du Campa, w końcu stycznia 1844 roku, faktycznie przeżył własną śmierć. Spotkał ją, zupełnie niespodziewanie, na drodze z Pont -l’Eveque, późnym wieczorem, kiedy krytym powozem wracał z bratem do domu. To on powoził; spieszyli się na ostatni prom, który wkrótce odpływał z Honfleur. Gdyby na niego nie zdążyli, tej nocy mieliby do przejechania jakieś osiemdziesiąt kilometrów, może nawet więcej, nie wiem ile dokładnie, ponieważ nie wiem, którędy przebiegała wtedy droga z Honfl eur do Rouen, jakimi konkretnie zakolami wiła się wśród normandzkich wzgórz. Pewnie dałoby się to sprawdzić na starych mapach, aleja w te stare mapy nie wierzę, bardzo poważnie wątpię w ich prawdomówność. Może dlatego, że dobrze znam mapy dzisiejsze, na przykład znakomite mapy Francji wydawane pod szyldem Michelina – podstawowy ekwipunek każdego, kto po kraju Flauberta, zamiast pędzić autostradą, woli jechać nieśpiesznie wśród pastwisk i pól, przez senne miasteczka z kamienia, żeby moc się zatrzymać gdzie bądź i razem z ludźmi zjeść w oberży obiad albo prosto od gospodarza kupić produits du terroir: butelkę cydru, ser, świeże masło, mleko.
Bo nawet te mapy Michelina, słynące z dokładności i co roku aktualizowane, w konfrontacji z siecią dróg, dróżek i drożynek Francji prowincjonalnej okazują się zawodne. Umyka im a to jakieś miasteczko, a to któreś skrzyżowanie, a to jedno z setek mniejszych i większych rond. Coś, co miało być z prawej strony, nieoczekiwanie pojawia się z lewej, a tego, co rzekomo miało być z lewej, zaraz za tym rogiem, ostatecznie nie ma wcale. I choć w czasie moich podróży po północnej Francji te nieścisłości porządnie dały mi się we znaki, to przecież nie mam pretensji do francuskich kartografów. Widać taka właśnie – splątana, zamglona i złudna – jest natura rzeczywistości, czy może raczej ludzka percepcja, co zresztą na jedno wychodzi, skoro nie jesteśmy w stanie patrzeć na świat inaczej niż ludzkim okiem. Oglądana przez taki instrument, rzeczywistość odsłania się nam za każdym razem trochę inna, uwikłana
w nasze myśli i uczucia, trochę przemieszczona, zmącona.
Jak oczy Emmy Bovary – to niebieskie, to znów czarne.
Tak więc owego wieczoru w końcu stycznia 1844 roku, przy wyjeździe z Pont -l’Eveque, na wzniesieniu, w zupełnej ciemności, kiedy z piekielnym hukiem mijał ich powóz zaprzężony w cztery konie, Gustave nagle wydał z siebie rozdzierający krzyk i osunął się na ławkę. Stracił przytomność na długich dziesięć minut. Jego brat uznał, że nie żyje. Był to pierwszy atak tajemniczej choroby Flauberta – atak, który tak dalece wygląda na zderzenie z przeznaczeniem, że o jego dalekosiężnych skutkach dowiadujemy się bez zdziwienia: w jego wyniku Gustave otrzyma zgodę ojca na przerwanie studiów prawniczych, wcześniej nieosiągalną, i będzie mógł całkowicie poświęcić się pisarstwu. Mimo to ataki będą się powtarzały – wprawdzie z różnym nasileniem, ale zawsze będzie im towarzyszył agonalny strach. „Mam wrażenie, jakbym umarł wiele razy” – napisze Flaubert o tej dziwnej chorobie do swojej kochanki Louise Colet.
Jego poparzona prawa ręka wyraźnie należy do tej samej konstelacji zdarzeń, której epicentrum stanowił kryzys ze stycznia 1844 roku. Z nielicznych wzmianek na temat procesu gojenia można wnosić, że Flaubert miał na prawej ręce otwartą ranę, sięgające głębokich warstw skory rozległe oparzenie trzeciego stopnia, z naruszonymi ścięgnami i zerwanymi połączeniami nerwowymi. Kiedy i jak się oparzył? Francuski badacz Pierre -Marc de Biasi datuje to zdarzenie na początek lutego 1844 roku i przypuszcza, że doszło do niego w czasie któregoś z profilaktycznych upuszczeń krwi, które doktor Flaubert aplikował synowi po pierwszym ataku. De Biasi tak to sobie wyobraża: Achille -Cleophas siedzi przy łóżku Gustave’a i uciska jego prawe ramię, żeby krew obficiej wypływała; krew nie chce płynąć; doktor jest coraz bardziej zdenerwowany; w roztargnieniu chwyta tygielek z gorącą wodą, która do tego  czasu zdążyła się zagotować, jednak on tego nie zauważa; żeby poprawić krążenie, wylewa wrzątek na rękę syna; rozlega się ryk szlachtowanego zwierzęcia ...
Tak mogło być, ale mogło też być inaczej: trochę inaczej albo nawet zupełnie inaczej. Ja myślę, że było zupełnie inaczej (bo życie zwykle układa się inaczej, niż to sobie wyobrażamy), ale nie wiem jak, ponieważ nie ma w tej sprawie żadnych świadectw. Na pewno wiadomo tylko jedno – między końcem stycznia a początkiem lutego 1844 roku na prawej ręce Flauberta pojawiła się tajemnicza rana, która na wiele tygodni pozbawiła go w tej ręce czucia, a na resztę życia zostawiła po sobie bliznę: ów „znak szczególny”.