Nowolipie. Najpiękniejsze lata

Józef Hen
Nowolipie. Najpiękniejsze lata
  • W.A.B.
    Warszawa 2011
    139x202
    480 stron
    ISBN: 978-83-7747-538-6

Józef Hen zasłużenie od lat cieszy się sławą znakomitego beletrysty, pisarza, który ze swadą, werwą i humorem opowiada częstokroć o wydarzeniach niesłychanie dramatycznych, albo pokrytych patyną czasu. Tak jest i tym razem. Nowolipie. Najpiękniejsze lata to opowieści autobiograficzne. Autor opowiada o dorastaniu w żydowskiej dzielnicy przedwojennej Warszawy, o dniach obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku i o swojej wojennej tułaczce na terenach Związku Radzieckiego. We wspaniałych i barwnych anegdotach dzieciństwo i wczesna młodość żydowskiego dziecka, syna właściciela przedsiębiorstwa hydraulicznego z ulicy Solnej, wrastającego w polskość – wielokulturową, przyjazną i atrakcyjną, jawi się niemal idyllicznie. I tylko elegijne zakończenia autobiograficznych epizodów, z których dowiadujemy się o późniejszych losach czy to członków licznej rodziny, czy to nauczycieli, sąsiadów, rówieśników, koleżanek, pierwszych miłości i kolegów – towarzyszy wakacyjnych zabaw i młodzieńczych inicjacji w wyczekiwaną dorosłość – losach tragicznych albo ginących w mroku niewiadomego, wróżącego najgorsze, zmieniają pogodną opowieść Hena w epitafium, a polsko-żydowski świat bezpowrotnie odeszły w przeszłość staje się metaforą losów mieszkańców miasta w tej części Europy.
Tytuł drugiej opowieści okazuje się przewrotny, ale wolny od zgryźliwej ironii: najpiękniejsze lata, to te spędzone na wygnaniu, w wojennej tułaczce pełnej przygód, w życiu pełnym niebezpieczeństw, ale także oczarowań i uniesień, jakich w okupowanym Lwowie i jego okolicach, a potem w komunistycznej Rosji, prowadzącej śmiertelną wojnę z Niemcami, doświadcza ocaleniec z Zagłady, uczeń sowieckiej szkoły, robotnik kołchozu, a wreszcie żołnierz Armii Czerwonej. Hen z filozoficznym humorem pisze o dorastaniu do wiedzy, o uprawianiu własnego ogródka w tragicznych i trudnych czasach, ale robi to nie popadając nigdy w mizantropię. Przeciwnie: z tej wrogiej stereotypom i napisanej z narracyjnym nerwem prozy, nasyconej obyczajowym oraz zmysłowym konkretem, pełnej przepysznych dywagacji − dowiadujemy się o triumfie i o urodzie życia.

- Marek Zaleski

Fragment

Teraz o Spencerze Tracym. Poznałem go, jak już powiedziałem, zaraz na początku, jeszcze wiosną. Stałem na wijącej się wśród fałd czarnoziemu szosie, a ramię gniotły mi dwa ciężkie łomy. Dawałem znaki ciężarówkom, które przejeżdżały obok mnie z łoskotem i podrygami, ale żadna się nie zatrzymała. Zawsze im się, draniom, spieszyło. Z łomami na ramieniu ruszyłem przed siebie, martwiąc się o moje warszawskie buty, które zdzierały się na kamienistej drodze. I właśnie wtedy, kiedy pomyślałem sobie,  że ten świat jest bezwzględny i nieprzyjazny, że ja, taki jaki jestem, nie dam mu nigdy rady, właśnie wtedy zatrzymał się obok mnie stary zis, zahamował bez zgrzytu i pisku, a z kabiny wysunął złotawą głową Spencer Tracy. Dobra męska twarz, rysy grube, szorstkie i budzące zaufanie, szare oczy z jasnymi rzęsami i brwiami, spojrzenie badawcze i, mimo uśmiechu, trochę zatroskane. On! Naprawdę on! Tutaj, na tej drodze! Oczywiście, to niemożliwe, wiem. Ale jeśli jednak, co?... Może to jakaś nowa rola, nowe wcielenie? No nie, jeszcze czego! Rozumiałem, że jest to prosty szoferak, ten mężczyzna, który się ku mnie wychylił, Rosjanin, niemniej, kiedy samym tylko jestem zaprosił mnie do swojej kabiny, poczułem się nagle bezpieczny, ogarnął mnie spokój i ufność taka, jaką roztaczał Spencer Tracy. Prowadził swoją trzytonówką ostrożnie, starannie omijał wyboje, na które zwykle nie zwracali uwagi jego rozpędzeni koledzy, rozwalając podwozia i własne nerki. Nazywał się Chochołow, co wymawiał jak „Chachłow".
- Zakurit' jest'? - spytał Spencer Tracy chropawym głosem Spencera Tracy’ego, tak że nie miało już znaczenia, że mówi po rosyjsku.
Powiedziałem, że nie palę, i zrobiło mi się przykro. Na to on, że niczewo, wszystko w porządku (all right - powiedziałby Spencer Tracy), prawilno, tak trzeba. Inaczej niż ten młodzik z zadartym nosem wczoraj, który, zanim mnie zaprosił na ciężarówkę, spytał tak samo: „a zakurit' jest'?", a kiedy powiedziałem, że nie palę, zakrzyknął: „No i po co żyjesz na tym świecie?" Dowiedziałem się mimochodem - człowiek zawsze się czegoś nauczy w Kraju Rad - po co się żyje na tym świecie, przynajmniej po co on żyje.
Gdyby ktoś, naczytawszy się wstępniaków, palnął szoferakowi, że żyje, aby budować socjalizm, wyszedłby na durnia. Na tej drodze nie słyszało się drętwej mowy, nie używano żadnych propagandowych sztuczek, nie było współzawodnictwa itepe, czasem tylko, jak się coś zniszczyło lub kiedy inżynier Brzozowski, szczupły, prosty jak struna służbista, zameldował, że znowu coś gwizdnęli, wtedy nasz naczelnik odcinka, Wasyl Lachow, komsomolec gołowąs w zielonej kosoworotce, dostawał wypieków na policzkach i krzyczał, że to „biezobrazje”, że trzeba karać za niszczenie sowieckiej własności. Otóż to słowo „sowieckie" nie miało odcienia ideologicznego, znaczyło po propaństwowe, własność publiczną. Drogę budowało się z kamieni, piasku i smoły - nie ze słów.
Nazajutrz, a może w dwa dni później, tak się zdarzyło, że Chochłow sam się obok mnie zatrzymał, kiedy szedłem poboczem z łomami na ramieniu. Otworzył szeroko drzwiczki i spytał: „Pojedziemy?" Zapamiętał mnie, bo chociaż sporo luda kręciło się przy szosie, ja jeden – paradowałem w granatowym mundurku gimnazjalnym. Czym wytłumaczyć jego sympatię do mnie? Chyba tym, że coś we mnie wyczuwał, w moim stosunku do niego. Między ludźmi to promieniuje, nie tylko między mężczyzną i kobietą, wojna nauczyła mnie, że wytwarzają się męskie przyjaźnie bezinteresowne, z wiernością, oddaniem, najczęściej z podziwem. (…) Przyjaźń z Chochołowem nie wymagała rozmów, nie był wylewny, taki więcej milczek, no cóż, Anglosas, a może powściągliwy mieszkaniec tajgi – nie, nie wiem nawet, skąd pochodził, Sybirak czy z Ukrainy, ci szoferacy („kolumna samochodowa” - tak się oficjalnie nazywali) to była zbieranina z całego Związku, na ogół Rosjanie i Ukraińcy, mieszkali w barakach na bazie, niektórzy na kwaterach w żydowskich mieszkaniach w Busku albo w Jaryczewie, mieszkali tak długo, jak długo byli potrzebni przy budowie, potem wraz ze wszystkimi ciężarówkami, które przetrzymały huraganową  jazdę po wybojach - rzucano ich w jakiś inny kraniec ogromnego Sojuza, i tak wędrowali od odcinka drogi do odcinki, od kwatery do kwatery. Nie mieli nic własnego, prócz bałałajki czy czasem bajana. Niektórym musiała wystarczyć harmonijka ustna. Nie wiem, czy mój Spencer Tracy miał rodzinę, chyba miał, nie wiem, czy pił, chyba czasem pił, nie wiem, co myślał o tym wszystkimi. bo chociaż czasem wymienialiśmy komunikaty wojenne (Niemcy w Danii i Norwegii, bitwa o Narwik, Niemcy w Belgii i Holandii, Niemcy w Paryżu), ale komentowaliśmy je powściągliwie, półgębkiem. Teraz, po latach, mógłbym trochę podkoloryzować, wymyślić chwytliwe dialogi, ale jakoś nie czuję potrzeby. Oczywiście, opowiedziałem mu to i owo o sobie, chociaż to nie znaczy, że się rozpytywał, taki mruk z Teksasu czy z tajgi chętnie słucha, kiwa ze zrozumieniem głową, ale nie wdziera się w cudze sprawy, o rodzicach napomknąłem (że zostali w Warszawie), o tym mundurku gimnazjalnym: co znaczy bordowy lampas (że już liceum), i trochę o tym, jak u nas wyglądało. Zdobyłem się w końcu na odwagę i powiedziałem mu, że jest taki amerykański aktor, „artist", nazywa się Spencer Tracy, bardzo do niego podobny. Zareagował uśmiechem - uśmiechem Spencera Tracy’ego. Może nie od razu mi uwierzył, może pomyślał sobie, że wielki aktor, i to amerykański na dodatek, nie może mieć takiej chachłowowskiej gęby. Po chwili zapytał: „Dobry artysta?" ,Bardzo dobry". To w porządku. Skoro dobry, to nie ma sprawy. Któregoś dnia wrócił do tego. Zaciekawiło go, jakie role odgrywa ten mój... jak powiadasz? (Spenser Trejsy - podpowiedziałem.) No więc, ten Spenser - co on gra? Wymieniłem kilka filmów: Bohaterowie morza, według Kiplinga, grał rybaka, Miasto chłopców, grał księdza, Jestem niewinny, klasyczny film Fritza Langa. A jest taka komedia - dodałem - Życie ulicy, w której Spencer Tracy gra taksówkarza. „Szafiora?" - zdziwił się. „Szafiora” - potwierdziłem. Chochołow zaśmiał sie swoim miłym spencerowskim śmiechem.