Jabłko Apolejki

Beata Wróblewska
  • Stentor
    Warszawa 2007
    Ilustracje: Radosław Krawczyk
    ISBN: 978-83-89315-82-3
    148 stron
    125x195

Jedna jest tylko Apolejka na świecie, więc to nie może być przypadkowa zbieżność imion. Apolejka i jej osiołek Marii Kruger – jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa (ze wspaniałymi ilustracjami Zbigniewa Witwickiego). To do tej książki, prostej i wzruszającej, odwołuje się Beata Wróblewska.
W bajce czarodziejskie jabłko Apolejki miało moc zdejmowania klątwy z „odmieńca” – ale że jabłko było nadgryzione, czar nie dopełnił się - zaklętemu pod postacią osła Księciu pozostała ośla głowa. Książę-osiołek wzbudzał pogardę i drwiny – a przecież Apolejka nadal kochała go bezwarunkową miłością.
Tyle bajka. A kim jest „osiołek” w nowej, do nastolatków adresowanej, książce? Beata Wróblewska opisuje kolejną rodzinę bez ojca (namnożyło się tych nieobecnych ojców w literaturze młodzieżowej!). Tata zniknął, bo z winy wspólnika popadł w finansowe kłopoty. Zdesperowana mama poszukuje go przez stowarzyszenie „Itaka”. Rodzinę nawiedzają egzekutorzy długów. Z obawy przed ogolonymi osiłkami Mama wynajmuje rodzinne mieszkanie w mieście i ucieka z trójką dzieci do małej mieściny na Wybrzeżu, gdzie mieszka babcia. Osiemnastoletnia Kasia, sześcioletnia Ola i ich brat - chory na autyzm Jasiek, z dnia na dzień lądują w nowym otoczeniu, pozbawieni poczucia bezpieczeństwa i wygód, do jakich przywykli. Czy to Jasiek jest tym metaforycznym „osiołkiem Apolejki”? Niespokojny, obarczony natręctwami, Jasiek wzbudza lęk i politowanie postronnych osób. Jego dziwaczne zachowania ściągają na siostry drwiny rówieśników – mała Ola walczy z gniewem i wstydem, kiedy przyjaciel z sąsiedztwa przyłącza się do chóru okrutnych dzieciaków i nie ma odwagi stawić im czoła. Dorastająca Kasia z rezygnacją obserwuje konsternację i panikę na twarzy kolegi z klasy, kiedy ten (w romantycznych zamiarach) odwiedza dziewczynę, po czym czmycha w popłochu, zdetonowany chorobą Jaśka. Rodzina, oswojona z autyzmem, ciągle od nowa zderza się z ignorancją i brakiem tolerancji otoczenia. Te wszystkie doświadczenia sprawiają, że Kasia jest nad wiek dojrzała – jest w niej spokój i powaga, nastoletni stoicyzm wobec nowej, trudnej sytuacji. Maturalna klasa, do której trafiła Kasia, ma swoich gwiazdorów, aktorów drugiego planu i swoich statystów. Dziewczyna jest outsiderem – zjawiła się tu na chwilę i sama sobie powierzyła rolę obserwatora. Śmieszności i dziwactwa nauczycieli, sekrety rówieśników - Kasia ogląda jakby przez szybę. Sympatie i antypatie są schłodzone, nie osiągają temperatury wrzenia, typowej dla młodzieńczej egzaltacji. Mimo to, a może właśnie dlatego – jest w tej książce PRAWDA i dużo mądrej, belferskiej empatii z jaką opisuje pisarka nastoletnie rozterki swoich bohaterów.
W trudnych dla Kasi okolicznościach, w atmosferze niepewności i w obcym otoczeniu – pojawia się miłość – w przebraniu. Trochę potrwa, zanim dziewczyna rozpozna ją pod mylącym kostiumem.
Sceny szkolne w książce stanowią niebagatelny atut – czuje się wręcz, że autorka zrobiła dobry użytek ze swojej wieloletniej praktyki nauczycielskiej, uważnie patrząc i z talentem portretując nastoletnich chłopców i dziewczyny. Licealne dialogi i wygłupy, pierwsze miłości, karygodne nietakty i zaloty – cały ten sztafaż szkolny ma walor bezpretensjonalnego autentyzmu. Postać Gandola – klasowego błazna – jest tak sugestywna, że zdaje się zasługiwać wręcz na osobną książkę.
Beata Wróblewska jest mistrzynią małego realizmu – zarówno w swojej poprzedniej książce – Małgosia z Leśnej Podkowy, jak i w Apolejce – z talentem oddaje klimat małej, peryferyjnej miejscowości. Porusza też, niezwykle rzadki we współczesnej literaturze dla młodzieży temat, a mianowicie – powszednią, skromną religijność. Wiara jest tu obecna bez ostentacji, opisana jako organiczny element życia rodzinnego, część codziennych relacji ze światem. Jest w tym niedzisiejszy, egzotyczny urok, a autorka daje dowody wielkiego taktu i umiaru w portretowaniu tej sfery życia.
Widać też wyraźnie, że przy pisaniu książki pomocne były czułe „archiwa domowe”. Dziecięce zapiski Oli, wierszyki i niegramatyczne powiedzonka mają siłę autentyku – dałabym głowę, że są nie tyle literacką fikcją, co pieczołowicie przechowanym przez autorkę książki dziełem jej córek. Nie jest też tajemnicą, że pod postacią „Jaśka” kryje się siostrzeniec autorki – chory na autyzm Błażej. Stąd zapewne nieodparte wrażenie, że czytając – podglądamy losy prawdziwej rodziny. Mamy więc mądrą, przyjazną książkę. Nastrojową jak baśń i pełną emocji. Uczucia, aczkolwiek nie wyrażane wprost, są tu stale obecne. Domyślne, opowiedziane powściągliwie, półgłosem. Z nieodłącznym w baśni happy endem.

- Joanna Olech

Książka nagrodzona w konkursie literackim im. Astrid Lindgren