Miedzianka

Filip Springer
Miedzianka
  • Czarne
    Wołowiec 2011
    125x195
    272 strony
    ISBN: 978-83-7536-287-9

Zbiór reportaży Filipa Springera, dziennikarza i fotografa, wywołuje duchy z przeszłości miasteczka, które znikło tak, jakby należało zetrzeć wszelkie ślady jego obecności. Miasteczko Miedzianka, dawniej Kupferberg, zdaje się być wyjątkowo pechowym miejscem, miasteczkiem, które nawiedzało nieszczęście za nieszczęściem. Springer pisząc o historii miasteczka i jego mieszkańców pisze o „bestii”, która budzi się co jakiś czas (wojny, pożary), czyli uruchamia perspektywę wiecznego, nieusuwalnego zła, wprowadza założycielski mit bratobójstwa. Ale – na szczęście – nie poprzestaje na tak prostym i pozwalającym ominąć ludzkie sprawy tłumaczeniu dziejów miasteczka.
Miedzianka znajduje się na Śląsku, a w historii tego rejonu wszelkie uogólnienia się nie sprawdzają. Autorowi udało się pokazać złożoność historii XX wieku. Jest to książka o ziemi, która przez własne bogactwo przyciągnęła do siebie nieszczęście. Kilka stuleci eksploatacji złóż musiało się skończyć źle właśnie w wieku najszybszego rozwoju technologii, był bowiem również wiekiem totalitaryzmów i eksploatacji rabunkowej. To głupota, chciwość i okrucieństwo doprowadziły do zagłady miejsca, które mogło służyć – gdyby gospodarowano nim mądrzej – długo. Springer nie pisze o wielkich wojnach z perspektywy udającego bezstronność archiwisty starej daty, nie interesują go wielkie procesy, wielkie nazwiska. Skupia na dziejach pojedynczych, zgładzonych domów i skrzywdzonych. Udało mu się wywołać portrety ludzi, którzy byli „z Miedzianki”, a dopiero silniejsi przyjezdni przydzielili  im narodowość i zmusili do wyjazdu. Na opowieść o wysiedleniu Niemców nie ma jeszcze języka w polskiej literaturze, więc Springer opowiedział o wysiedleniu ludzi. Zmusił Miedziankę, by wróciła do pamięci; pokazał, jak dokonano gwałtu na ziemi i jej mieszkańcach.
Springer swoją książką wprowadza niepokój, wytrąca z równowagi, zmusza do rewindykacji opowieści o tej części świata naznaczonej wstydem. Miedzianka to świat, w którym dopuszczono się zbyt wielu niegodziwości, by chcieć o nim pamiętać. Miedzianka zwraca pamięć o tym świecie i może to najlepsze, co można dostać od reportera.

- Anna Marchewka    

Fragment

Gdyby Karl Heinz Friebe zapłakał, stojąc na środku upstrzonej krowimi plackami łąki, która kiedyś była rynkiem jego ukochanego miasteczka, byłoby to pewnie zbyt melodramatyczne. Mógłby jednak Karl Heinz być wściekły, rozczarowany, smutny, mógłby dyszeć nienawiścią. Wszystkie te rzeczy dałoby się jakoś wytłumaczyć. Nic z tego – Karl Heinz stoi w pokrzywach i spokojnie pokazuje parasolem:
- Tam była restauracja Breuera, tam apteka Haenischa. Tutaj, gdzie stoimy, był salon mojej babci, wychodziło się tędy do sieni i dalej, na zewnątrz, pod piękną jabłoń. Kupferberg był kiedyś piękny i zielony.
Teraz jest tylko zielony.

Miedzianka

Jeszcze przed tym jak runęła żelazna kurtyna, a Karl Heinz Friebe mógł bez problemu przyjechać do Polski, w Miedziance pewien człowiek zapadł się pod ziemię. Nazywał się Zbigniew Antoni Sieroń i był elektrykiem. To była późna jesień, początek lat osiemdziesiątych. Po miasteczku na szczycie wzgórza nie pozostał już żaden ślad, w kilku domkach rozsianych po okolicy żyła jedynie garstka najbardziej wytrwałych mieszkańców. Tylko przy drodze do Janowic, w blaszanym budynku działały warsztaty jeleniogórskiego SIMET-u. Pracowało tu kilkanaście osób dowożonych specjalnie z Jeleniej Góry. Któregoś wieczora Zbigniew Antoni Sieroń wyruszył stąd do Janowic, żeby Władkowi Trepie, staremu górnikowi, a potem pracownikowi browaru, naprawić telewizor. Wracał późną nocą, trochę mu się spieszyło więc wybrał drogę na skróty. Do warsztatów jednak nie dotarł.
Gdy zapadła głęboka noc, ktoś w zakładzie zauważył brak Sieronia. Zaczęli go szukać – w ciemności i mgle, która jak każdej jesieni spowiła wzgórze. W końcu go znaleźli. Razem z fragmentami ogrodzenia leżał i jęczał na dnie wielkiego rozpadliska, które otworzyło się tuż obok drogi wiodącej do zakładu. Próbowali go wydostać jednak nigdzie w pobliżu nie było na tyle długiej drabiny, żeby do niego dotrzeć. Związali więc kilka lin i tak zeszli na dół. Sieroń był potłuczony i przerażony, ale cały. Nie bez trudu wyciągnęli go na powierzchnię. Gdy doszedł do siebie opowiadał z przejęciem, że ziemia chciała go żywcem pochłonąć. Śmiali się potem długo, że pewnie sobie na to czymś zasłużył.
Tak, ziemia pod Miedzianką co chwila o sobie przypomina. Niemal po każdym większym deszczu na polach robią się tu rozpadliska i niecki, do których chłopi zwożą potem całymi tygodniami ziemię. Od lat osiemdziesiątych kopalniane korytarze zapadały się coraz częściej, już nikt przy zdrowych zmysłach tam nie wchodził, mimo, że w okolicy nadal są tacy, co wiedzą, gdzie są poszczególne sztolnie i jak się do nich dostać. Wiedział też Bogdan Markowski, dobry przyjaciel Bogdana Spiża, w latach osiemdziesiątych pracownik janowickiej mleczarni. Podziemny labirynt pod Miedzianką postanowił wtedy wykorzystać jako magazyn serwatki, z której utylizacją w mleczarni były ciągłe problemy. Wraz z kilkoma pracownikami Markowski zabrał więc cysternę i pojechał aż pod Mniszków. Tam znajduje się jedno z wejść do kopalni. Nie zajrzeli nawet do środka, wtłoczyli tylko serwatkę do wnętrza góry i zadowoleni odjechali. Afera wybuchła kilka dni później, gdy czternaście kilometrów od Mniszkowa woda w Bobrze zrobiła się biała i cuchnąca.
- Wtedy do mnie dotarło, co tak naprawdę kryje się pod tą górą – wspomina Markowski.
Jeśli przejrzeć jednak gazety z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych okaże się jednak, że w Miedziance żadnej kopalni uranu nie było.
„Wprawdzie w latach 1948-1952 próbowano wznowić jeszcze roboty górnicze i określić opłacalność wydobycia, ale po odkryciu złóż w Lubinie trzeba było zakończyć je definitywnie” – piszą „Wierchy”.
Inne gazety nie pozostają „Wierchom” dłużne. „Karkonosze” dodają, że Miedzianka zapadła się już w 1945 roku, „Nowiny”, że od wojny nic tu pod ziemią nie znaleziono więc górnictwo umarło śmiercią naturalną. Potem Miedzianka popada w zapomnienie i już żaden dziennikarz się nią nie interesuje
Gdy otworzyły się granice, w okolicy zaczęło pojawiać się coraz więcej Niemców, chcących sprawdzić, czy zdołają poznać jeszcze swoje rodzinne strony. Któregoś dnia w gabinecie dyrektora Ośrodka Zdrowia w Janowicach Wielkich staje postawny jegomość z iście arystokratycznymi manierami. Przedstawia się jako Eberhardt Stolberg zu Wernigerode, potomek Christiana Stolberga, ostatniego hrabiego na Miedziance, w Janowicach i Trzcińsku. W skład majątku Stolbergów, wchodził też pałac, w którym obecnie rezyduje janowicka przychodnia. Dyrektor jest podejrzliwy, niemieckich przebierańców o nazwisku Stolberg było już tu kilku, żaden nie był jednak na tyle przekonywujący, by wpuścić go do środka.
- A skąd ja mam, miły panie, wiedzieć, że jest pan tym, za kogo się podaje – pada więc pytanie
- Stąd szanowny kolego, że jeśli nie zmieniłeś pan drzwi do swojego gabinetu, to ja nadal posiadam do nich klucz! – słyszy w odpowiedzi dyrektor, po czym następuje stosowna demonstracja.
Osobą, która przypatrywała się tamtej scenie była Irena Kamieńska-Siuta. Na dobre zapomniała już o politycznej działalności i poświęciła się pracy przewodnika dla niemieckich turystów odwiedzających te strony.
- Stolberg bywał w kontaktach z Polakami wyniosły, niekiedy nawet oschły, nie okazywał emocji, nigdy jednak nie przekroczył granicy uprzejmości i dobrego wychowania – wspomina pani doktorowa – ruiny Miedzianki, a zwłaszcza miejsce, w którym był ich pałac, a teraz nie ma nic, oglądał w posępnym milczeniu. W ciszy wracaliśmy do Jeleniej Góry. Potem kontakt zaczął się urywać.
Karl Heinz Friebe wrócił do Miedzianki w 1989 r. Gdy zobaczył, co z niej zostało, prawie pękło mu serce. Postanowił, że już nigdy tu nie przyjedzie. Wrócił po roku, wraz z żoną. I tak wraca do dziś. Na początku parkował nieopodal miejsca, w którym stał niegdyś jego dom i tam spał. Potem objeżdżał wszystkie stare kąty, żył jak bezdomny tam, gdzie kiedyś były domy. Pewnego dnia zobaczył, jak drogą do Janowic idą dzieci.
- Gdy stąd wyjeżdżałem po wojnie byłem wprawdzie szkrabem, ale miałem poczucie, że to nieporozumienie, że to trzeba wyjaśnić. To przekonanie zostało we mnie na wiele lat, chciałem to wszystko odwrócić. Gdy zobaczyłem te dzieci zrozumiałem, że tak, jak jest teraz, tak będzie już zawsze.
W 1999 roku Karl Heinz Friebe postanowił postawić niewielki obelisk przypominający o tym, że kiedyś było tu miasteczko. Namówili go do tego inni mieszkańcy Kupferbergu rozsiani teraz po całych Niemczech. Zrobili zrzutkę, wybrali miejsce. Pierwotnie kamień miał stanąć obok, istniejącego do dziś, katolickiego kościoła. Na to jednak nie wyraził zgody proboszcz janowickiej parafii. Karl Heinz Friebe nie zapytał go dlaczego.