Korczak. Próba biografii

Joanna Olczak-Ronikier
Korczak. Próba biografii
  • W.A.B.
    Warszawa 2011
    165x235
    480 stron
    ISBN: 978-83-7414-077-5

Janusz Korczak to literacki pseudonim doktora Henryka Goldszmita, lekarza-pediatry i autora książek o dzieciach i dla dzieci, który pod wpływem postępowych idei  postanowił zmienić świat – nie przez zmianę ustroju, ale przez reformę wychowania. Jego teoria wychowania kładła nacisk na podmiotowość dziecka. Założył dom dla osieroconych dzieci żydowskich  i przez wiele lat go prowadził. Relacje między dziećmi a wychowawcami regulowała wewnętrzna konstytucja, w domu istniała hierarchia, działał też samorząd, który miał prawo oceniać (a nawet karać) wychowawców za przekraczanie reguł. Zdarzyło się nawet, że ukarano doktora. Systemowi Korczaka zarzucano idealizm, jego dom był miniaturą lepszego społeczeństwa, a wychowankowie nie zawsze byli dobrze przygotowani do wejścia w realne życie. Niewątpliwie jednak wymyślony przez niego system wpłynął na metody wychowawcze stosowane w innych instytucjach wychowawczych.
Prowadzona przez Korczaka placówka musiała w 1940 roku przenieść się do tworzonego w Warszawie getta. Głód, szerzące się choroby, niedostatek przestrzeni i stałe zagrożenie sprawiły, że Dom Sierot rychło przestał być bezpiecznym azylem. W 1943 roku Janusz Korczak prowadził dziennik, w którym, nie bez sarkazmu, opisał ruinę swojego idealizmu. Zachował jednak wiarę w człowieka i dobro. W Polsce przez wiele lat po wojnie Janusz Korczak był legendą: opowiadano, że mógł się ratować, ale wybrał heroiczną śmierć razem z dziećmi. 6 sierpnia 1943 roku wszyscy trafili na Umschlagplatz, skąd odjeżdżały transporty do obozów zagłady. Nowsze dokumenty każą trochę inaczej na to spojrzeć; Korczak w ogóle nie rozpatrywał możliwości ratowania się, był u kresu sił fizycznych. Do końca dbał jednak o duchowość wychowanków. O tym wszystkim opowiada Joanna Olczak-Ronikier w swojej próbie biografii.
Dziadek autorki wydawał książki Janusza Korczaka. Był w okresie międzywojennym zasłużonym dla polskiej literatury wydawcą, był też głową jednej z wielu w przedwojennej Polsce zasymilowanych rodzin żydowskich. W czasie II wojny światowej  matka i babka pisarki ukrywały się i dzięki temu przetrwały. Wnuczka wydawcy, Joanna Olczak-Ronikier,  jako dziecko zetknęła się z bohaterem swojej książki. Dzieje doktora opowiada z prostotą i powagą, nie kryjąc, że był skomplikowaną postacią. Miał okresy depresji, zwątpienia. Autorka pokazuje też skomplikowany czas, na który przypadło życie Korczaka: jego zmaganie się z antysemityzmem i szukanie własnej drogi wśród wielu nurtów epoki.           

- Anna Nasiłowska

Joanna Olczak Ronikier pisarka, autorka scenariuszy i sztuk teatralnych. Za opublikowaną w roku  2001 sagę własnej rodziny W ogrodzie pamięci dostała najważniejszą polską nagrodę literacką Nike. Książkę przetłumaczono na dziesięć języków.

Fragment

Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna. Ta zaczyna się w Hrubieszowie, bo stamtąd pochodzili przodkowie Henryka Goldszmita znanego powszechnie jako Janusz Korczak. Hrubieszów to miejscowość w województwie lubelskim, tuż przy granicy z Ukrainą, położona malowniczo nad rzeką Huczwą, a właściwie objęta dwiema jej odnogami. Urzeka uroda tamtejszych lasów, żyznych pól, bujnych łąk. Mnóstwo zabytków dawnej architektury drewnianej i murowanej przypomina czasy, o których będzie mowa w tym rozdziale. Z tamtych lat pochodzą nazwy hrubieszowskich ulic: Wodna, Kościelna, Cicha, Ludna, Szewska, Gęsia.
Każda historia zawsze się kiedyś zaczyna. Ta zaczyna się w odległej przeszłości, tajemniczo, jak w strasznej baśni. Istniał w ludowej żydowskiej tradycji obyczaj, że kiedy w okolicy wybuchała epidemia dżumy albo czarnej ospy i zawiodły wszystkie sposoby ratunku, żeniono ze sobą na cmentarzu parę najbardziej pokrzywdzonych przez los ludzi: nędzarzy, kaleki, pozbawionych rodziny. Wyposażeni po ślubie przez gminę żydowską, zaczynali nowe życie, co miało przepędzić śmierć. Takie wydarzenie podobno zapoczątkowało dzieje rodziny Goldszmitów. „[…] O dalszych przodkach wiem tylko tyle, że były to bezdomne sieroty, poślubione sobie na cmentarzu żydowskim, jako ofiara przebłagania w okresie szerzącej się w miasteczku zarazy”. Opowiadał o tym Korczak Marii Czapskiej późną jesienią 1941 roku, kiedy odwiedziła go w ostatniej siedzibie sierocińca na Siennej, przedostawszy się za cudzą przepustką do getta.
Wspomniany w Pamiętniku pradziadek był postacią bardziej konkretną, choć też mało o nim wiadomo. Doktor, zachęcając dzieci do wypytywania o rodzinną przeszłość opisał z żalem w „Małym Przeglądzie”, dodatku do „Naszego Przeglądu”, pisma przeznaczonego dla asymilowanej inteligencji żydowskiej:

Ja fotografii mego pradziadka nie mam i niewiele o nim słyszałem. Dziadek mi o nim nie mówił, bo umarł, zanim się urodziłem. Mało wiem o swoim pradziadku.
Wiem, że był szklarzem w małym miasteczku. Biedni ludzie szyb wtedy w oknach nie mieli. Pradziadek chodził po dworach, wstawiał szyby, i kupował skórki zajęcze. Lubię myśleć, że mój pradziadek wstawiał szyby, żeby było jasno, i kupował skórki, z których robiono kożuchy, żeby było cieplej. Czasem myślę, jak ten mój stary pradziad chodził od wsi do wsi bardzo długą drogą, usiadł pod drzewem, żeby odpocząć, albo spieszył, żeby zdążyć przed zmrokiem na święto.

Podobno ów szklarz miał na imię Eliezor Chaim, podobno mieszkał w Hrubieszowie. Pod koniec osiemnastego wieku Żydzi stanowili przeszło połowę hrubieszowskiej ludności, reszta składała się z katolików i prawosławnych. Niziutkie kamieniczki i drewniane chałupki stłoczone ciasno obok siebie. Wąskie błotniste uliczki. Mnóstwo maleńkich sklepików. Dwa rynki: stary i nowy. Pośrodku rynków stragany. Chłopi zwozili tu nabiał, mięso, warzywa. Tu zaopatrywali się w odzież, „towary łokciowe”, czyli buty, tkaniny, przedmioty domowego i gospodarczego użytku. Na czwartkowym targu kupujący i sprzedający kłócili się zawzięcie o ceny. Po polsku, po ukraińsku, po żydowsku. Kościół katolicki, cerkiew, synagoga od setek lat należały do miejscowego pejzażu.
Sztetl. Po żydowsku – miasteczko. Jedno z tych, które choć unicestwione przez Zagładę, żyją nadal swoim intensywnym życiem w literaturze i w niezliczonych wspomnieniach. Dla jednych ostoja tradycyjnych żydowskich wartości, rodzinnego ciepła, blasku religijnych obrzędów, miejsce, gdzie „baśnie i mity unosiły się w powietrzu”. Dla innych siedlisko zacofania, ciemnoty, średniowiecznych zabobonów. Żydowska społeczność w takich miasteczkach żyła we własnej dzielnicy, odgrodzona od chrześcijańskich sąsiadów niewidzialnym murem rygorystycznych przepisów religijnych. „Starozakonni” nie uczyli się miejscowego języka, nie utrzymywali towarzyskich kontaktów z otoczeniem, nie chcieli się wyrzec swoich tradycyjnych strojów i obyczajów, za jedyne źródło wiedzy uznawali Talmud. Świecka nauka, świeckie zainteresowania były zabronione, łamanie ortodoksyjnych nakazów i zakazów karano klątwą religijną, która oznaczała wykluczenie winnego ze wspólnoty i wygnanie go poza obręb gminy. Rodzina odprawiała po nim rytualną żałobę, jak po zmarłym, a gdy naprawdę umarł, nie miał prawa do pochówku na cmentarzu żydowskim.
Ten, kto się tak separuje od otoczenia, musi mieć na sumieniu złowrogie tajemnice. Na tym polegało żydowskie nieszczęście, że wszędzie tam, gdzie się osiedlali, budzili nieufność i niechęć tubylców. Nie rozumiano, że utrata ojczyzny i rozproszenie po świecie − wszystko to powodowało w Żydach paniczny lęk, że rozpłyną się, stracą tożsamość, przestaną istnieć jako naród. Zamienili się w religijną wspólnotę, posłuszną surowym regułom, które ingerowały we wszystkie dziedziny życia duchowego, społecznego i rodzinnego. Przez całe wieki, dzień po dniu, wszędzie tam, gdzie rzucił ich los, toczyli heroiczną walkę o dochowanie wierności Bogu i tradycji. Czyli o przetrwanie.
[…]

22 lipca 1878 albo 1879 roku, w poniedziałek, a może we wtorek, w dzień słoneczny albo deszczowy, w rodzinie Cecylii i Józefa Goldszmitów urodził się chłopczyk, który miał stać się w przyszłości Januszem Korczakiem. Zgodnie z żydowską tradycją otrzymał imię Hersz po zmarłym dziadku. Wierzono, że odziedziczy po nim rozum, talenty i cnoty. Ale czasy się zmieniły i postępowi Żydzi uznali, że trzeba europeizować swoje imiona, bo żydowskie ośmieszają i uniemożliwiają zbliżenie do polskiego społeczeństwa. Tradycjonaliści protestowali, że zmiana osłabi tak ważną dla rodu pamięć o przodkach. Państwo Goldszmitowie wybrali kompromisowe rozwiązanie: Hersz pozostał imieniem odświętnym, w świeckim życiu zwyciężył Henryk. Nie bez oporów. Korczak pisał w Pamiętniku: „Ojciec miał prawo nazwać mnie Henrykiem, bo sam otrzymał imię Józef […]. A jednak wahał się i zwlekał” .
Imię, jak można się domyślać, nadano mu podczas ceremonii obrzezania. Zajmując się tą sprawą, omijaną dyskretnie przez biografów Korczaka, grubiańsko wkraczam w sferę intymności. To dlatego, że chciałabym wyobrazić sobie atmosferę jego domu. Moja matka pisała, że panował tam „czysto polski obyczaj”, że „asymilacja odbywała się wówczas szybko i gruntownie”. Upraszczała trudny proces, pomijała milczeniem istotny etap, kiedy rodzice byli jeszcze polskimi Żydami, a dzieci wyrastały już na Polaków żydowskiego pochodzenia. To przecież także fragment naszej rodzinnej historii. Moja prababka, Julia Kleinmann wyszła za austriackiego Żyda, Gustawa Horwitza, ale po ślubie mieszkała dalej w Warszawie. Póki żył Gustaw, syn wiedeńskiego rabina, w rodzinie przestrzegano rygorystycznie zasad judaizmu. Gdy umarł, wdowa zadecydowała, że od tej pory dziewiątkę swoich dzieci wychowywać będzie po polsku.
Ale czy można wyrzec się z dnia na dzień swojej tożsamości? Pozbyć się bez żalu żydowskiego Boga, religijnych nawyków, tradycyjnych obyczajów? Czy nie pozostawia to bolesnych śladów w duszy? Babka, która straciła ojca, gdy miała osiem lat i dobrze pamiętała reguły przestrzegane za jego życia, szabatowe obrzędy i uroczyście obchodzone święta, w spisywanych po drugiej wojnie wspomnieniach nie poświęciła tym sprawom ani słowa. Stwierdzała tylko, wbrew oczywistości, że jej dom rodzinny niczym nie różnił się od domów polskich. A opowiadając o swoich pensjonarskich fascynacjach polską literaturą, o wzruszeniu, z jakim deklamowała na konspiracyjnych wieczorkach polską poezję patriotyczną, dawała do zrozumienia, że zawsze czuła się Polką.
Antysemickie inwektywy zrobiły swoje: żydowskość skojarzyła się na wieki wieków z średniowiecznymi zabobonami, ciemnotą, charakterologicznymi defektami. Wymazywano więc z pamięci ślady przedasymilacyjnej przeszłości. Polonizowanie rodziców Korczaka wydawało się mojej matce humanitarnym obowiązkiem, ucywilizowaniem, uczłowieczeniem. A przecież mecenas Goldszmit choć mówił po polsku, pisał po polsku, nigdy nie uważał się za Polaka. Światowe życie w stolicy rozluźniło jego wyniesione z domu surowe obyczaje. Zobojętniał wobec religii. Ale przestrzegał podstawowych zasad wiary i tradycji. Może z rozsądku? Był specjalistą od rozwodów wedle prawa mojżeszowego. Miał do czynienia z ortodoksyjnymi Żydami. Okazując ostentacyjną bezbożność, utraciłby klientelę. Trudno przypuścić, by nie dopełnił wobec syna fundamentalnego obowiązku judaizmu, jakim było obrzezanie.
W roku 1934 Korczak pisał do małego Dana Goldiga, wnuka przyjaciół mieszkających w Palestynie:

Tyle różnych papierów mi poginęło, ale mam list rabina, który mnie błogosławił, gdy się urodziłem […].

Skoro przechowywał tę pamiątkę przez pięćdziesiąt lat musiał przywiązywać do niej wagę i wierzyć w moc udzielonych błogosławieństw. A legenda rodzinna mówiła, że autorem listu był sam nadrabin Paryża, znajomy Józefa Goldszmita, który winszował mu narodzin syna, przepowiadając, że będzie to wielki mąż w Izraelu.
Ale dlaczego nie znamy dokładnej daty tego wydarzenia. Dlaczego mecenas Goldszmit przez parę lat nie wyrabiał Henrykowi metryki? Zwykłe niedbalstwo? Czy może namysł pełen troski? Wedle prawodawstwa obowiązującego w Cesarstwie Rosyjskim, dziecko powinno zostać wpisane do ksiąg stanu cywilnego w ciągu ośmiu dni od przyjścia na świat. Nie było rozdziału państwa od Kościoła i rejestry prowadzono w gminach wyznaniowych. Chrześcijańskie śluby, narodziny i zgony zapisywano w kościelnych księgach parafialnych. W wypadku wyznań niechrześcijańskich rolę urzędnika stanu cywilnego pełnił komisarz cyrkułu policyjnego. Przy owych cyrkułach, czyli obwodach administracyjnych, urzędowali duchowni danego wyznania. Starozakonnych obowiązywała następująca procedura: ojciec w obecności dwóch świadków zawiadamiał urzędowego rabina o narodzinach potomka. Rabin, stwierdziwszy w przypadku chłopca, że dokonane zostały wymagane religijne praktyki, wręczał ojcu kwit, na podstawie którego komisarz cyrkułowy wpisywał dziecko do ksiąg i wydawał akt urodzenia stwierdzający wyznanie.