Farby wodne

Lidia Ostałowska
Farby wodne
  • Czarne
    Wołowiec 2010
    133x215
    264 strony
    ISBN 978-83-7536-286-2

Farby wodne to wielowątkowy reportaż historyczny oparty na opowieści biograficznej, której bohaterką jest Dina Gottliebova-Babbitt (1923-2009). O tej czesko-amerykańskiej artystce pochodzenia żydowskiego, byłej więźniarce KL Auschwitz, świat usłyszał pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Wówczas to Gottliebova podjęła kolejną próbę odzyskania prac plastycznych wykonanych przez nią w obozie koncentracyjnym, będących własnością Państwowego Muzeum KL Auschwitz-Birkenau. Spór z Muzeum przekształcił się w międzynarodowy awanturę, w którą zaangażował się Departament Stanu USA i sfery rządowe w Polsce.
Ów centralny węzeł problemowy ma liczne rozgałęzienia. Z jednej strony Ostałowska rekonstruuje losy swojej bohaterki (szczegółową relacją objęty został czas pobytu Gottliebovej w hitlerowskim obozie), z drugiej dąży do uchwycenia problemów bardziej ogólnych, dotyczących historii, pamięci, traumy, rasizmu, relacji między katem i ofiarą. Ta ostatnia sprawa posiada szczególny potencjał problemowy. Oto talentem młodziutkiej malarki zainteresował się lekarz SS Joseph Mengele. Zlecił jej portretowanie (przy użyciu tytułowych farb) więzionych w Auschwitz Cyganów, a ponieważ więźniarka doskonale wywiązywała się z powierzonych jej zadań, zbrodniarz często okazywał jej serdeczność. Sam Mengle jest zresztą jednym z wielu drugoplanowych bohaterów Farb wodnych – nadrzędna opowieść biograficzna wchłania tu inne życiorysy. To z kolei tworzy gęstą siatkę losów i zdarzeń obejmujących mniej więcej 60 lat.
Ostałowska bazuje na setkach opracowań i relacji dotyczących piekła kacetu, wplata w swój tekst mnóstwo cytatów i parafraz. Godzi się więc zapytać, co stanowi wartość dodaną, co przesądza o swoistości Farb wodnych. Wydaje się, że wszystkie te operacje, które ciążą ku metaforze i paraboli, a więc ku biegunowi literackości. Taka jest na przykład funkcja wątku Disneyowskiego. Gottliebova, zanim została pracownicą Mengelego, ozdobiła barak dziecięcy obrazkiem Królewny Śnieżki, po latach wyszła za mąż za Arta Babbitta, twórcę wielu postaci znanych z amerykańskich kreskówek, sama także pracowała – już w USA, gdzie ostatecznie osiadła – dla największych studiów animacji rysunkowej.

- Dariusz Nowacki

Lidia Ostałowska (ur. 1954) dziennikarka i reporterka „Gazety Wyborczej”.  Autorka reportaży o tych, którym trudniej. O mniejszościach narodowych i etnicznych, o kobietach, o młodzieży z subkultur i o wykluczanych.

Fragment

Dina ma dobrze po siedemdziesiątce, w tym wieku sporo się wspomina.
Amerykanie nosili czyste, odprasowane mundury, ale byli pijani. Zaraz po nich do obozu przyszli Rosjanie. Brudni, bo jeszcze przed chwilą walczyli, Mongołowie. Przyjaciółka Leša kpiła: „To twoi bracia”.  Przekomarzały się. Radzieccy oficerowie zaprosili Lesę, Dinę i mamę na wino, chcieli świętować.
Ale wcześniej wyszły z tych drutów.
Dina: - Znalazłam jakiś rower i pojechałam przed siebie. Czułam się strasznie wolna. Po jednej stronie lasy, pnie czarne od kul, a gałęzi w ogóle, pewnie się spaliły. Nagle zobaczyłam białego konia, pomału kłusował. Rzuciłam rower.
Koń był zbyt wysoki, by go dosiąść.
Najczęściej pamięć prowadzi Dinę do Ziegeunerlager. Celine w niebieskiej chuście opłakuje dziecko. Babka przywiązuje do siebie za nogę raczkujące niemowlę, żeby się nie zgubiło. Połykacze ognia wydmuchują płonące pióropusze, rozweselają esesmanów.
Dina wciąż myśli o akwarelach, które namalowała w obozie. Pewnie niszczeją ukryte w jakimś magazynie, zbędne. A przecież tylko dzięki nim mama dożyła 82 lat, a ona ma dzieci i wnuki. Żali się córkom, że nie może spać. To przez te prace. Gdy je odzyska, skończy się bezsenność.
Zimna wojna skończona, postkomuniści naśladują Zachód. Dina nie ma wątpliwości. Totalitarna Polska aresztowała portrety, wolna zwróci.
Ale muzeum jest głuche na jej żądania. W kółko to samo. Akwarele - nabyte jako anonimowe, legalnie i w dobrej wierze – muszą pozostać w Auschwitz. To część obozowego dziedzictwa, dokumentacja zbrodniczej działalności doktora Mengele.
To się w głowie nie mieści. Czy w Polsce naprawdę zmienił się ustrój?
Dina nie ustępuje i umawia się z amerykańskimi dziennikarzami, którzy w gazetach i na portalach ogłaszają, że muzeum Auschwitz-Birkenau przetrzymuje zrabowaną sztukę. Gdy okradziona pyta, jakim prawem, dyrekcja mówi o wyższości dobra publicznego nad własnością prywatną. Stalinowskie stereotypy: człowiek nieważny, ważne państwo.
Co się tam u nich wyprawia? Ostatnio, podczas obchodów pięćdziesiątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz, prezydent Lech Wałęsa nie wykrztusił słowa Holokaust. W programie zabrakło czasu na modlitwę za pomordowanych Żydów. Dlatego w przerwie obiadowej niektórzy żydowscy uczestnicy pojechali do Birkenau. Przy ruinach krematorium Elie Wiesel, Szewach Weiss i Jean Kahn odmówili kadisz. Przysłuchiwał się prezydent Niemiec Roman Herzog.
Polacy nie dają szans, by zmienić o nich opinię.
Media łatwo się rozpędzają i pobrzękują szabelką. Polska – chce tego, czy nie – jest teraz częścią zachodniego świata. W kapitalizmie szanuje się własność. Jeśli postkomuniści marzą o przystąpieniu do NATO, to niech przedtem zwrócą akwarele.
Dina ma sojuszników. Zachód już dawno uznał godność ocalonych. Teraz nie oskarża się ich o tchórzostwo, nie stanowią krępującego wyrzutu sumienia, nie gaszą towarzyskich konwersacji. Wojenne wspomnienia są w cenie. Borowski, Levi, Wiesel, Kertesz nie wyczerpali tematu. Wydawcy zamawiają nowe autobiografie, wytwórnie świeże scenariusze, a dokumentaliści przepytują świadków.
Taka moda. Popkultura stanęła po stronie prześladowanych, odkąd w cztery kolejne styczniowe wieczory 1978 amerykański kanał NBC wyemitował serial „Holocaust” z Meryl Streep. Odcinki (razem ponad dziesięć godzin) opowiadały o losach rodziny Weiss, zasymilowanych niemieckich Żydów.
Krytycy schłostali serial, nadal chłoszczą. Niewiarygodny i trywialny, pełen historycznych błędów, obraźliwy dla ocalonych. W dodatku stacja przerywała emisję reklamami. Czy to etyczne, zbijać kasę na tragedii?
Profesor Jeffrey Goldfarb, amerykański socjolog: - Marny serial, niemal opera mydlana, w parę dni dostarczył 120 milionom Amerykanów więcej informacji o Zagładzie, niż dotarło do nich przez dziesięciolecia. Przyniosło to istotne skutki polityczne, estetyka była drugorzędna.
Goldfarb od lat wykłada w New School for Social Research. Uczelnię w 1919 roku założyła grupa intelektualistów w proteście przeciw naruszaniu autonomii badań naukowych (nowojorski uniwersytet Columbia narzucił badania dla armii). Gdy do władzy doszedł Hitler, szkoła stała się przystanią dla 170 europejskich naukowców uciekających przed faszyzmem. Na Uniwersytecie na Wygnaniu wykładali między innymi Hannah Arendt, Erich Fromm, Claude Levi-Strauss, Jacques Maritain i Roman Jakobson.
Nowy czas, inne wyzwania. Co najmniej od dwudziestu lat w Stanach, Europie, Ameryce Południowej i Afryce dokonuje się rozrachunków. Stąd nakaz utrwalania trudnej przeszłości.
Amy Sodaro, doktorantkę w New School, interesuje memorializacja. A po ludzku: jak pomniki okrucieństw i muzea prezentują to, co pamiętamy. Przyjrzała się kilku placówkom, w tym Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Zastanowiło ją, dlaczego amerykańskie władze wyłożyły na nie dolary, skoro Zagłada dokonała się w Europie.
Amy Sodaro: - Przyczyny były czysto polityczne. Jimmy Carter, kandydat demokratów na prezydenta, tracił poparcie żydowskiego elektoratu. Dlatego rzucił pomysł, by upamiętnić Holokaust.
Amerykańska opinia publiczna miała wątpliwości. „Owszem, walczyliśmy w drugiej wojnie, jednak Zagłada to nie nasze doświadczenie” - powtarzano.
Jeffrey Goldfarb: - Mini serial NBC wyznaczył moment, w którym Holokaust przestał być w Stanach wyłącznie częścią pamięci żydowskiej.
Amy Sodaro: - Wystawa zaczyna się i kończy informacją, że Amerykanie wyzwalali obozy koncentracyjne w Niemczech. Sporo miejsca zajęły dzieje powojennej emigracji żydowskiej do USA. To amerykanizuje Zagładę.
Scenariusz ekspozycji kojarzy się z konwencją filmową. Narodziny państwa Hitlera – zło, walka i wyzwolenie przez Amerykanów – dobro. A po drodze drastyczne slajdy. Ilustrują zjawiska, które po kolei przeczą amerykańskim wartościom.
Amy: - Przekaz jest jasny. Amerykański pluralizm i wolność słowa nasza to broń przeciw groźbie kolejnego ludobójstwa. Po wizycie w muzeum moralnie odmieniona, pełna emocji publiczność ma wołać z mocą: brońmy demokracji.
Placówka przy Mall to w Stanach jedno z najtłumniej odwiedzanych muzeów. Dina oznajmia krytyczce sztuki Dorze Apel, że jej córki i wnuki nie zobaczą akwarel, bo nigdy nie odwiedzą Polski. Do Waszyngtonu rodzina ma bliżej.