Książka

Mikołaj Łoziński
Książka
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2011
    123x197
    190 stron
    ISBN: 978-83-08-04587-9

W tej opowieści postaci nie noszą imion: są ojcem, dziadkiem, starszym bratem lub młodszym synem, co sprawia, że odrywają się one od konkretnych tożsamości i mocno zarysowanych w Książce realiów społeczno-politycznych, koncentrujących się zwłaszcza na powojennej sytuacji polskich Żydów. Anonimowość bohaterów w największym stopniu jednak tłumaczy pozbawiony indywidualnego piętna tytuł – Książka. Decydując się na niego, Mikołaj Łoziński przypomina, iż każda pierwsza opowieść, jaka powstaje w głowie pisarza, to historia rodzinna, i nawet jeśli ostatecznie nie stanie się – jak w tym przypadku – pierwszym opublikowanym dziełem, to i tak wciąż będzie tkwiła w pamięci. Pozostanie „księgą pierwszą”, źródłem światopoglądu, wartości, zespołem narzędzi, za pomocą których porządkuje się rzeczywistość.
Mimo iż autorowi najbliższa, historia rodzinna wcale tak łatwo nie poddaje się procesowi racjonalizacji, nawet jeśli ujmie się ją w sprawdzoną konwencję sagi. Łoziński tego nie robi: składa swoją opowieść z krótkich fragmentów, zaburza ich chronologię, więcej zasłania niż odsłania i nie stara się nawet udawać, że powiedział wszystko. Buduje te fragmenty wokół słów-kluczy, a te wskazują na dowolnie wybrane przedmioty, pojęcia, członków rodziny. Nawet tych ostatnich można zastąpić kimś innym, bo rodzina lubi rotacje: pojawia się więc w opowieściach alternatywna – kolejna – babcia czy matka, którą trzeba uwzględnić, choćby wiązało się z jeszcze większym skomplikowaniem opowieści. I tak już skomplikowanej, z powodu tła, na którym się rozgrywa: z powodu zaburzeń czasowych i rozległości przestrzennej. A także z powodu licznej obsady. Oraz ingerencji bohaterów w to, co można przekazać, co koniecznie powiedzieć należy, żeby dotrzeć do sedna życiowych zawirowań albo ukazać zmiany w charakterze postaci.
Więcej w tej krótkiej księdze rozgrywa się między wierszami, ale to, co zostaje, tworzy obraz wystarczająco wymowny i poruszający. Jest on dowodem na to, że pierwsza opowieść nie potrzebuje wielu słów, lecz wymaga tylko właściwego ich doboru.

- Marta Mizuro

Fragment

8
Telefony często się psują, więc moi rodzice nie denerwują się, kiedy nie ma sygnału w słuchawce. Są na czterdziestych urodzinach przyjaciółki z jednej klasy w liceum. Mówią, że zejdą na chwilę na dół do budki. Narzucają na siebie ciepłe kurtki. Chcą tylko sprawdzić, czy mój brat, jak się umówili, wrócił przed północą do domu. I czy wszystko w porządku ze mną, bo pierwszy raz zostawili mnie samego.
Ale automat w budce też jest głuchy.
Mój brat w tym samym czasie wraca, zataczając się, z pierwszej w życiu imprezy. Nie dziwi go wcale, że po drodze widzi żołnierzy i jeden wóz opancerzony.
Podobno nawet się nie obudziłem, kiedy rodzice i brat wrócili do domu i weszli, jeszcze w kurtkach, do mojego pokoju.

9
Po rozstaniu moich rodziców w 1983 roku dziadek przestaje dzwonić do taty. Zakazuje mu też dzwonić do siebie.
Bo u dziadka spotyka się raz w tygodniu redakcja największego pisma podziemnej Solidarności, a tata mieszka teraz u francuskiej dyplomatki, która na pewno ma w domu podsłuch.
Żona dziadka gotuje dla dziewczyn z redakcji obiady. Przygotowuje im też jedzenie na wynos w dokładnie opisanych plastikowych pojemnikach: rosół chiński z grzybem mun i makaronem sojowym, szynka w sosie koperkowym, groszek z marchewką młodą, rolada z nereczką, sztuka mięsa w sosie chrzanowym, soczewica na boczku, mus jabłkowy, babka drożdżowa. Na każdym pojemniku przykleja karteczkę, na przykład na polędwicy wołowej nacieranej musztardą: wstawić do piekarnika 175 stopni na 30 min.
Kartki na jedzenie redakcja dostaje od swoich czytelników.
Dziadek bierze żywy udział w rozmowach przy stole. Przestrzega tylko jednej zasady: nie doradzać.
– Wy dzisiaj wiecie lepiej – powtarza.
Zresztą redaktorka naczelna to córka jego dawnego towarzysza jeszcze z wojny w Hiszpanii.
– Przepraszam – dziadek przez nieuwagę czasem przewraca kieliszek z winem albo dzbanuszek z sosem.
W czasie jednego z obiadów ma wylew i zabiera go pogotowie. Po paru dniach może już chodzić i telefonować z automatu przymocowanego do obdrapanej ściany szpitalnego korytarza.
– Cieszę się, synu – mówi do słuchawki – że nareszcie będziemy mogli sobie spokojnie pogadać.
Nie przeszkadza mu nawet sympatyczny kobiecy głos powtarzający: rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana.

10
W nocy podjeżdżamy pod sklep spożywczy. Mój starszy brat prowadzi volkswagena garbusa, którego tata zostawił mu po wyjeździe. Ja siedzę z tyłu z czarno-białymi trampkami na siedzeniu. Nie wolno mi kłaść ich na podłodze – jest tak zardzewiała, że prześwituje przez nią ulica. Nie wolno mi też jeszcze siadać z przodu.
Trzymam na kolanach specjalnie przygotowany telefon.
Mój brat wysiada, ale nie wyłącza silnika. Podchodzi do zamkniętych na kłódkę drzwi, odbija się w ciemnej witrynie sklepu. Rozgląda się – nikt nie idzie. Na jego znak opuszczam szybę i ostrożnie podaję mu kabel telefonu, który na końcu zamiast wtyczki ma wbite dwie szpilki. Bierze go i precyzyjnie wkłuwa się szpilkami w przewody biegnące po ścianie budynku.
Potem wraca do samochodu. Podnosi szybę, aż przytnie nią kabel, żebyśmy mogli w każdej chwili z nim odjechać.
 – Wykręcaj – mówi.
Prócz naszego, słychać też sklepowy telefon, kiedy wykręcam z pamięci długi trzynastocyfrowy numer.
Po czterech sygnałach tata podnosi słuchawkę. Opowiadam mu, że mama pojechała na obóz feministyczny, że przez tydzień mieszkam u brata. Na ósmym piętrze, w dawnym mieszkaniu babci, z którego widać fabrykę cukierków. Opowiadam, jak brat rano zawozi mnie do szkoły na motorze. Jak na śniadania i kolacje pijemy sok z zielonych winogron i jemy tosty z kwadratowymi serkami kiri. Nie, nie martw się, tato. Nie zapłacimy majątku za tę rozmowę. A kiedy przylecisz z Francji? Bo musisz zobaczyć, skąd do ciebie dzwonimy.

11
Tacie przecinają przewody telefoniczne miesiąc po powrocie do Polski. Na dwa tygodnie przed pierwszymi wolnymi wyborami prezydenckimi w 1990 roku.
Wrócił, żeby robić kampanię telewizyjną urzędującego premiera pierwszego demokratycznego rządu.
W tym samym tygodniu włamują mu się też do samochodu. Z bagażnika giną kasety wideo ze wszystkimi materiałami filmowymi. W tym kaseta gotowa do jutrzejszej emisji.
Wie, że nie zdążą już nic nakręcić ani zmontować. W dodatku następny dzień to święto – 11 listopada. Koło północy wpadają na pomysł, żeby zastąpić skradzioną piętnastominutową audycję napisem:
„Powaga niektórych dni wymaga zaprzestania walki politycznej. Najgodniej uczcić je po prostu milczeniem. Takim właśnie dniem jest Narodowe Święto Niepodległości”.
Po pierwszej w nocy jadą do kancelarii premiera. Nagrywać materiał na 12 i 13 listopada. W czasie długiego wyborczego orędzia premier cały czas zdejmuje i zakłada okulary. Tata parę razy bardzo go prosi, żeby tego nie robił – bo później będzie miał kłopot z montażem.
Ale to nic nie pomaga. Tata w końcu nie wytrzymuje:
– A pan w ogóle chce być prezydentem czy nie? – pyta.
– Przecież pan wie – mówi premier – że nie.
– To po co pan startuje?
– Pan dobrze wie, że mnie przyjaciele prosili.
Po przegranych wyborach przyjeżdża żona taty i mój młodszy brat. Mają teraz ten sam numer co wcześniej dziadek. Wyrzucają stary aparat dziadka z długim poskręcanym sznurem i kupują nowy – bezprzewodowy biały telefon z automatyczną sekretarką.
– Synku, czy mógłbyś zadzwonić do nas, a ja specjalnie nie będę odbierał. Nie musisz zostawiać wiadomości. Tylko posłuchaj mojego nagrania i powiedz, czy jest OK.
Dzwonię. Włącza się sekretarka. Głos taty. Dzień dobry, tu numer 22 05 07, po sygnale dzwiękowym zostaw wiadomość. Dziękujemy. Vous êtes bien au 22 05 07, laissez-nous un message après le bip sonore. Merci.
Nie zostawiam wiadomości. Tata po chwili oddzwania:
– I co, synku? Jak ci się podobało?
– OK, w porządku.
– Ale to jednak wciąż nie było to, prawda? Zadzwoń teraz. Posłuchasz, jak zmieniłem. Nie ma już „po sygnale dźwiękowym”. Jest po prostu „po sygnale”, bo każdy przecież wie, że dźwiękowym i nie trzeba tego mówić. Tak samo z „tu numer”, wystarczy samo „tu”. Dzień dobry, tu 22 05 07, po sygnale dźwiękowym, to znaczy bez dźwiękowym, zostaw wiadomość.
Po minucie znów dzwoni.
– Lepiej, co?
– Tak, o wiele.
– Kochany jesteś, że tak pomagasz tacie. To jeszcze tylko raz zadzwoń. Ostatni. Ostateczna wersja. Zamiast numeru na początku nagrałem jednak nasze imiona.