Lekka przesada

Adam Zagajewski
Lekka przesada
  • a5
    Kraków 2011
    248 stron
    145x205
    ISBN: 978-83-61298-29-8

Najnowsza eseistyczna książka Zagajewskiego jest analizą kondycji tak wysiedleńca, osoby, dla której nie może być miejsca w tym świecie, jak i potomka wysiedleńców, który tym coraz bardziej powszechnym dziedzictwem utraty musi gospodarować. Poeta wraca więc do Lwowa, sięga do swoich ulic w rodzinnych Gliwicach i kolejnych miastach, w których przyszło mu mieszkać. W Lekkiej przesadzie Zagajewski mocuje się ze spadkiem po ojcu, którego ciało wciąż trzyma się mocno, choć opuszczone zostało przez silny, ścisły umysł, zostało puste. Syn profesora politechniki wybrał inny język i tym językiem napełnia kształt nieludzko czystego, doskonałego ojca. Syn został poetą z zamiłowaniem do rozlewnych esejów mierzących się z pojęciami dobra i piękna. Postać ojca, wywoływana z przeszłości, postać profesora ostrym jak nożyk językiem nakłuwa balon podniosłości, jakim jest twórczość syna. Syn-poeta niesie na plecach garb wygnania, ale potrafi poradzić sobie z tym ciężarem i przemienić go w nadzwyczajny dar. Rozmowa z żywym-nie-żywym ojcem jest dla Zagajewskiego szansą na obronę nie tyle bezdomności, ile możliwości zagnieżdżenia się poza materią. Przestrzeń poezji, a nawet więcej: sztuki, ocala potomka wygnańca, pozwala mu zdobyć inne niż lokalne obywatelstwo. Zagajewski żarliwie broni republiki kultury wysokiej, choć zdarza mu się wypowiadać i na temat zjawisk z zakresu kultury popularnej, ale są to opowieści tak odległe, tak zamglone i mało warte uwagi, że szybko nikną z zasięgu wzroku. Lekka przesada jest deklaracją możliwej, choć przesadnej wzniosłości. Przesada poetycka, wyniosłość polityczna pozwala Zagajewskiemu na uporządkowanie własnej i cudzych historii. Wadząc się z ojcem, który po cichu aprobował odmienność syna, Zagajewski mości się w krainie, którą unosi ponad ograniczające wolność społeczeństwo.

- Anna Marchewka 

Fragment

Mój ojciec od wielu lat choruje, słabnie, odchodzi; od kilkunastu miesięcy znajduje się już praktycznie poza światem. Powoli umiera, chociaż wszystkie główne organy jego niespożytego organizmu – ma teraz 97 lat – są w dobrym stanie. Ale całkowicie stracił pamięć, już nie wstaje z łóżka. Nikogo nie poznaje. Musi być karmiony, myty. Myślę o nim dawniejszym, człowieku uczynnym, dobrym, dowcipnym. Nie wiem czemu, ale przypomina mi się teraz odpowiedź, jakiej udzielił jakieś dziesięć lat temu  dziennikarzowi, który przeprowadził z nim wywiad, opublikowany w miesięczniku „Śląsk”. Głównym tematem rozmowy były wspomnienia związane z przeprowadzką (deportacją) ze Lwowa na Śląsk – jego własną, ale też i innych pracowników politechniki, którzy musieli wtedy zamienić barokowe miasto wzgórz, cerkwi i kościołów na pruskie ceglane mury Gliwic albo Wrocławia. Ojciec już wtedy, kiedy odbyła się ta rozmowa, był jednym z ostatnich żyjących jeszcze weteranów tej wielkiej, niechcianej przeprowadzki, podróży wysiedlonych. Natomiast w momencie, gdy się ta podróż odbywała, należał do najmłodszych – razem z nim przemieszczali się profesorowie, docenci, podczas gdy on dopiero zaczynał swoją akademicką drogę. Wysłannik pisma „Śląsk” musiał być nieźle zorientowany także w moich książkach, w jakimś momencie zapytał bowiem ojca, co on sądzi o pewnym fragmencie z mojego szkicu Dwa miasta. I przytoczył kilka zdań z mojego tekstu – o tym, że ludzie dzielą się na osiadłych, emigrantów i bezdomnych, i o tym, którzy z nich kochają malarstwo, a którzy muzykę, najbardziej przenośną ze sztuk. (Dosłownie: „Muzyka została stworzona dla ludzi bezdomnych, gdyż najmniej ze wszystkich sztuk wiąże się z miejscem… Malarstwo jest sztuką ludzi osiadłych, którzy lubią kontemplować swoje rodzinne strony. Portrety umacniają ludzi osiadłych w przekonaniu, że naprawdę żyją…”) Mój ojciec nigdy nie lubił języka, w którym pojawiają się metafory. Był – posługuję się czasem przeszłym, bo jego umysł już zgasł – inżynierem, człowiekiem poznania empirycznego, z pewnością sprzyjał postulatom filozofii pozytywistycznej, surowym wymaganiom Koła Wiedeńskiego, chciał, żeby wszystko, o czym się mówiło, dało się dokładnie wymierzyć. Był trzeźwym inżynierem – lubiącym czytać książki historyczne, lubiącym też bardzo malarstwo. Malarstwo podobało mu się, kochał (on sam nie użyłby tego słowa, skoro nawet swoim dzieciom nigdy nie umiał powiedzieć, że je kocha) obrazy impresjonistów, na których rozpościerały się kwitnące łąki i ciche, podparyskie miasteczka. A ja, z moją pasją pisania wierszy i esejów, niestroniących od tropów poetyckich, musiałem przysparzać mu zmartwień: on bowiem, podobnie jak spora część ludzkości, uważał, że język nieco bogatszy, nasycony porównaniami, był często językiem kłamców, a w każdym razie mógł się nim stać. Kto nasycał jeżyk figurami retorycznymi, kto pokazywał emocje, kto wprowadzał do języka elementy zrodzone z inwencji, improwizacji, kto kołysał językiem tak, jak można rozkołysać drzewo, zbliżał się niebezpiecznie do kłamstwa. Ojciec był człowiekiem uczciwym, absolutnie uczciwym. Był uosobieniem prawości – tak też widziano go na gliwickiej politechnice, tak wspominają go jego niezliczeni studenci. Mnóstwo czytał, głównie pamiętniki – tony pamiętników, wspomnienia generałów i inżynierów, bankierów i ministrów – ale też liczne książki historyczne i sporo powieści. Jestem jednak przekonany, że te stronnice, z których autorzy byli najbardziej dumni, te poetyckie strony, gdzie kłębiły się hiperbole i porównania, synekdochy i litoty, strony, będące wyznaniem wiary powieściopisarza, ojciec po prostu opuszczał, szybko przebiegał przez nie wzrokiem, czekając, aż autor się uspokoi i wróci do zwyklejszego trybu opowiadania. Wyobrażam sobie, że pytanie tego dziennikarza, zawierające w dodatku cytat  ze szkicu napisanego przez jego syna, musiało go wprowadzić w niemałe zażenowanie. Nie mógł przecież po  prostu odtrącić słów napisanych przez własnego syna. Wiedział, że to, co powie, zostanie zanotowane i za jakiś czas pójdzie do druku. Byliśmy w najlepszych stosunkach, fakt, że ja znalazłem się wśród ludzi posługujących się – niekiedy – metaforami, zupełnie mu na co dzień nie przeszkadzał. Myślę nawet, że w pewien właściwy mu sposób, czyli w sposób bardzo dyskretny, sprawiało mu to przyjemność. Co innego jednak „społeczna sytuacja” jego syna, a co innego zdania, które  kazano mu teraz skomentować. Jestem pewien, że zamilkł, zapadła cisza, że dziennikarz czekał, aż ojciec sformułuje swoją odpowiedź, może nawet na chwilę wyłączył magnetofon, może już stracił nadzieję, że odpowiedź nadejdzie. Wreszcie mój ojciec powiedział, zapewne lekko zachrypniętym głosem, jak zawsze, kiedy był zakłopotany: to jest lekka przesada. Lekka przesada. Kiedy to przeczytałem, wybuchnąłem śmiechem, tak bardzo tak doskonale wyrażało to jego poglądy na poezję, na, na cały ten dziwny świat, w którym zniknął jego syn. Lekka przesada. Tak inżynierowie myślą o poezji. Nie ma w niej nic złego, uważają inżynierowie, w zasadzie poezja nie musi – choć może – prowadzić do kłamstwa, do pięknoduchostwa, do zniewieściałości, ale przede wszystkim można jej zarzucić, że jest przesadą. Lekką przesadą. Jest przesadą, niepotrzebnie pogrubia kreski i linie rzeczywistości, sprawia, że rzeczywistość dostaje gorączki.  
 
Lekka przesada – to właściwie bardzo dobra definicja poezji. Doskonała definicja poezji na dni chłodne i mgliste, dni, kiedy poranek wstaje późno i na próżno obiecuje obecność słońca.   Jest lekką przesadą, póki się w niej nie zadomowimy. Wtedy staje się prawdą. A potem, kiedy ponownie z niej wyjdziemy – bo nikt nie potrafi w niej zamieszkać na stałe – znowu staje się lekką przesadą.