Ziarno prawdy

Zygmunt Miłoszewski
Ziarno prawdy
  • W.A.B.
    Warszawa 2011
    448 stron
    123 x 195
    ISBN: 978-83-7747-528-7

Pierwsza powieść kryminalna Zygmunta Miłoszewskiego, zatytułowana Uwikłanie, odniosła spory sukces, została doceniona zarówno przez krytyków literackich, jak i czytelników. Zgarnęła prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru dla najlepszego polskiego kryminału, na jej podstawie nakręcono film w gwiazdorskiej, jak na polskie warunki, obsadzie. Druga książka z serii o perypetiach prokuratora śledczego Teodora Szackiego, Ziarno prawdy, potwierdza, że ten sukces nie był dziełem przypadku.
W Ziarnie prawdy Miłoszewski rozwija klasyczny schemat stróża prawa po przejściach. Szacki, świeżo rozwiedziony, na własne życzenie przenosi się z Warszawy do Sandomierza, chcąc na nowo ułożyć sobie życie. Szybko zdaje sobie sprawę, że popełnił błąd. Prowincjonalne, senne miasteczko, w którym nic się nie dzieje, coraz bardziej nudzi go i frustruje. Oczywiście, do czasu pojawienia się sprawy na miarę jego oczekiwań i ambicji. W krótkich odstępach czasu zostają zamordowani: miejscowa działaczka społeczna, jej mąż polityk oraz lokalny biznesmen o wyraźnie prawicowych poglądach. Modus operandi sprawcy wskazuje na mord rytualny, co w mieście, w którym relacje polsko-żydowskie były wyjątkowo bolesne i powikłane, jest kwestią wysoce drażliwą. Prokurator długo daje się zwodzić zabójcy, podsuwającemu organom ścigania fałszywe tropy, koniec końców jednak go dopada, a motywy zbrodni okazują się banalnie oczywiste.
Autor Uwikłania potrafi wykreować ciekawą postać głównego bohatera i pewną ręką poprowadzić powikłaną, trzymającą do ostatniej strony w napięciu intrygę kryminalną. Do swoich powieści dodaje jeszcze coś więcej, co sprawia, że są one czymś więcej niż zwykłymi kryminałami. Co to takiego? Refleksja nad problemami, z którymi wciąż – bezskutecznie – zmaga się polskie społeczeństwo. W Uwikłaniu była to sprawa lustracji i trudnych rozliczeń z PRL-wską przeszłością, w Ziarnie prawdy – antysemityzmu i wciąż niezamkniętych polsko-żydowskich rachunków.
Rzecz ujmując krótko: Miłoszewski nie tylko dostarcza czytelnikowi lekturowej rozrywki, ale też zmusza go do refleksji. A to potrafią zrobić jedynie prawdziwi mistrzowie prozy gatunkowej.

- Robert Ostaszewski 

Fragment

Sąd był brzydki. Jego bryła mogła się wydawać nowoczesna, kiedy powstawała w latach dziewięćdziesiątych, teraz przypominała cygański pałac, przerobiony na gmach użyteczności publicznej. Schodki, chromy, zielony kamień, połamane płaszczyzny – budynek nie pasował ani do otaczającej go architektury, ani do samego siebie, w jego zielonym kolorze było coś przepraszającego, jakby próbował ukryć własną brzydotę na tle cmentarnych drzew. Sala rozpraw konsekwentnie rozwijała stylistykę gmachu, najbardziej rzucającym się w oczy elementem pomieszczenia, przypominającego salę konferencyjną w podrzędnej korporacji, były zielone, szpitalne wertikale.
Skrzywiony, zniesmaczony Szacki wyrzekał w myślach na otoczenie, nawet kiedy już w todze usiadł na miejscu przeznaczonym dla prokuratora. Po drugiej stronie miał oskarżonego i jego adwokata. Hubert Huby był miłym siedemdziesięciolatkiem. Miał gęste, jeszcze szpakowate włosy, okulary w rogowych oprawkach i uroczy, skromny uśmiech. Jego obrońca, zapewne z urzędu – obraz nędzy i rozpaczy. Toga niedopięta, włosy nieumyte, buty niewypastowane, wąsy nieprzystrzyżone, budził podejrzenie, że śmierdzi. Tak jak cała sprawa, myślał z rosnącą irytacją Szacki, dla którego dokończenie wszystkich spraw poprzednika było warunkiem otrzymania posady w Sandomierzu.
W końcu pojawiła się sędzia. Siksa, wyglądała, jakby dopiero co zrobiła maturę, ale przynajmniej proces się zaczął.
- Panie prokuratorze? – sędzia uśmiechnęła się do niego miło po dopełnieniu formalności, w Warszawie żaden sędzia się nie uśmiechał, jeśli już to złośliwie, kiedy przyłapał kogoś na nieznajomości przepisów.
Teodor Szacki wstał, odruchowo poprawił togę.
– Wysoki sądzie, urząd prokuratorski podtrzymuje tezy z aktu oskarżenia, oskarżony przyznał się do wszystkich zarzucanych mu czynów, jego wina nie budzi wątpliwości w świetle jego własnych zeznań i zeznań poszkodowanych kobiet. Nie chcę przedłużać sprawy, wnoszę o uznanie oskarżonego winnym, że kierując się podstępem, doprowadził wielokrotnie inne osoby do poddania się innej czynności seksualnej, co wyczerpuje znamiona czynu opisanego w artykule 197-ym paragraf dwa kodeksu karnego i wnoszę o wymierzenie kary sześciu miesięcy pozbawienia wolności, co, zaznaczam, jest dolną granicą kary przewidzianej przez ustawodawcę.
Szacki usiadł, sprawa była ewidentna, chciał tylko, żeby to się skończyło. Specjalnie zażądał najniższego możliwego wyroku, nie miał ochoty na dyskusje. W myślach bez przerwy układał plan przesłuchania Budnika, żonglował tematami i pytaniami, zmieniał ich kolejność, starał się przewidzieć scenariusze rozmowy, przygotować się na wszystkie warianty. Wiedział już, że Budnik kłamał w sprawie ostatniego wieczoru, jaki spędził z żoną. Ale wszyscy kłamią, to ich jeszcze nie czyni mordercami. Mógł mieć kochankę, mogli się pokłócić, mogli mieć ciche dni, mógł pić z kumplami. Wróć, kochankę trzeba skreślić, jeśli Sobieraj i Wilczur mówili prawdę, to był najbardziej zakochanym człowiekiem świata. Wróć, niczego nie można skreślić, to jakiś małomiasteczkowy zblatowany układ, nie wiadomo kto, dlaczego i po co mu coś opowiada. Wilczur nie budzi zaufania, Sobieraj była przyjaciółką rodziny.
– Panie prokuratorze – ostry głos sędzi wyrwał go z letargu, zdał sobie sprawę, że słyszał co trzecie słowo z mowy obrońcy.
Wstał.
– Tak, wysoki sądzie?
– Mógłby się pan ustosunkować do stanowiska obrony?
Kurwa mać, nie miał najmniejszego pojęcia, jakie jest stanowisko obrony. W Warszawie, poza wyjątkowymi przypadkami, sąd nie pytał o zdanie, wysłuchiwał znudzony stron, znikał, wydawał wyrok, załatwione, następny, proszę.
W Sandomierzu sędzia była litościwa.
– Żeby zmienić kwalifikację czynu na artykuł 217-ty, paragraf pierwszy?
Szackiemu wyświetliła się przed oczami treść przepisu. Spojrzał na obrońcę jak na wariata.
– Ustosunkuję się, że to chyba żart. Pan mecenas powinien zapoznać się z podstawowymi interpretacjami i orzecznictwem. Artykuł 217-ty dotyczy naruszenia nietykalności cielesnej i właściwie stosuje się go tylko do łagodnych bójek lub kiedy jeden polityk trzaśnie drugiego po gębie. Oczywiście rozumiem intencje obrony, naruszenie nietykalności jest ścigane z oskarżenia prywatnego, a zagrożenie karą to najwyżej rok. Nie ma porównania z molestowaniem, za które grozi od pół roku do ośmiu lat. A to właśnie robił pański klient, panie mecenasie.
Obrońca wstał. Spojrzał pytająco na sędzię, dziewczyna skinęła głową.
– Chciałbym też przypomnieć, że w wyniku mediacji prawie wszystkie poszkodowane wybaczyły mojemu klientowi, co powinno skutkować umorzeniem postępowania.
Szacki nie czekał na pozwolenie.
– Jeszcze raz: proszę przeczytać kodeks, mecenasie – warknął. – Po pierwsze, „prawie” robi wielką różnicę, a po drugie, umorzenie w wyniku mediacji ma zastosowanie tylko do przestępstw zagrożonych karą do trzech lat pozbawienia wolności. Pan może co najwyżej wnioskować o nadzwyczajne złagodzenie kary, która i tak jest śmiesznie niska, biorąc pod uwagę wyczyny pańskiego klienta.
Mecenas uśmiechnął się i rozłożył ręce w geście zdziwienia. Za dużo filmów, za mało fachowych lektur, skomentował w myślach Szacki.
– Ale czy komuś stała się krzywda? Czy komuś było nieprzyjemnie? Ludzkie sprawy, dorośli ludzie...
Szackiemu spłynęła na oczy czerwona zasłona. Policzył w myślach do trzech, żeby się uspokoić. Zaczerpnął powietrza, wyprostował się, spojrzał na sędzię. Przytaknęła, zaciekawiona.
– Panie mecenasie, urząd prokuratorski jest zdumiony zarówno pańską nieznajomością prawa, jak i cywilizowanych obyczajów. Przypominam, że oskarżony Huby przez wiele miesięcy chodził po domach w powiecie sandomierskim, wyposażony w kitel oraz lekarską torbę, podając się za lekarza. Już to jest karalne. Podawał się za specjalistę od, cytuję, „mammografii palpacyjnej” i proponował badanie profilaktyczne, chcąc doprowadzić kobiety do obnażenia się i udostępnienia mu swoich wdzięków. Co podchodzi pod definicję gwałtu. I chciałbym też przypomnieć, że większość „pacjentek” zapewniał o dobrym stanie ich biustów, co nie musiało być prawdą i mogło doprowadzić do zaniechania badań profilaktycznych i poważnych problemów zdrowotnych. Zresztą jest to główny powód, dla którego jedna z poszkodowanych nie zgodziła się na mediację.
– Ale u dwóch pań wyczuł guz i skłonił je do leczenia, które w konsekwencji uratowało im życie – zaripostował z emfazą adwokat.
– To niech te panie ufundują mu nagrodę i przysyłają paczki. (…)
Widział, że sędzia powstrzymała parsknięcie śmiechem.