Drwal

Michał Witkowski
Drwal
  • Świat Książki
    Warszawa 2011
    130x214
    440 stron
    ISBN: 978-83-7799-083-4

Ostatnimi czasy polscy pisarze chętnie sięgają po konwencję kryminalną, wykorzystując coraz lepszą koniunkturę na tę odmianę prozy. Niektórzy podchodzą do kryminału na poważnie, inni traktują go z mocnym przymrużeniem oka, jak Michał Witkowski w najnowszej książce. Drwal jest bardzo swobodną, autotematyczną wariacją kryminalną. Bohater powieści, Michał Witkowski (jakżeby inaczej), późną jesienią jedzie do leśniczówki położonej niedaleko popularnego nadmorskiego letniska Międzyzdroje, by tam w ciszy i spokoju napisać kryminał, który ma przynieść mu sławę oraz pieniądze. Pisanie idzie mu kiepsko, bo uwagę koncentruje głównie na swoim gospodarzu, mężczyźnie ekscentrycznym i tajemniczym. Michał wpada na trop mrocznej sprawy sprzed lat, która zmieniła życie nie tylko właściciela leśniczówki, ale również innych, znanych narratorowi-bohaterowi (w końcu to stały bywalec tego kurortu) mieszkańców Międzyzdrojów. Zaczyna się śledztwo, prowadzone w sposób nawet nie tyle ekscentryczny, co po prostu dziwaczny i na pozór bezsensowny…
Jednak wątek kryminalny w gruncie rzeczy nie jest w tej powieści najistotniejszy. Stanowi jedynie coś w rodzaju katalizatora fabuły, wyzwalacza opowieści. Nową powieść Witkowskiego potraktować można jako swego rodzaju antologię tematów i motywów charakterystycznych dla pisarstwa autora bestsellerowego Lubiewa. Jest więc w Drwalu coś z prozy gejowskiej (wątek fascynacji bohatera miejscowym "lujem", zwykłym dresiarzem), jest coś z socjologizującej (zestawienie Polski "pięknej", czyli Międzyzdrojów w sezonie letnim, z Polską "brzydką", czyli kurortem jesienią). Są też w powieści wspominki zgrzebnych, choć na swój sposób malowniczych czasów PRL-u. Nużące powtórki? Nic z tych rzeczy! Witkowski tematy, do których dobierał się już po wielokroć, "zliftingował" i "zremasteryzował", podkręcił, dodając do tego wszystkiego odrobinę kryminału (specyficznego), sporą dawkę humoru i podlewając całość gęstym sosem campu. Witkowski potwierdził (teraz chyba ostatecznie), że jak mało kto w naszej prozie potrafi opowiadać i czarować historiami. I mniejsza o kryminalne prawdopodobieństwo!

- Robert Ostaszewski

Fragment

Wreszcie otworzył mi nieco nieprzytomny drwal w zużytej, flanelowej koszuli w kratę i kalesonach. Widać nie uznawał pidżamy i wzorem bohaterów dramatów radzieckich sypiał w gaciach. Jaki kontrast z jego pstrokatą pseudoelegancją z czasów sezonu! Teraz był zdecydowanie prawdziwszy. Siwy, tygodniowy zarost i zmierzwione brwi. Włosy wyglądające z nosa i uszu, zero użycia trymetru. W przeciwieństwie do sezonu, już nikt by mu nie uwierzył, że ma czterdzieści pięć lat. Grubo po pięćdziesiątce!
Z pokoju dochodziły przedwojenne polskie przeboje. Już latem wspomniał, że ma gust nieco retro, tak się poznaliśmy, o ile można tu mówić o znaniu. Facetów od małych domków nigdy nie rozgryziesz. W knajpie jakimś cudem leciała Ordonka. On siedział przy barze i gapił się w swoje piwo, a ja wróżyłem z fusów mojej pozbawionej fusów kawy. Fajne, zagadał.
OK, odparłem, ja też lubię retro. Lubię to. Użytkownik Michał lubi to. Od słowa do słowa potoczyła się rozmowa. Nie kłamałem, lubiłem stare piosenki i stare pozy, miny oraz cały ten zmanierowany kram. Chociaż łatwo się przejadał i nudził, dusił. Ale byłem z pokolenia facebooka, wrzucałem i można było mi też wrzucić linka z czymś retro, zobaczę i zapomnę. A może właśnie nie, może właśnie to wszystko w nas zostaje, antologia powiększa się i pęka w szwach? Może pamiętamy każdego linka, każdą najgłupszą piosenkę?
Teraz stałem w drzwiach z walizką, a on gapił się, jakby zobaczył ducha, choć był uprzedzony. Miałem dla niego oryginalną płytę ebonitową z Zarą Leander po szwedzku, nagraną jeszcze przed tym, jak Hitler zrobił czystki w UFA i trzeba było ogłosić nabór w koloniach. I Zara sprowadzona została do hitlerowskich Niemiec jako naczelna diva posiadająca zamki i podróżująca z walizami pieniędzy (nie uznawała banków). Mocny stuff, jakiego nie znajdziesz na youtubie.
Odruchowo wyjrzał na ogród-polanę za moimi plecami. Zgasił latarnię nad drzwiami i polana znikła. Pośpiesznie zamknął za mną kratę na kłódkę, a potem jeszcze solidne, antywłamaniowe drzwi, aby nie naleciało zimna. Na trzy zamki. Poczułem się zamknięty.
Wiatrołap robił najwidoczniej za lodówkę, było w nim zimno, pachniało wilgocią, starą bramą i jedzeniem. Którego ukoronowaniem był wiszący na ścianie zając. (Konotacje: strzelba, myślistwo, kłusownictwo, jest uzbrojony?, za nic nie tknę tego ścierwa, nikt ci go nie proponuje, czy są tu wilki? Mam nóż, paralizator trzeba naładować!). Wisiał do góry nogami, uwiązany jak pęczek ziół, a z rozchylonego pyszczka wystawał różowy języczek. Jak zasuszony listek.
Bez słowa wziął płytę, odwrócił się do mnie plecami, kazał zdjąć buty, kurtkę i zostawić w wiatrołapie, po czym wszedł do pokoju, z którego dobiegały dźwięki przedwojennej piosenki, a ja ostatni raz rzuciłem okiem na zająca z wywalonym na wierzch języczkiem, szczelnie zamknąłem drzwi i wraz z obłoconą walizą wszedłem za nim do pokoju.



Buchnęło ciepłem, około piętnastu stopni różnicy w stosunku do wiatrołapu. W środku był inny świat. Zdawało mi się, że znalazłem się w dworku. Niby w dworku, a trochę jakby w dwudziestoleciu, co się znowu tak do końca nie wyklucza. Niby w dwudziestoleciu, a jakby jednak nieco w antykwariacie, bo za szybkami starych szaf stały starannie poukładane stare filiżanki z Ćmielowa oraz figurki z porcelany. Modernistyczne lampy w stylu bauchaus, gramofon na korbę najwyraźniej oryginalny, wszędzie porozwieszane jakieś kobierce, a nad tym wszystkim wisiała na ścianie karabela! W każdym razie jakaś szabla. I, niestety, zegar z kukułką. Nagle w tym całym dobrym guście coś tak... niemieckiego, a nawet szwajcarskiego, jak zegar z kukułką na baterie paluszki! W piecyku przygasał ogień. Ani telewizora, ani komputera, ani telefonu. A za to futerał ze złotą trąbą! I ten zapach! Czy wiecie, że ogień ma intensywny zapach? Ci z was, którzy w duszy są drwalami, wiedzą doskonale. Drwal to nie zawód, to stan umysłu. Znacie zapach rozgrzanych kamieni w saunie. Nosowy bas narzekał, że

gdy orkiestra zagra rzewne jakieś tango,
już fordanserkę biedną prosi ten i ów,
i muszę tańczyć z głupców tych falangą,
i muszę słuchać ich natarczywych słów...

Więc oto są problemy tego domu! Swoją drogą, jakie pedalskie było to dwudziestolecie, że faceci tacy jak Faliszewski śpiewali w rodzaju żeńskim o tym, że są fordanserkami i że muszą tańczyć z głupcami...
Pierwsze koty za płoty, ale dalej było jeszcze mnóstwo czarnych kotów, byłem skrępowany, usiadłem przy stole, zacząłem pić kawę, którą postawił przede mną, i mówić rzeczy w stylu: ale czad, cudnie, jak tu pachnie ogniem, starymi meblami i czymś jeszcze, jak tu przytulnie, a on nie mówił nic i jego milczenie stawało się coraz bardziej ostentacyjne. Umilkłem, żeby nie wyjść na durnia. I milczeliśmy. W końcu zapytał, czy nie będę miał nic przeciwko, żeby teraz się na chwilę położył na górze.

Ale zanim poszedł spać, dołożył jeszcze drewienek do wygasającej kozy, nadarł gazet i gazetek pornograficznych (był tu zamknięty sam na sam ze sobą, również ze swoją seksualnością drwala), wrzucił je na wierzch i poprosił mnie, żebym popatrzył, bo nie lubi spać, kiedy piecyk pali się niepilnowany.
- Chyba nikt tego nie lubi – ziewnąłem pod nosem, bo zrozumiałem już, że nie będzie się tu ode mnie wymagać klasycznych okresów, wymowy ani elokwencji. Nikt o mnie tu nie będzie chciał słuchać, muszę powściągnąć egocentryzm. Jestem tylko palaczem, pracuję tu w kotłowni. I tak jest dobrze. Do moich obowiązków należy palenie pod blachą w kuchni, włączanie okopconego piecyka na ropę i palenie w kozie pornolami, gołymi babami.
Za oknem zarzynano świnię. Robert mruknął, że to bażanty, wyjątkowo długo nie dają spokoju w tym roku. Ale gorsze są jelenie. Nieopodal bowiem jest polana (a gdzie tu nie ma polany?) i na niej te kurwy urządziły se rykowisko. Można od tego oszaleć. To jest dźwiękowy armagedon. Widocznie kiedyś miały rykowisko na tej polanie, która obecnie udaje jego ogród. Należy używać stoperów, które mi położył na stoliku wraz z czystym ręcznikiem przy moim łóżku pod schodami. A mi się właśnie wydawało, że to jest jakieś piękne, tak się przynajmniej przyjęło, że jelenie na rykowisku to kicz i piękne. Sam ocenię. Stopery okazały się opakowaną jak kondomy glajdrą, dosyć plastelinowatą.
Ale zanim na dobre zdążył pójść na górę, ja już spałem na mojej małej otomanie pod schodami. Nie chciałem zasnąć, ale walnąłem się tylko na sekundę w ubraniu i wyciekły ze mnie warszawskie stresy, długa, razem prawie dziesięciogodzinna podróż, student zdający egzamin z mięśni w więzieniu, trzysta sześćdziesiąt pięć sudoku, wrony za oknem odlatujące do zimnych krajów, przystanki na żądanie, Radio Złote Przeboje. Głupio wyszło, tak przyjechać do kogoś, obiecać, że się będzie pilnowało piecyka, i zasnąć. Ale to mogłem sobie pomyśleć dopiero po obudzeniu.