Japoński wachlarz. Powroty

Joanna Bator
Japoński wachlarz. Powroty
  • W.A.B.
    Warszawa 2011
    142 x 202
    376 stron
    ISBN 978-83-7414-953-2

Kto wybiera się do Japonii, powinien tę książkę przeczytać. Kto się nie wybiera – powinien tym bardziej.
Gdy Joanna Bator w 2001 wyjechała na stypendium do Tokio, znalazła się w kraju, o którym miała pojęcie mniej więcej takie, jak większość Europejczyków, czyli mgliste. Nie znała języka, obyczajów, realiów. Od pierwszego momentu potraktowała jednak nową rzeczywistość nie jak obcość do powierzchownego oswojenia, lecz jak szansę wypracowania innej metody kontaktu ze światem i z samą sobą. Aby zrozumieć Japonię, musiała wymyślić środek komunikacji. I sięgnęła po narrację.
Codziennie sporządzała notatki, studiowała książki, uzupełniała wiedzę. Kiedy przystąpiła do przekształcenia zgromadzonych materiałów w opowieść, porządek wyłonił się sam. Był to porządek zmysłowego poznawania świata. W opowieści pojawia się więc to, co widać – litery alfabetu, reklamy, napisy, układ ulic, architektura, stroje. O ile alfabet i pismo, a także plan Tokio były niczym nieprzenikalny labirynt, o tyle estetyka miasta, japońska mimika czy zmienne systemy mód z wolna się otwierały. W ten sposób świat odpłacał autorce za cierpliwość i rezygnację z prób szybkiego znalezienia wytrycha do nowej rzeczywistości.
W pierwszych rozdziałach poznajemy Japonię widzialną. W kolejnych - Japonię jako świat dźwięków, hałasów, odgłosów; potem – zapachów. Aż wreszcie, zgodnie z porządkiem akceptowania gości przez samych Japończyków, autorka odkrywa sekretne serce kultury japońskiej, język porozumienia poza językiem mówionym, czyli smak. Bator od początku eksperymentuje, próbując nowych potraw, przełamując europejskie opory i przyzwyczajenia, testując japońskie kombinacje sernika z fasolą czy słodkiego ciasta z rybą. Równocześnie zostaje dopuszczona do stołu, zaproszona do skosztowania ryby fugu, wprowadzona w tajniki potraw i przypraw. Oba te procesy powodują, że to nie pisarka wprowadza się do Japonii, lecz Japonia – jako plątanina smaków i znaków, pragnień i tęsknot – wprowadza się do jej ciała.
Zapis tego spotkania zaowocował książką niezwykłą. Nostalgiczną, a zarazem bogatą w konkretną wiedzę; nastawioną na opis egzotycznej kultury, a jednocześnie opowiadającą o przemianie samego sposobu poznawania.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Mówi się, że japoński to najgrzeczniejszy język świata. Nie mam dostatecznej wiedzy, by porównać jego stopień grzeczności z tym, który charakteryzuje inne języki, ale w powyższym przekonaniu jest być może nieco prawdy. Z żadnym innym pewnie aż tak nie harmonizowałoby nieustanne kłanianie się.
Reid cytuje informację zamieszczoną na tym, co pozostało po drzwiach sklepu zdewastowanego w trzęsieniu ziemi, które w 1995 roku zniszczyło miasto Kobe; „To straszna i niewybaczalna niedogodność dla naszych szanownych klientów, ale z powodu trzęsienia ziemi zmuszeni jesteśmy zamknąć nasz skromny Sklep”. Potok słów japońskich windziarek, sekretarek czy stewardes, którym polecenie zapięcia pasów zajmuje podejrzanie dużo czasu, płynie tak obficie właśnie z powodu grzecznościowych formuł. W dosłownym tłumaczeniu na nie tak grzeczny angielski czy polski brzmi to oczywiście komicznie. „Uprzejmie przepraszamy szanownych podróżnych za niewybaczalną  niewygodę, jaką jest oczekiwanie na start w naszym skromnym samolocie. Prosimy, by szanowni podróżni wybaczyli nam tę wielką niegrzeczność, jaką popełniamy, nieuprzejmie przerywając im konwersację i prosząc ich uniżenie o zapięcie tych skromnych pasów", mówi stewardessa w samolocie; instrukcja na opakowaniu rozpuszczalnego deseru prosi „szanownego klienta”, by nalał mleka do „szacownego naczynia”, a potem łaskawie rozmieszał w nim ten skromny budyń”; „Proszę o wybaczenie, że niegrzecznie przerywam, ośmielając się wejść do szacownego gabinetu, gdzie osoba tak szanowna musi być zajęta niezwykle ważnymi sprawami, ale właśnie przyniesiono szacowną paczkę z szacownymi książkami dla wielce szanownego profesora", powiedziała młodziutka studentka, wszedłszy do sali seminaryjnej, w której siedziałam z Satoru, czyli „wielce szanownym profesorem”. „Przyniosła paczkę z książkami”, powiedział Satoru, zanim wytłumaczył mi sens wszystkich form grzecznościowych, jakich studentka przed chwilą użyła w japońskim odpowiedniku tej informacji.
Piętrowe formułki grzecznościowe, mnożenie eufemizmów i brak bezpośredniości to charakterystyczne cechy japońskiego sposobu porozumiewania się. Z własnego doświadczenia dodałabym jeszcze stopniowanie informacji, bo Japończycy niepytani rzadko mówią cudzoziemcowi o rzeczach, które on sam uznałby za wielce praktyczne na początku pobytu w obcym kraju. Tłumacząc mi, co powinnam zrobić, by korzystać z internetu w Bon Hour, Chizuko upubliczniłaby moją ignorancję,  a tego się nie robi przełożonej. O wiele poważniejszym problemem jest jednak wyrafinowana odmiana „owijania w bawełnę”. Na temat wielkiej niechęci, jaką Japończycy żywią wobec otwartego mówienia „nie”, krąży mnóstwo anegdot, bowiem w kontaktach z obcymi to cecha japońskiego języka jest powodem wielu nieporozumień. Pół biedy, gdy sprzedawca w sklepie zamiast powiedzieć: „Nie mamy butów w rozmiarze czterdzieści trzy”, powtarza z uporem cos w rodzaju: „Szanowny kliencie, to będzie troszkę trudne”; gorzej, gdy poruszane są ważniejsze sprawy. Gdy były prezydent USA Bill Clinton – nie wiedząc, że mikrofon jest włączony – ostrzegł na jakimś spotkaniu przywódcę Rosji Borysa Jelcyna, aby uważał na japońskiego premiera, bo ten mówiąc ,,tak”, myśli „nie”, spowodował międzynarodowy skandal. Japończycy poczuli się głęboko dotknięci oskarżeniem o kłamliwość. Clinton miał jednak w pewnym sensie rację. Japończycy nie kłamią wprawdzie więcej niż inne narody, ale z pewnością rzadziej mówią ,,nie". Zamiast prostego przeczenia używają eufemizmów tak grzecznych, że pozwalają one biednemu gaijinowi na optymistyczną ich interpretację; w japońskim wydaniu to już nie „owijanie w bawełnę", lecz w najdelikatniejszy jedwab. A więc: „W najbliższej przyszłości pozytywnie rozpatrzymy pani podanie o grant”, znaczy „nie”; ,,Spróbuję sprowadzić pani zamówione książki, choć to troszkę trudne”, znaczy „nie”; w sprzyjających okolicznościach uda nam się spełnić pani prośbę o lepszy skaner w biurze”, znaczy również „nie”. Czasem „tak” też – jak ostrzegał Clinton Jelcyna – znaczy „nie”. Podobnie należy niekiedy interpretować dźwięk „ng", wsysanie powietrza przez zęby i wyrażające zakłopotanie drapanie się po głowie. Niechęć wobec „nie” jest tak silna, że hai, słowo znaczące „tak”, otwiera nawet zdania, które w rzeczywistości są przeczącą odpowiedzią na nasze pytanie. Hai w takim przypadku nie jest potwierdzeniem, lecz jedynie informację, że rozmówca nas słucha. Gdy na przykład chcemy się dowiedzieć, czy w menu są jakieś dania wegetariańskie, kelner z dużym prawdopodobieństwem odpowie: „Tak. Są tylko mięsne i rybne". Prawidłowa odpowiedź na pytanie: „Czy rozumiesz?", brzmi: „Hai, wakarimasen”, czyli: „Tak, nie rozumiem”. Chizuko, nie potrafiąc powiedzieć „nie”, mówiła „maybe”, które na początku, naiwna gaijinka, brałam za „być może”; potem opracowałyśmy metodę, która pozwalała Chizuko zmusić się do sprzecznego z zasadami jej języka „nie”, gdy wcześniej zastrzegła: „Tera mówię na sposób zachodni”. Do dziś nie wiem, czy praktyka ta nie skrzywiła zbytnio jej japońskiej tożsamości. Najbliższe naszemu bezpośredniemu „nie” są dwa japońskie gesty odmowy: pierwszy to wachlujący Ruch dłoni uniesionej na wysokość podbródka, drugi to przedramiona skrzyżowane na klatce piersiowej. Japończyk ucieka się do tego sposobu, gdy gaijin nijak nie rozumie subtelniejszej odmowy.