Codzienność

Ewa Schilling
Codzienność
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2010
    110x180
    264 strony
    ISBN: 978-83-62574-02-5

Wciąż ubolewam nad tym, że w Polsce wydaje się tak mało zbiorów opowiadań, tymczasem nie brakuje u nas autorów jakby stworzonych do tego właśnie gatunku. Należy do nich bez wątpienia Ewa Schilling. Pisarce udało się wprawdzie zadebiutować  tomem złożonym z krótkich form, potem jednak opublikowała dwie powieści, dzięki którym ugruntowała swoją pozycję „czołowej autorki prozy lesbijskiej”.
W swojej nowej książce nie walczy z tą etykietką, trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie z trzynastu bohaterek jej opowiadań mają orientację homoseksualną, a w każdym razie nie jest to powiedziane jednoznacznie. Wanda to wdowa po słynnym pisarzu, która po śmierci partnera, jakiemu poświęciła się bez reszty, rezygnując z własnych aspiracji, dopiero musi się nauczyć kochać samą siebie.  Kilkunastoletnia Emilia z kolei przygotowuje się do życia bez matki, umierającej na nieuleczalną chorobę, a oczekująca dziecka Bożena jedynie zastanawia się, co by było gdyby wybrała trudniejszą, choć być może bardziej zgodną z jej naturą, miłość. Wreszcie molestowana w dzieciństwie przez ojca Małgorzata pojawia się we własnej osobie dopiero na końcu opowiadania, a jej dramatyczna historia rekonstruowana jest przez córkę. Pozostałe kobiety kończą lub zaczynają związki, które często stanowią wyzwanie rzucone nieprzychylnie nastawionemu do nich społeczeństwu, w tym także rodzinom.
Choć autorka nie zapomina o społecznym kontekście istotnym dla lesbijskiej codzienności, to jednak nie zamienia swojej prozy w apel o tolerancję.  Trzynaście opowiadań czyta się po prostu jak opowiadania miłosne. Z intrygującymi, wyrazistymi postaciami, które niekiedy tak ze sobą kontrastują, że trudno uwierzyć, iż mogą się ze sobą porozumieć w jakiejkolwiek sprawie i przełamać dzielące je bariery. Schilling potrafi jednak zrównoważyć atmosferę cudowności, jaka towarzyszy spotkaniu „dwu połówek”, oszczędnym, sprawozdawczym, pozbawionym choćby grama sentymentalizmu (lecz nie liryzmu) stylem. Aranżuje fikcyjne sytuacje tak sugestywnie, że nie budzą żadnych wątpliwości. Temat spaja oczywiście całość tomu, ale w każdej odsłonie pokazany zostaje inaczej. Nie sposób wyobrazić sobie, ile jeszcze ciekawych scenariuszy mogłaby autorka wymyślić – i już sam ten wniosek niech świadczy o skali jej talentu.

- Marta Mizuro

Ewa Schilling  (ur. 1971) pisarka, zadebiutowała zbiorem opowiadań Lustro, do tej pory wydała dwie powieści. Zbiorem Codzienność powraca do literatury po pięcioletniej przerwie.

Fragment

Ostrożnie zapaliła małą lampkę przy biurku. Oświetliła rozłożony kalendarz i aparat telefoniczny. Wolał przerwać pracę niż nie odebrać telefonu; nie znosił, kiedy robiła to za niego – musiał być pierwszy, niezastąpiony. Komórki nie znosił, bo się wyładowywała, odcinała go od świata. Kalendarz zapisany gęsto, kanciasto – przerzuciła strony od początku. Zupełnie niezły przyczynek do jego życia: między notatki o umówionych spotkaniach
wplecione informacje o polityce i sporcie, odkryciach  archeologicznych i astronomicznych, krótkie, złośliwe opisy bestsellerów. Wzmianki o wydarzeniach  wśród znajomych typu „WŁ. ma znów kobietę  młodszą o ćwierć wieku, jak ten skurwiel to robi, skoro jest jednocześnie głupi, łysy i żonaty".
Tylko o niej nie było ani słowa, normalne, ona nie dzwoniła i nie występowała w gazetach, za to zawsze była w zasięgu ręki. A jeśli nawet czasem Staszek wyjeżdżał na festiwal literacki, sam dzwonił wieczorem z hotelu – mówił, że się nudzi, a literackie imprezy to bzdura, miałby je w dupie, gdyby nie honoraria.
Przysunęła notebook. Położyła dłonie na poręczach obrotowego krzesła, z wahaniem, cierpliwie poznawała jego fakturę, wygięcia, załamania, oswajając
 jego chłód z ciepłem swojego ciała. Staszek uwielbiał takie rzeczy – obrotowe krzesło, dębowe biurko, metalowe stojaki na długopisy, ołówki, zakreślacze,  które kupował garściami, kołonotatniki w twardych oprawach z kolorowymi znacznikami na kartkach. Przed wrzuceniem tekstu do notebooka robił notatki – skrótowe, niechlujne, niezbędne. Zwykle w połowie książki przestawał do nich zaglądać,  ale zawsze przepisywał początek.
Otworzył się przed nią plik „AUTOBIOGRAFIA".
"Pies polizał mnie po twarzy, ja na przemian głaskałem  go i targałem za ogon". Potem był opis psa, pokoju, fascynacji stojącym na półce pryzmatem. Rodzice, koledzy, szkoła, podglądanie koleżanek, matura, żony, dzieci. Tekst urywał się na sukcesie książki „Tył orła”, wydanej kilka miesięcy przed ich pierwszym spotkaniem. Wyjęła z szuflady najnowszy kołonotatnik, z wiśniowo-szmaragdową spiralą na okładce. „Dziennikarka nie mogła uwierzyć, że ktoś, kto tak przekonująco pisał o przeżyciach religijnych, jest ateistą. Po pierwsze w pisaniu właśnie o to chodzi.  Po drugie tak naprawdę jestem agnostykiem, ale nie lubię przyznawać się do niewiedzy. Ateista brzmi lepiej". Wertowała coraz szybciej. „Chciałbym reinkarnacji, ale w przeszłość – chciałbym być uczestnikiem misteriów eleuzyńskich". Kilka kartek uciekło jej spod palca, zawróciła. „Wanda jest jak ten krzak bzu – dobrze mi się myśli, patrząc na nią. Nie truje mi też o rozwodzie, dotrzymuje danego słowa – prawdziwy wyjątek wśród kobiet. Owszem, cholera, rozwiódłbym się, gdyby to potrwało  pięć minut i nie ściągnęło hien w postaci dziennikarzy i przyjaciół. Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, nikt mnie nie znał, a Janka była cichą, łagodną  istotą. Lucyna jest twarda jak skala, grozi mi najlepszymi adwokatami i ma poparcie w rodzinie. Układ jest jasny – ona dostaje połowę honorariów, oni załatwiają mi doskonałą reklamę, kontakty za granicą. I nie zamieszczają po brukowcach obrzydliwych  plotek o moich kontaktach z SB i z małymi dziewczynkami".   
Właściwie wiedziała. „Właściwie”, czyli łudziła się, że tak nie jest. Mniej by ją bolała lekkomyślna  niechęć do formalności niż ten szacunek dla realiów wyrażony tu tak zwięźle i dobitnie. Miała oczy i uszy, umiała wyciągać wnioski, ale jego milczenie pozwalało jej się oszukiwać.   
Przyjrzała się znów tekstowi z notebooka, długą chwilę wypełnioną zgodnym rytmem oddechu jej i deszczu. Położyła środkowy palec na klawiszu „backspace”, nacisnęła mocno i obserwowała, jak znikają kolejne zdania. Mogła skasować od razu cały tekst, ale chciała zobaczyć proces: jakby cofała  wywoływanie fotografii. Jakby nikły włosy, usta, blakły rysy twarzy, aż po oczy zamieniające się w biel.   
Sprawdziła, czy drzwi są dobrze zamknięte – czasem uchylały się nagle. Staszek trzaskał nimi, aż echo szło, ale wystarczyło tylko mocniej nacisnąć klamkę, lekko dopchnąć.   
Stanowczo, z namysłem wystukała dwie duże litery: JA   
Poniżej.
Pies sąsiadów był uwiązany na łańcuchu – udało mu się z niego urwać - przeszedł przez dziurę w siatce na naszą stronę. Chciałam się z nim bawić – pogryzł mnie. Sąsiad przyszedł - bił go tak długo, aż zabił - nigdy nie uciekłam.
Zapaliła papierosa, poczekała, aż pojawi się słupek popiołu i strzepnęła go na nieskazitelny dębowy blat.
Mój brat właził na drzewa - mnie matka łapała za sukienkę. Wypiłam wino - całowałam się z chłopakiem - ojciec nazwał mnie dziwką. Pracowałam - korekta - księgarnie. Zawsze książki. Poznałam kilku pisarzy - zapisywali słowa – działały jak alkohol, seks albo msza święta. Fascynowali mnie - biorą coś i zmieniają w tekst. Biorą wszystko – zmieniają w tekst. Mężczyźni. Godziłam się - żeby i mnie - zmieniali w tekst. Ubywało mnie - nie czułam tego.
Lekko się spociła. Zgasiła niedopałek, zapaliła nowego, papierosa.
Najbardziej - chciałam być paliwem dla Staszka. On - energia i dynamika, ja - wciągana w wir, część jego magii - współtwórczyni, niezbędny element. Udało mi się przeżyć - dwadzieścia dwa lata - z nim.
Kocham morze - on to wie - przeprowadziliśmy się w jego góry. Chciałam pracować – ubłagał mnie, żebym się zwolniła - załatwił na lewo najniższą  rentę.
Mówił kolegom ,,żona" - ja nie mogłam. Nie chciał mieć więcej dzieci - ciągle chwalił się swoją trójką. W łóżku delikatny - kiedy mówił o seksie - wulgarny. Jeśli się wstydził - to tylko tego. Do znudzenia powtarzał- „nie znoszę piszących kobiet, mają kompleks piszących mężczyzn”. Opowiadał o dawnych kochankach. Chciałam być sama - obrażał się - on chciał towarzystwa. Chciał
być sam - ja chciałam towarzystwa - obrażał się. Był silny - nosił zakupy - rąbał drewno - pocieszał  mnie - że zawsze mu wierzyłam. Zaskakiwał wiedzą- Inkowie, Lapończycy - syberyjscy szamani. Kiedy zachorował - musiał codziennie przyjmować zastrzyki. Od rana namawiałam go -„odsłoń brzuch”, potem krzyczał, że robię  to źle - nie chciał nikogo innego. Bał się samotnej śmierci - kazał obiecać - „nie umrę wcześniej”.
Kolejny papieros.
Podziwiałam go – robił rzeczy, które ja chciałam  robić. Wybrałam go doskonale - przy nim nie miałam miejsca na swoje kaprysy. IdeaInie zabezpieczał mnie przed porażką. Nigdy go nie kochałam. Ani samej siebie.
Odchyliła się do tyłu, kark ją bolał. Mogłaby napisać drugie tyle, ale czuła się zmęczona. Trzasnęła zamykanym notebookiem.