Panna Ferbelin

Stefan Chwin
Panna Ferbelin
  • Tytuł
    Gdańsk 2011
    130x195
    320 stron
    ISBN: 978-83-89858-08-2
    Translation rights: Tytuł

Akcja powieści toczy się Gdańsku w bliżej nieokreślonej epoce. Najpewniej na początku XX wieku, w czasie kiedy miasto należało do Prus, ale wiele motywów odsyła do lat wcześniejszych i późniejszych. W fantastycznym Gdańsku wykreowanym przez Chwina można także rozpoznać prowincjonalną osadę z czasów imperium rzymskiego – na jej czele stoi szef Prokuratorii Hammels, współczesny Poncjusz Piłat. Bo też fabuła Panny Ferebelin krąży wokół idei ponownego przyjścia Jezusa i konsekwencji tego zdarzenia. Mesjaszem w tej powieści jest postać nazwana przez gdański lud Nauczycielem z Neustadt. Właśnie z Neustadt przybył na Pomorze niejaki Kurt Niemand. Ten zrazu robotnik w stoczni zaczął zabiegać o prawa pracownicze, stał się rzecznikiem uciskanych, a później kaznodzieją i uzdrowicielem. Maria Ferbelin, druga z dwu głównych postaci powieściowych, jest jedną z osób wsłuchujących się w kazania Nauczyciela, które ten wieczorami wygłasza na rogatkach miasta. Mistrz – jak go nazywa panna Ferbelin – uzdrawia jej ojca; wkrótce tych dwoje połączy żarliwe uczucie. W ciągu dnia Maria pracuje jako prywatna nauczycielka Helmuta, syna prokuratora Hammelsa, noce spędza ze swoim kochankiem. Punktem zwrotnym w tej fantastycznej historii jest zamach bombowy na gdańskim dworcu. Ginie wiele osób i koniecznie trzeba wskazać sprawcę. Mistrz jako trybun ludowy, osobnik niebezpieczny dla władzy świeckiej i duchowej (tu: hierarchów katolickich) jest wymarzonym kozłem ofiarnym. Od tego momentu zdarzenia powieściowe rymują się z wypadkami, jakie rozegrały się dwa tysiące lat wcześniej w Jerozolimie (pojmanie Mistrza, przesłuchanie przed gdańskim Sanhedrynem, któremu przewodniczy lokalny biskup itd.). Ukochana Mistrza, pracująca na co dzień w domu prokuratora i ciesząca się jego zaufaniem, podejmie wyrafinowaną akcję ratunkową w imię miłości do Mistrza. Jej spryt i determinacja sprawią, iż Nauczyciel z Neustadt ostatecznie nie zostanie ukrzyżowany. Panna Ferbelin to nietypowa powieść idei – dynamiczna fabuła z elementami fantastyki splata się tutaj z dostojną rozprawą moralno-filozoficzną.

- Dariusz Nowacki

Fragment

W sobotę o dziesiątej, parę minut po tym, jak się obudziła w pokoju na poddaszu, gdzie nocowała po raz pierwszy dostała zaproszenie, a raczej wezwanie do gabinetu prokuratora Hammelsa. Przekazała je ustnie pani Sonnenberg, która bez pukania weszła do sypialni, choć było jeszcze dość wcześnie, po czym rozsuwając zasłony w oknach, powiedziała, że prokurator ma zwyczaj co jakiś czas rozmawiać o postępach syna z nauczycielkami, które u siebie zatrudnia, a że właśnie na taką rozmowę nadeszła pora, spodziewa się jej za pół godziny na śniadaniu.
W gabinecie na parterze Maria nie była nigdy, nigdy też jeszcze nie rozmawiała z prokuratorem Hammelsem twarzą w twarz, dlatego czasem, prowadząc lekcje z Helmutem, myślała sobie, że prokurator Hammels zatrudnia nauczycielki przede wszystkim dlatego, że nie przejmuje się zbytnio losem syna;  przypuszczenie to już po paru chwilach rozmowy okazało się najzupełniej fałszywe.
Gdy weszła do gabinetu, prokurator Hammels siedział w fotelu z otwartą książką w ręku, której nie odłożył na jej widok, tylko otwarte strony nakrył – zresztą bez pośpiechu – otwartą dłonią. Były na nich – jak zauważyła –  jakieś ryciny, mocno barwione purpurą i fioletem, które w pierwszej chwili uznała za nieprzyzwoite, co chyba jednak nie było słuszne, bo kiedy uniósł dłoń znad kartek, zobaczyła, że zostały na nich przedstawione jakieś kwiaty czy rośliny, to prawda, że podobne do części wstydliwych kobiety i mężczyzny, ale mogły to być równie dobrze wyobrażenia amazońskich motyli czy jakichś innych owadów o szklistych, purpurowych skrzydłach, które  z oczywistych względów przyciągają wzrok. To złudzenie zbiło ją z tropu, a nawet rozdrażniło, tym bardziej że kiedy usiadła po drugiej stronie stołu, spostrzegła, że wrażenie, jakie odniosła pierwszego dnia, gdy zobaczyła prokuratora Hammelsa na schodach, było całkowicie mylne. Prokurator Hammels wcale nie wyglądał na zmęczonego, przeciwnie: siedział przed nią w białej koszuli rozpiętej na piersiach, rozluźniony, swobodny, jakby rozleniwiony jeszcze snem, tylko z jego twarzą działo się coś niedobrego. Kiedy pochylał się nad stołem, by nalać herbaty do filiżanki czy podsunąć jej koszyk ze świeżymi, chrupiącymi bułeczkami, ta twarz, z lekka asymetryczna, raz wydawała się pociągająca i ciepła, raz dziwnie zniekształcona i chłodna, jakby słońce, wpadające do pokoju przez opuszczone żaluzje, wydobywało z niej jakieś cechy ukryte – nie chciała tego nazwać otwarcie –  zwierzęce, a może nawet – wzbraniała się przed tym słowem – owadzie, co skwitowała pośpieszną myślą, że ulega jakiemuś niedobremu złudzeniu, więc powinna trzymać wyobraźnię na wodzy.
„Niech pani posłucha, co pisze autor tej książki - prokurator Hammels uniósł tom z rycinami, który trzymał w ręku, gdy usiadła po drugiej stronie stołu, zastawionego porcelanową zastawą. – Żadnej porażki nie zazna ktoś, kto nie staje do walki. Porażki zaznaje tylko ten, kto do walki staje. Oto na przykład ktoś zapada na ciężką chorobę i stara się ze wszystkich sił wyzdrowieć. Postępując tak, nierozsądnie wystawia siebie na cierpienie klęski, bo gdy zostanie pokonany przez chorobę będzie czuł się przez nią złamany.  Kto z chorobą nie walczy, tylko się jej poddaje, nigdy nie zazna upokorzenia. Czy pani – zwrócił się do Marii – jest zdania, że są to myśli rozsądne?”. „Myślę, że nadmierny strach przed błędami, które możemy popełnić, niszczy nas od dziecka" – odpowiedziała niechętnie, przypominając sobie chorobę ojca, chociaż sprawiło jej przyjemność, że prokurator Hammels zwrócił się do niej z zapytaniem, na które nie było łatwej odpowiedzi. – Pańska żona umarła niedawno?”.  – Mimo że pytanie, które postawiła, było niespodziewane, a nawet zabrzmiało dość obcesowo, nie przestał mieszać srebrną łyżeczką herbaty w filiżance. – „Niedawno”. „Bo widzi pan, pański syn...”. „O tym mówić nie będziemy” – uciął zdecydowanie, chociaż, jej zdaniem, nie było sprawy ważniejszej. „Pański syn... – powtórzyła –  powinien zapomnieć o matce”. „Proszę panią – oczy prokuratora Hammelsa nabrały chłodnej barwy – czy pani zdaje sobie sprawę z tego, co mówi? Dziecko ma zapomnieć o matce?”. „Pana żona nie żyje”.  „No i co z tego? – uderzył pięścią w stół, ale po chwili otwartą dłonią pogładził błyszczący blat, jakby chciał przeprosić za uderzenie. – To jego matka. I nie ma znaczenia, czy żyje, czy nie”. „Pan go stawia w niedobrej sytuacji”. „A co pani myśli? – powiedział przez zaciśnięte zęby, jakby chciał w sobie stłumić głęboko skrywany ból. – Powinien ją zabić drugi raz? Tego pani chce?”. „Powinien o niej zapomnieć - powtórzyła z naciskiem. – Jeśli tego nie zrobi, przepadnie. Jak…”. „Jak ja, chciała pani powiedzieć?” . – Te słowa wyprowadziły ją z równowagi. Poczuła przed sobą mur. On tymczasem nie spuszczał z niej oka. – „Pani zdaje się w naszej rozmowie przekracza swoje kompetencje”.  – Pokręciła głową, jakby miała przed sobą krnąbrnego ucznia. –  „Jeśli pańskiego syna nie wyciągniemy z tego, będzie z nim źIe. Czy pan wie, co on do mnie powiedział podczas pierwszej naszej rozmowy?”. – Popatrzył na nią bez zainteresowania: „Co?”. „Że zostałam tu zatrudniona po to, żeby pan ze mną spał”. – Wybuchnął śmiechem. – „On rzeczywiście to powiedział?”. – Śmiał się tak, że aż przymknął oczy, co ją ubodło do żywego. – „Nie ma się z czego śmiać – powiedziała, nie kryjąc niechęci. – Paroletni chłopiec nie powinien mówić takich rzeczy”. „Dlaczego? – uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Jest mądrzejszy niż myślałem”. - Kiedy to usłyszała, fala gorąca oblała jej policzki. – „Więc to prawda?”. „Droga panno Ferbelin – odprężył się, mrużąc oczy – przywiązuje pani nadmierną wagę do słów”. „Więc to prawda?” – zapytała raz jeszcze. „Och – nie przestawał się uśmiechać, chociaż w oczach pojawiły się niedobre błyski – pani jest tu po to, by uczyć mojego syna francuskiego, matematyki i geografii. Jego wychowanie niech pani zostawi mnie. Czy pani wie - powiedział nieuważnie po chwili milczenia – że jedno moje słowo, a może pani zostać aresztowana za usiłowanie zabójstwa mojego syna?”. „Przecież to nonsens!” – wyrwało jej się, aż przestraszyła się własnej śmiałości. – „Nazywa pani moje słowa nonsensem? Czy się p ani przypadkiem nie zapomina?". „Przepraszam – zacisnęła zęby, kładąc dłonie na kolanach, jak uczennica zdająca egzamin przed komisją, ale w środku aż się gotowało. – Nie to miałam na myśli”. „A zresztą – powiedział ze smutkiem – nigdy się pani nie dowie, dlaczego pani została tutaj zatrudniona. Przyzna pani, że sama pani jest tym faktem zdziwiona”'.