Miłosz. Biografia

Andrzej Franaszek
Miłosz. Biografia
  • Znak
    Kraków 2011
    165x235
    1104 strony
    ISBN: 978-83-240-1614-3

Książka Andrzeja Franaszka jest książką fascynującą nie tylko dlatego, że jest biografią laureata literackiej Nagrody Nobla i zarazem kogoś o dramatycznym życiorysie, wybitnego poety, który spiął swoim życiem początek XX wieku i początek obecnego stulecia, którego Seamus Heaney żegnał tekstem zatytułowanym Śmierć króla. Biografia Miłosza daje się czytać na kilka różnych sposobów: pomyślana jest jako przewodnik po życiu Miłosza, wszelako z dodaniem map jego umysłu i wyobraźni (obficie cytowanych fragmentów jego dzieła, a i komentarzy do jego twórczości), a także objaśnień na temat fauny i flory, jaką można znaleźć na planecie Miłosz. Jest więc także panoramiczną opowieścią o życiu w miejscu Europy i w czasie, które brytyjski historyk, Norman Davies, nazwał "bożym igrzyskiem" (God’s Playground). Oczywiście, główną postacią jest poeta, pokazany w całym skomplikowaniu, w jego wielkości, ale i z idiosynkrazjami i kompleksami. Pojawiają się też jego współcześni: paryski krewniak, ezoteryczny litewski dyplomata i poeta, Oskar Miłosz, Albert Camus, Albert Einstein, Mary McCarthy, Thomas Merton, Josif Brodsky i wiele innych postaci, polscy i niepolscy przyjaciele i przypadkowi znajomi, których życie sprzęgło się jakoś z jego życiem, bliscy mu literacko czy filozoficznie pisarze i myśliciele czy zgoła koledzy po piórze, żony i kochanki − co daje Franaszkowi nieraz asumpt do przywołania wielu barwnych anegdot, wielu kąśliwych i niekoniecznie sprawiedliwych ocen. Pojawiają się miejsca z Miłoszowskiej geografii: rodzinne Szetejnie na Litwie, Wilno, Paryż połowy lat trzydziestych, Warszawa przedwojenna i doby nazistowskiej okupacji, powojenna Francja z pierwszych lat emigracji po decyzji o porzuceniu posady PRL-owskiego dyplomaty i wystąpieniu o azyl polityczny, Francja czasu współpracy Kongresem Wolności Kultury, i z paryską "Kulturą", centrum intelektualnym polskiej emigracji politycznej, Ameryka - ta z czasów waszyngtońskich w służbie PRL, ta z okresu kalifornijskiego, gdy nauczał na uniwersytecie w Berkeley, i ta nowojorska już z czasów jego literackich triumfów. Wreszcie Kraków, który niegdysiejszy autor Zniewolonego umysłu wybrał od 1992 roku na miejsce stałego pobytu. Znajdujemy tu wiele informacji i komentarzy do życiowych perypetii Miłosza, które budziły namiętności współczesnych: dawały asumpt do sporów, pomówień albo oskarżeń. Ale znajdziemy przede wszystkim ludzki, arcyludzki portet, przenikliwego intelektualisty i świadka epoki, jednego z najświetniejszych poetów XX wieku.

- Marek Zaleski

Andrzej Franaszek (ur. 1971) literaturoznawca, krytyk literacki, zajmuje się twórczością współczesnych poetów polskich, m.in. Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta.

Fragment

„W listopadzie 1980 roku przyjechałem do Stoczni im. Lenina w Gdańsku, m.in. dlatego, że było to wtedy najciekawsze bodaj miejsce na świecie. Podszedłem do robotnika ubranego w niebieski, poplamiony kombinezon i zapytałem, jak to się stało, że w kraju, w którym utwory Miłosza były zakazane, na pomniku poległych stoczniowców znalazła się linijka z wiersza »Poeta pamięta«. »Był zakazany, ale my zawsze znaliśmy Miłosza« – odpowiedział robotnik. Ten moment mógłby zachwycić albo przerazić Karola Marksa – wspominał Richard Lourie. – Kiedy wróciłem z Polski, Miłosz wykładał na Harvardzie, mieszkał w Cambridge. Od razu w drzwiach, gdy tylko mnie uścisnął, zapytał: »Jak w Polsce?«. Przez chwilę poczułem się jak podczas egzaminu doktorskiego (...). »Nie ma tam alienacji« – odpowiedziałem. Uśmiechnął się. Zdałem”. Opowieść o polskich stoczniowcach powtarzających strofy Miłosza brzmi dziś bajkowo, jednak wiele niezwykłych i pięknych rzeczy zdarzało się podczas „karnawału Solidarności”, gdy w społecznym proteście łączyło się dziesięć „ta korona spada mi na uszy” milionów ludzi, a całonocne kolejki ustawiały nie tylko do sklepów mięsnych, ale i pod księgarniami. Tak czy inaczej, mimo zakazów cenzury i kontroli granicznych, książki Miłosza w ciągu lat jego emigracji docierały do kraju, także w roku 1970, gdy sam poeta wysyłał do Zygmunta Hertza pocztówkę z miejscowości... Poland, w stanie Maine, rzec można: jedynej Polski, do jakiej mógł wówczas pojechać.
I znów trzeba tu przywołać zasługi właśnie Hertza, który m.in. na najrozmaitsze sposoby ekspediował do Polski taśmy magnetofonowe z nagranymi przez poetę wierszami. Z listu powstałego w 1965 roku
wynika, że przesyłkę taką zabrał wtedy z Rzymu... kardynał Wyszyński (…). W styczniu roku następnego paczkę „Kultur” upchali w swoich bagażach polscy sportowcy, mając zresztą w planie ich sprzedaż na czarnym rynku, zadowolony Hertz donosił zaś Miłoszowi, że w Warszawie najwyższe ceny osiąga numer miesięcznika z Traktatem poetyckim. Także w połowie lat sześćdziesiątych Herbert pocieszająco pisał: „młodzież patrzy w Ciebie jak w gwiazdę. Naprawdę Czesławie, żłobisz oblicze polskiej liryki i nic na to nie pomogą ani zakazy, ani kordony”. We wspomnieniach wielu czytelników Miłosza powraca podobny moment wtajemniczenia: książka udostępniona przez profesora, użyczona na dobę, ręcznie przepisywana, cudem ocalała w antykwariacie czy w publicznej wypożyczalni, bodaj najpiękniej taką chwilę opisał Krzysztof Czyżewski, który miał z czasem stać się kustoszem Miłoszowego dziedzictwa w Krasnogrudzie: „był rok 1977, a może początek 1978. Powstał już Komitet Obrony Robotników. Studiowałem na pierwszym roku polonistyki Uniwersytetu
Adama Mickiewicza w Poznaniu. Powoli przyzwyczajaliśmy się do czytania książek drukowanych w podziemiu, powielaczem, na marnym papierze, zszywanych czym się dało, przyprawiających o ból oczu z powodu gęstej czcionki, którą gospodarowano oszczędnie. Dla nas to były prawdziwe skarby. (...) Uczęszczaliśmy na spotkania »uniwersytetu latającego« w prywatnych mieszkaniach. Tego wieczoru do mieszkania Jacka Kubiaka, jednego z przywódców studenckiego podziemia, przyszedł Ryszard Krynicki. Zamiast czytać swoje wiersze, zaczął mówić o polskim poecie emigracyjnym, którego nazwisko wielu z nas usłyszało wtedy po raz pierwszy. W dłoniach trzymał nabożnie książkę, z której odczytywał wiersze i z której ani na moment nie spuszczaliśmy wzroku. Czekaliśmy niecierpliwie, aż sami będziemy mogli jej dotknąć i ją przekartkować. Była piękna, oprawiona w zielone płótno, ze złotymi literami odciśniętymi na okładce: CZESŁAW MIŁOSZ UTWORY POETYCKIE POEMS”.
Starszy od Czyżewskiego o dekadę Adam Michnik, szczęśliwy posiadacz kupionego w antykwariacie tomu Światło dzienne, twierdzi, iż wraz ze swymi przyjaciółmi był przedstawicielem pierwszego pokolenia PRL-owskiej inteligencji, która doceniła wartości intelektualne i kulturowe emigracji, nie uważając jej już za historyczny przeżytek. On też był jedną z osób podejmujących decyzję, by podziemna NOW-a, której drukowane gęstą czcionką publikacje trafiały w ręce Czyżewskiego, wydawała książki autora Zniewolonego umysłu. Mogło na to mieć wpływ także przywoływane już spotkanie w Paryżu, jesienią 1976 roku: „po trzeciej butelce wina, zacząłem, nie jąkając się zupełnie wyjątkowo, recytować z pamięci wiersze Miłosza. Znałem ich sporo. W pewnej chwili,
ku mojemu ogromnemu zdumieniu, zobaczyłem, że poecie po policzkach ciekną łzy. Zdeprymowany przerwałem recytację i wtedy usłyszałem wzruszony głos poety: – »Nie sądziłem, że w Polsce młodzi ludzie znają na pamięć moje wiersze. Myślałem, że zostałem wyklęty«”.
Historia zmagań pisarzy z PRL-owską cenzurą to nieraz dzieje mikro znaków, z których wtajemniczeni mogli odczytywać subtelne zmiany kursu władzy czy napięcia w jej łonie. Komuś udało się użyć w artykule sformułowania „autor Trzech zim”, ktoś inny zdobył pozwolenie na inscenizację Jak wam się podoba w przekładzie Miłosza i na plakatach pojawiło się nazwisko tłumacza, a na mieście plotki, że wraca on do Polski, to znów zdołano umieścić kilka jego wierszy w antologii, a wreszcie w 1974 roku Pen Club (…) mógł przyznać mu nagrodę... za przekłady poezji polskiej na angielski. „Ki djabeł? Że niby szatanem już być przestałem. Ale to rozumiem jako bardzo duży wysiłek ze strony Pen Clubu (...) oni tylko przekładowe nagrody mają, i rzecz nie nadaje się do wyszydzań”– komentował laureat w liście do Giedroycia. Rok później w refleksyjnym tonie zwracał się natomiast do Błońskiego: „jeżeli mam taki mir w Polsce, to przecie muszę zapytywać siebie, dlaczego tak jest, tj. ile w tym nieporozumień maskowanych przez dystans (...). Bo np. nie wiem, jak działają dziedziczne mity (emigracja, Zachód i tam paru wieszczów), czy też zbiorowy instynkt bez ustanku szukający postaci do narodowego spożycia, a wśród dzisiejszych literatów w Polsce niewielu się do spożycia nadaje”.
Z tym zbiorowym instynktem przyszło mu zmierzyć się dopiero sześć lat później, podczas pierwszej od trzech dekad wizyty w Polsce, w której PRL-owskie władze nie były w stanie przeszkodzić (…). Czerwiec roku 1981, gdy – nie bez odwlekania i wahań – pisarz przylatywał do Warszawy, był czasem pełnym emocji. Miesiąc wcześniej w Rzymie dokonano zamachu na papieża Polaka, dwa tygodnie później zmarł prymas Stefan Wyszyński. Trwała nieustanna próba sił partii i Solidarnością, choć działacze związku nie zdawali sobie sprawy, że są już gotowe listy osób przeznaczonych do internowania. Kraj kipiał, a oczekiwania jego mieszkańców wobec poety, czy raczej pisanego wielką literą Poety, były bardzo wysokie.