Saturn

Jacek Dehnel
Saturn
  • Wydawnictwo W.A.B.
    Warszawa 2011
    ISBN: 978-83-7414-927-3
    272 strony
    125 x 195
    oprawa twarda

Saturn to błyskotliwy i okazały problemowo utwór łączący w sobie kilka wzorów opowiadania. W podstawowej warstwie jest nowoczesną powieścią biograficzną poświęconą osobie i twórczości Francisca Goi. Zarazem równoprawnym bohaterem tej opowieści jest postać, o której współcześni właściwie niczego nie wiedzą – jedyny syn genialnego malarza, Javier. Od pewnego momentu na scenie powieściowej pojawia się trzecia męska postać – syn Javiera i wnuk Francisca, Mariano. Tak więc w Saturnie dominuje literackie zmyślenie luźno powiązane z faktami, które znaleźć można w dostępnych biografiach wielkiego Hiszpana i opracowaniach traktujących o jego epoce. Kolejną konwencją jest powieść rodzinna krążąca wokół węzła edypalnego i dramatu niespełnionego ojcostwa. Saturn jest także uniwersalną opowieścią o artyście, przechodzącą miejscami w esej o sztuce. Należy też dodać, że w materię fabularną wcinają się liczne ekfrazy (tj. literackie opisy dzieł malarskich), które z jednej strony pełnią funkcję kontrapunktu, z drugiej zaś strony komentują zdarzenia rozgrywające się w planie anegdotycznym powieści. Wszystkie te konwencje i skupiska znaczeń zbiegają się w jednym miejscu – wynikają z próby zrozumienia najbardziej tajemniczego dzieła Goi, cyklu fresków znanych jako Czarne obrazy. Jacek Denhel – jak objaśnił w posłowiu – wyszedł z założenia, iż rzeczywistym autorem późnego dzieła Goi jest jego syn, który już po śmierci ojca w Czarnych obrazach zakodował historię rodzinną oraz znalazł sposób na wyrażenie arcytrudnej relacji z ojcem potworem: despotą, lubieżnikiem i mitomanem. Innymi słowy, w przedstawieniu malarskim należącym do wspomnianego cyklu, tzn. w Saturnie pożerającym jedno ze swoich dzieci, to on (Javier) miał być owym dzieckiem. To, dlaczego został „pożarty” przez potężnego i despotycznego ojca, wcale nie jest jasne. Pisarz prowadzi śledztwo w tej sprawie. Jednym z ciekawszych tropów jest odkrycie burzliwego homoseksualnego romansu Goi. Być może chodzi o to, że nieudany syn, melancholik odgradzający się od uciech życia, nie pozwala malarzowi zerwać do reszty z homoerotyczną tożsamością. To tylko jedna z wielu hipotez. Zagadek tego rodzaju jest tu sporo, a sam pisarz daleki jest od prostolinijnych myśli i rozpoznań: piekło rodzinne (w domu artysty) nie jest tu bynajmniej ujmowane jako cena za artystyczne spełnienie. Portret Goi – geniusza i potwora – daleki jest od jednoznaczności, co uznać należy za bodaj najważniejszą zaletę tej powieści.

- Dariusz Nowacki

Fragment

(mówi Javier)
Przyszedłem na świat przy ulicy Rozczarowania. Dopiero kiedy miałem osiem czy dziesięć lat, usłyszałem, ukryty w spiżarni, jak nasza kucharka opowiadała szlifierzowi noży, skąd wzięła się ta nazwa: dawno temu czterech przystojnych majo goniło piękną dziewczynę, biegnąc naszą ulicą, o tu, tuż pod oknami naszego domu, który wtedy jeszcze nawet nie stał, wzdłuż witryn sklepu z perfumami i złotymi wisiorkami, którego wtedy jeszcze nie otwarto i w którym nie urzędował jeszcze stary don Feliciano, bo nawet jego jeszcze nie było na świecie; a biegła ta dziewczyna, oj, biegła, a gonili ją ci majo, oj, gonili, aż złapali; a tacy byli namiętni, że poszarpali na niej całe suknie, zdarli mantylę i szal, którym przysłaniała twarz - i wtedy stanęli jak wryci. Bo pod atłasami i adamaszkami pokazało się cuchnące ciało, oblepiona suchą skórą trupia czaszka, szczerząca żółte zęby. Rozpierzchli się na wszystkie strony, ciało w jednej chwili obróciło się w pył, razem ze wszystkimi wstążkami i falbanami, a ulicę nazywano odtąd ulicą Rozczarowania. Tak mówiła kucharka, trzymając się - widziałem to przez dziurkę od klucza w drzwiach spiżarni - pod boki, krzepka, rumiana, oświetlana snopami iskier, a szlifierz, który opowieści nie znał, bo pochodził skądś spoza Madrytu, przykładał do wirującego kamienia kolejne noże i nożyczki, potakując i pomrukując między jednym zgrzytem żelaza a drugim. Ale ojciec - jestem o tym najzupełniej przekonany, nawet jeśli tego akurat nie powiedział, jeśli tego akurat nie wypluł z innymi obelgami, którymi mnie obrzucał - zawsze uważał, że ulica nazywa się tak, bo ja, Javier, przyszedłem na świat w domu, który stał właśnie przy niej, w alkowie na piętrze, w mieszkaniu portrecisty i wicedyrektora Królewskiej Manufaktury Tapiserii Santa Bárbara, a wkrótce malarza królewskiego, Francisca Goi y Lucientes.

(mówi Francisco)
Kiedy Javier przyszedł na świat, jeszcze przy Calle de Desengaño, starsze dzieci już nie żyły; ani pierworodny, Antonio, ani Eusebio, ani mały Vincente, ani Francisco, ani Hermengilda; Maríi de Pilar nie pomogło nawet imię, którym poleciliśmy ją pod opiekę Naszej Pani Saragoskiej. Nigdy nie powiedziałem tego Javierowi - bo w owym czasie starałem się nie rozpieszczać dzieci, wychować syna na prawdziwego mężczyznę, nie to, co teraz, kiedy serce mi zmiękło i zrobiła się ze mnie stara, lejąca łzy purchawa, w dodatku głucha jak pień, co bardzo pomaga w znoszeniu dziecięcych wrzasków - a zatem: nigdy nie powiedziałem tego Javierowi, ale kiedy La Pepa go urodziła i leżała w łóżku, wymęczona, z czarnymi kosmykami włosów przyklejonymi do mokrego czoła, na którym padające z okna światło kładło się wielką plamą, jak z bieli ołowiowej, poleciałem na miasto i krzyczałem do wszystkich znajomych i nieznajomych, że nie ma piękniejszego widoku w Madrycie niż ten chłopak.
Po nim próbowaliśmy dalej, licząc się z tym, że i on nie zostanie z nami zbyt długo. Moja świętej pamięci małżonka, Józefa Bayeu, czyli po prostu La Pepa, jeśli się nie stroiła, leżała w łóżku - albo w połogu, albo, jeśli poroniła, z kolejnymi krwotokami, zupełnie jak królowa Maria Luiza, jedno martwe dziecko za drugim. Kiedyś nawet próbowałem to sobie policzyć, i było tego ze dwadzieścia razy. Ale, niestety, przeżył tylko Javier. Niestety tylko i niestety Javier.
(…)
 (mówi Javier)
Dobrze mu tam, we Francji. Wszystko mi tu powtarzają. Siedzi sobie, wdowiec z dala od grobu żony, zadowolony, stary lis, spasiony borsuk, posiwiały głuszec, maluje jakieś błahostki, fidrygałki, jakieś miniaturki na kości słoniowej, jakieś rysuneczki; Leocadia robi mu jedzenie, troszczy się, kroi jabłka na ćwiartki, osobiście, bo od służącej to mu nie smakuje, a potem oddaje się, komu popadnie - okazji w Bordeaux nie brakuje, ostatnio podobno jest z jakimś Niemcem, który nie wie nawet, że ona nie taka weiss, na jaką wygląda. Rosario, przepraszam, Biedroneczka, nie mówi na nią inaczej niż „Biedroneczka", siedzi koło niego i „razem tworzą". On jednym ruchem coś rysuje, niekoniecznie zresztą obrazki odpowiednie dla dziewczynki w jej wieku, nawet jeżeli jest córką ladacznicy i niejedno widziała, a ona, koślawo, próbuje to powtórzyć. Krzywą linią tam, gdzie powinno być prosto, prostą tam, gdzie powinno być krzywo, a przede wszystkim nudną linią. Nudną, jednostajną, bez wdzięku. Potem stary bierze kolejną kartkę i - po prostu to widzę, widzę to - mrucząc coś niezrozumiale do siebie, tak jak zawsze mruczał, a jeżeli nie zawsze, to przynajmniej odkąd ogłuchł, jednym gestem z kartki papieru robi banknot: czarownicę lecącą na skakance, starego rogacza z młodą żonką (że też nie przychodzi mu do głowy, że portretuje samego siebie), skazańca duszonego garotą, słowem: idealny rysunek, na który od razu miałbym kilku kupców. I podaje temu bachorowi. A ona, mrugając oczami, kokosząc się przy nim na krześle, uśmiechając raz po raz, wysuwa mały język jaszczurki, odziedziczony z pewnością po matce, i „uzupełnia cienie", czyli tą swoją tępą kreską pokrywa fałdy sukni, kawałki tła, czupryny. A stary mówi „jaśniej", „ciemniej", „jaśniej". I tak pracując ochoczo i w pełnym porozumieniu, zamieniają banknot w gryzmoły, z których można co najwyżej robić tutki na tytoń.

(mówi Francisco)
Dobrze mi tu, we Francji, choć źle mi tu, w starości. Kiedy słońce jest mocne - choć nie tak mocne jak w Madrycie - widzę lepiej, i wtedy zabieram się do malowania. Nie mam już sił na duże płótna, zresztą nawet chodzę ledwo-ledwo, jest tu taki młody, który uciekł z Hiszpanii, de Brugada; spędza z nami sporo czasu i wyprowadza mnie na spacery, nauczył się nawet ze mną rozmawiać - nie tak jak wcześniej, pisząc na karteluszkach, które trudno mi odczytać, ale dłońmi, wedle systemu księdza Boneta. Przedwczoraj go za to zrugałem, bo wymachuje łapami, jakby chciał wszystkim dookoła pokazać, że stary Goya nie tylko ledwo giczołami powłóczy, ale i jest głuchy, głuchy, głuchy jak pień, jak kamień, jak pędzel, jak klamka, jak kłąb starych szmat poruszany czarną magią. Cuchnę chyba szczynami, bo mam chory pęcherz, ale sam tego nie czuję, już nie ten nos, co potrafił przez okno wywąchać soczystą cipkę idącą ulicą... widzę tylko, jak inni się krzywią, kiedy podchodzę za blisko, a że nie chcą mi zrobić przykrości, to ukrywają te grymasy, co jest jeszcze bardziej upokarzające. Noszę trzy pary okularów. Trzy pary okularów na jedynym nochalu. Nie takim znowu największym. Wzrok mnie zawodzi, ręka też. Wszystkiego mi brak - oprócz woli.