Szczeniaki

Sylwia Siedlecka
Szczeniaki
  • W.A.B.
    Warszawa, 2010
    123 x 195
    232 strony
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-7414-803-0

Młodzi polscy pisarze coraz częściej wracają do poetyk, takich jak turpizm czy nadrealizm, które największym powodzeniem cieszyły się mniej więcej pół wieku temu. Niewykluczone, iż wybór form wyrazu opierających się na deformowaniu rzeczywistości, sygnalizuje rozczarowanie namacalnym „tu i teraz” oraz  niechęć do angażowania się w bieżące spory polityczno-społeczne.  Tak czy inaczej, opowiadania Siedleckiej  nie są osadzone w określonym czasie i przestrzeni. Wprawdzie dzięki pewnym rekwizytom część z nich można  powiązać z XXI wiekiem, ale w zbiorze znajdują się i takie, których akcja rozgrywa się nie w tym świecie (np. w niezwykłych Dzieciach).
Choć wiele postaci i sytuacji opisanych w tych opowiadaniach ma oniryczną proweniencję, a rozwojem wydarzeń rządzi tu logika snu, w innych przypadkach możemy mówić jedynie o dyskretnym, nadrealnym sztafażu. Tym jednak, co łączy te utwory, jest  fakt, że przeważająca część ich bohaterów to ludzie chorzy, zdeformowani fizycznie lub psychicznie, opuszczeni, zepchnięci na margines  –  także literatury. Ukazując ich świat, autorka upomina się o ich obecność, co widać wyraźnie zwłaszcza w tych utworach, w których powierza narrację wrażliwej młodej kobiecie, próbującej odmienić porządek rzeczy, przywrócić człowieczeństwo  skazanym  na zapomnienie i wegetację (Gips, Last minute, Hotel Barcelona). Choć postępowanie samozwańczych „sióstr miłosierdzia” można uznać za irracjonalne, to zarazem da się je umotywować: wynika ono z głębokiego współczucia.  Gesty bohaterek wydają się szalone tylko dlatego, że mocno się różnią od powszechnego zobojętnienia okazywanego skrzywdzonym przez los.
Szczeniaki to zbiór wyjątkowo spójny. Cementuje go ta sama filozofia, poetyka nadrealnego odkształcenia rzeczywistości oraz ujmujący, liryczny język. Sugestywne sekwencje, jakie kreśli Siedlecka, wręcz zniewalają i na długo pozostają w pamięci, zmuszając do przewartościowania swojego obrazu świata.  Nie można zignorować tej książki i tej pisarki, która z miejsca jawi się jako wielka indywidualność.

- Marta Mizuro

Sylwia Siedlecka (ur. 1980)  z wykształcenia slawistka, pracuje w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Zna siedem języków żywych oraz trzy martwe. Tłumaczyła prozę i poezję słowacką. Szczeniaki to jej książkowy debiut.

Fragment

Nieochrzczone dzieci nie idą do nieba, po śmierci wozi się je do piekła dużymi autobusami.
Na ziemi dzieci pozostawiły ciała, tak małe, że z łatwością dałoby się je schować do futerału na skrzypce. Jaki jest los tych ciał? Wiele z nich trafia na stół, robi się im sekcje zwłok, profesjonaliści zaglądają do środka i dowiadują się zawsze tego samego: pod sklepieniem żeber serce i dwa płuca, no i oczywiście białe kości, czerwona krew, trochę mięsa. Niektórzy zaglądają do głów, nie trzeba wiele siły, by przepołowić czaszkę, wystarczą nożyce, czaszki dzieci są miękkie, po wykonaniu cięcia głowa otwiera się jak dojrzały owoc.
Z niektórych ciał robi się potem słynne lalki bobasy, tak lubiane przez małe dziewczynki. Do środka można włożyć katarynkę albo mechanizm imitujący płacz. W powieki wmontowuje się sprężynki, które sprawiają, że lala mruga. Oczy nie wysychają, są pomalowane werniksem i zawsze błyszczą. Ale tych lalek nie kupicie byle gdzie, tylko w specjalnych sklepach, wytwarza
się ich zresztą niewiele, to kosztowny interes, tak zwana twórczość rękodzielnicza, coraz mniej popularna w dzisiejszych czasach. O ostatnim wielkim mistrzu w tym fachu słyszałam jakieś osiem lat temu. Mieszka, jeśli jeszcze żyje, w miasteczku Chichester na południu Anglii i nazywa się Augustinus.
Los wielu ciał jest nieznany, ale o pośmiertnych losach dusz tych dzieci mogę opowiedzieć, przypadkiem wiadomo mi co nieco na ten temat.
Duże autobusy kursują dzień i noc, w pogodę i niepogodę, aby porządek wieczności był zachowany i wszystko przebiegało sprawnie. Jeżdżą w dwie strony, jedne do piekła, drugie do nieba, taki los. Trasa biegnie przez góry, jest chłodnawo, wokół gładkie skały granitu, roślin prawie nie ma, powietrze jest rześkie, a niebo bez chmur. Dzieci skazane na potępienie jadą serpentyną do góry, mit o niebie na górze i piekle w dole jest wymysłem paru spryciarzy, wierzcie lub nie, ale w rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. Niebo mieści się w zacisznym ziemskim jądrze, ciepłym jak wody płodowe, a piekło w górnych rejonach, wśród ciężkich kłębów chmur i kończy się nie wiadomo gdzie. Autobus jedzie w górę, mgła gęstnieje, ciśnienie spada. Dzieci to czują, ale nie płaczą. Są grzeczne.
Niektóre z nich mają w ustach smoczki, przemycone z tego świata. Autobus do raju zjeżdża w dół, coraz niżej i niżej, gdzie rośnie dużo drzew, trawa jest soczyście zielona, a róże purpurowe. Są tam też jakieś zwierzęta, ale łagodne, nie mają pazurów ani zębów, a jeśli nawet, to ich nie używają. Dzieci patrzą na róże, mogą ich dotknąć i nie pokłują się kolcami, bo w raju wszystko zrobione jest ze światła. W niebie nie ma też chwastów.
Jest w tym wiecznym rozkładzie jazdy taki moment, kiedy autobusy z dziećmi się mijają. I wtedy na sekundę oczy dzieci z jednego autobusu spotykają się z oczami tych z drugiego, dzieci patrzą na siebie, nie umieją nic powiedzieć, uczynić gestu powitania, nie zdążyły się nauczyć. Owo maleńkie zwarcie to mój ulubiony moment. Bo dzieci nie powinny siebie oglądać, ktoś czegoś zaniedbał, a może po prostu nie ma innej drogi?
Niektóre z noworodków wzięły ze sobą zwierzęta, żywe lub pluszowe. Kot, cztery szczeniaki, pluszowa panda, szczur, a w garści jednego dziecka nawet złota rybka. Martwa od godziny, ale dzieciak tego nie wie, i dobrze. Malcy próbują je ukryć, myśląc, że ktoś im wszystko zabierze. Nic z tych rzeczy. Zwierzętami nikt się nie interesuje. Część, zniecierpliwiona długą podróżą, ucieka przez szyb wentylacyjny autobusu, zostają głównie miękkie pluszaki. Podróż trwa, zaczyna się ściemniać, dzieci dostająkoce i kakao, muszą się ogrzać, bo jest chłodno. Niektóre śpią, ale większość czuwa, dziesiątki par oczu błyszczą w ciemności jak oczka nietoperzy. Dzieci są cierpliwe. W końcu docierają do piekła. Pierwsze, co trzeba zrobić, to nadać im imiona, zwykle nie dostały ich za życia. Nie można powiedzieć, by imiona były
wybierane ze szczególną starannością, lecz na pewno nie są zupełnie przypadkowe. Dwóch bliźniaków (tak, czasem umiera dwójka, a nie tylko ten jeden) dostaje imiona Kamil i Emil, ładna dziewczynka o czarnych oczkach i bardzo czerwonych ustach będzie miała na imię Carmen, i tak dalej, i tak dalej.
Mają imiona, lecz ich nie używają. Widocznie imiona służą jakimś innym celom. W piekle panuje raczej cisza. Nie ma ognia, smażenia ludzi w głębokim oleju, wyrywania paznokci, chłosty i krwi. Jest jak w listopadową noc, gdy nie możecie zasnąć i przewracając się z boku na bok, obserwujecie przez okno pochmurny świt. Czerń się rozrzedza, przechodzi w szarość, potem w zimną mleczną barwę, gdzieś tam parę wron przyczepionych do gałęzi, gołe drzewa. Ot, ponura jesień.
Dzieci nie mogą się wyspać, to pierwsza z kar, które je czekają. Noworodki potrzebują dużo snu, a w piekle pozwala się na jedyne pięć godzin. Muszą pracować. Ale do tego trzeba umieć chodzić, powiecie. Tak, niektóre umieją, chodzą dziwnie, chwiejnie, pokracznie.
Te, które nie potrafią, czołgają się. Inne nie są zdolne nawet do tego, więc leżą. Nie umiem powiedzieć, dlaczego jedne opanowały zdolność chodzenia, a inne nie. Może to kwestia budowy szkieletu? Te, które leżą, patrzą w sufit, ale nie są smutne. Kto wie, może się nawet cieszą, że nie muszą pracować. Namiastką chodzenia jest dla nich kąpiel raz w tygodniu w basenie. Basen jest ogromny, woda w nim czarna i gęsta jak czekolada albo krew tętnicza. Unosi ciała dzieci, nawet tych, które nie nauczyłyby się pływać. Ale one potrafią pływać, pamiętają to jeszcze z brzucha matki.
Basen jest jedynym miejscem, gdzie rozbrzmiewa muzyka. Z głośników sączy się głównie tango. W sobotę (to w piekle to samo co niedziela w niebie i na ziemi) zamiast tanga głośniki emitują bicie ludzkiego serca. Do jednego z leżących chłopców podłącza się
druciki, które biegną do głośników, i te w systemie stereo przekazują rytmiczne uderzenia. Nikt się nie boi, że pewnego dnia zapadnie cisza, bo chłopiec umrze. W piekle się nie umiera, piekło jest o sekundę bardziej wieczne niż niebo. Chłopczyk więc nie umrze, ale też nigdy się nie poruszy, jest, jak to się mówi, poważnie chory, może poruszać tylko oczami. Jednak bylibyście w błędzie, myśląc, że jest smutny. W jego oczach dostrzegam radość.