Chmurdalia

Joanna Bator
Chmurdalia
  • W.A.B.
    Warszawa 2010
    123 x 195
    504 strony
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-7414-737-8

W 2009 Joanna Bator opublikowała Piaskową Górę – niezwykłą powieść o narodzinach i rozpadzie społeczeństwa socjalistycznego, którym rządziła zasada identyczności. Chmurdalia - ciąg dalszy tamtej historii – opowiada o świecie, w którym życie rozwija się dzięki różnicom.
Piaskową Górę kończyła scena wypadku samochodowego, któremu ulega Dominika Chmura – świeżo upieczona maturzystka. Dominika to wcielenie odmienności: płynie w niej krew żydowska i rosyjska, na koleżankę wybrała sobie lesbijkę, a na dodatek ma romans z młodym księdzem.
Po wypadku Dominika miesiące całe spędza w szpitalu w Niemczech – najpierw w śpiączce, potem na rehabilitacjach. Kiedy opuszcza szpital, postanawia nie wracać do Polski. Odtąd tuła się po świecie, gnana niejasnym pragnieniem włóczęgi. W Niemczech pracuje w fabryce przetworów owocowych, w USA zatrudnia się jako lektorka czytająca książki starszej kobiecie, w Anglii serwuje drinki w restauracji. Wszędzie nawiązuje znajomości, oferując dar prosty, a zarazem niezwykły – gotowość wysłuchania cudzej opowieści. Kiedy przybywa do nowego miejsca, ludziom wydaje się, że znali ją wcześniej. Kiedy ich opuszcza, zostawia po sobie dobrą tęsknotę.
Powieścią nie rządzi jednak zasada chronologii, lecz reguła sagi. Pojawianie się postaci wynika jednak nie z przynależności do rodziny, lecz z przypadkowych spotkań. Powieść ma więc strukturę krzewu genealogicznego – plątaniny bliższej plotkom niż kronice. Narrator, niczym medium, użycza głosu kolejnym opowiadaczom: czyjaś opowieść cofa nas do początków XIX wieku, gdy Napoleon przejeżdżał przez Polskę, a do Paryża sprowadzono z Afryki Czarną Wenus, by jako osobliwość pokazywać ją w salonach i cyrkach; kto inny opowiada o życiu Kamieńska, małej mieściny polskiej, w której przed II wojną żyły dwie dziwne stare panny zwane przez mieszkańców Ciocie Herbatki, przechowujące nocnik Napoleona; wysłuchujemy narzekań matki Dominiki, wdowy, powoli zbierającej siły do wprowadzenia zmian w swoje życie. Losy ludzkie, jak gałęzie, na moment się stykają, by rozejść się w różne strony i nieoczekiwanie zejść. Z tych meandrów genealogicznego krzewu wynika, że nikt nie jest samotną opowieścią, i że nikt nie jest przypisany do jednego miejsca na ziemi.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Grażynka kilka razy w miesiącu chodzi do lasu, który zaczyna się za pasmem pól; widać go z okien jej domu, ciemnogranatowa poszarpana linia drzew na wzgórzu. W całej wiosce Mehrholtz nikt oprócz niej tego nie robi, bo nie wiadomo do końca, czyj ten las jest, i swego czasu toczył się o to nierozwiązany do tej pory spór. Z każdej strony otaczają las pola uprawne, porządne pola, które mają właścicieli, a on jest bezpański i prowadzi do niego tylko jedna ścieżka z domu Grażynki i Hansa Kalthöfferów.
W Mehrholtz jeździ się samochodem do supermarketu, jak trzeba, a na piechotę to najwyżej do kościoła albo do piekarni. Jak już spacerować, to świątecznie po parku, czy po centrum handlowym się przejść, a nie tam do lasu. Takie rzeczy są niedopuszczalne, niedopuszczalna jest sama Grażynka Kalthöffer, z domu Rozpuch, pochodzenia polskiego i mocno podejrzanego; jest w Mehrholtz wielu takich, co by jej tu nie wpuścili, gdyby mieli coś do powiedzenia. Do powiedzenia właściwie mają dużo i mówią, licząc na to, że waga nagromadzonych słów zaważy na losie obcej. Patrzy Frau Korn zza firanki i powtarza potem innym zainteresowanym życiem żony ich Hansa, a takich jest wiele, że ta Polka jak głupia po dworze lata, do lasu się zapuszcza, jak ona bezczelnie do lasu zapuszcza się, ciekawe po co tak się zapuszczać w las? Frau Zorn, która ma stanowisko obserwacyjne w sąsiednim domu, zna odpowiedź, bo ma gotową odpowiedź na wszystko, pewnie się puszcza! Puszcza się, a jak, zgadza się Frau Korn. Gdy ten fakt podstawowy zostaje ustalony, wyobraźnia Frau Korn i Frau Zorn może puścić się w ślad za Grażynką, która w lesie puszcza się na stojąco, drzewa się trzymając, w trawie leśnej w poziomie, dziko, zwierzęco, i kto wie, na jakie inne cudzoziemskie sposoby, wywłoka, eine Schlampe, oto kim jest. Nie popuszczają sąsiadki polskiej żonie Hansa. Bo mało ma roboty w domu? W domu jest robota, kto wie, co w lesie być może bezpańskim. A co Grażynka wraca z lasu, to z jakimś przybłędą jak ona. Kot, pies, Murzynka. Murzynka, czarna jak diabeł, z lubością powtarza raz Frau Korn, raz Frau Zorn. Czarną kobietę z lasu przyprowadziła, z żółtymi włosami, to nie jest normalne, rzeczy normalne od nienormalnych tu, w Mehrholtz, potrafi się odróżnić na pierwszy rzut oka, i tak powinno być. Wzdycha Frau Zorn, wzdycha Frau Korn, ożeniłby się Hans z tutejszą kobietą, to posprzątane miałby dokładniej, ugotowane jak należy, pożywnie i oszczędnie, a tak, nie dość, że cudze bachory karmi i ubiera, to jeszcze ta latawica zamiast usiąść na tyłku, po lesie lata. Cieka się jakby nie żona, tylko jakaś zwierzyna rodzaju żeńskiego, czy pani, droga Frau Korn, ostatnio widziała? Widziałam, droga Frau Zorn, potwierdza Frau Korn. Kto wie, kogo znowu do domu sprowadzi? Frau Korn i Frau Zorn mają nadzieję, że one wiedzieć będą jako pierwsze, jeśli tylko pozostaną wystarczająco czujne na posterunkach za firanką. Zgadzają się, że wszystkiego się można po Grażynce, żonie ich Hansa, spodziewać, oczy ma dzikie, nietutejsze, włos długi farbowany. Frau Korn i Frau Zorn uważają, że kobieta w pewnym wieku powinna strzyc się krótko, ubierać przyzwoicie, a w obejściu psa porządnego trzymać, co na obcego szczeka, zanim jeszcze go zobaczy. A u Grażynki? Wzdycha Frau Korn, wzdycha Frau Zorn. U żony ich Hansa znajdy się plączą, skundlone pokraki łaszą się do każdego. Psa trzeba wytresować! A kotów ile, nie policzysz. Frau Korn i Frau Zorn zgadzają się, że kota wytresować się nie da, ale jak nie da mu się jeść, polować będzie, by nie zdechnąć z głodu. Sąsiadki Grażynki liczyć lubią i liczyły na to, że związek ich Hansa z Polką nie przetrwa zimy, nie dociągnie do jesieni. Nie dogadają się, droga Frau Korn. Pogoni ją, droga Frau Zorn, na wschód razem z bachorami i kusymi kieckami. Kto to widział? One dotąd nie widziały, ani Frau Korn, ani Frau Zorn nie, i przed samymi sobą udają, że wcale przyjemności im nie sprawia oglądanie czegoś, do czego nie przywykły; przyklejają się do szyb jak glonojady, gdyby mogły, przykleiłyby się tak bezpośrednio do Grażynki. O proszę! Rano na przykład Grażynka do chlewni idzie ubrana jak na festyn, falbanki, groszki, pół tyłka na wierzchu.
Frau Korn na własne oczy widziała, przysiąc może, gdy pod fałszywym pretekstem pożyczenia kosiarki odwiedziła sąsiada krótko po tym, jak przywiózł sobie z Polski tę irytującą żonę, co na żonę nie wyglądała i nie wygląda, a więc przysiąc może, że widziała. Frau Korn ma duże doświadczenie w rzucaniu szybkich spojrzeń, które niczym piłeczki do golfa wpadają w odpowiednie miejsce, precyzyjne i prawie bezgłośne, pyk, pyk. Potem z Frau Zorn omawiają i porównują celne rzuty. Gdy nie mają nic nowego, przypominają sobie dawniejsze trafienia i dodają im nowych smaczków, obracają triumfy językiem i wysysają z nich słodycz. Cisnęła więc Frau Zorn okiem w kierunku chlewni Hansa Kalthöffera, a takiej nowoczesnej nikt w okolicy nie miał, i zobaczyła w prostokącie światła ruch jakby taneczny, którego nie powinno tam być, bo chlewnia to nie miejsce na tańce, zum Teufel! Rzadko się Frau Korn zdarzało, żeby pierwszy rzut wymagał poprawki, a jednak dopiero za drugim razem zobaczyła, że Grażynka naprawdę tańczy. Nie do wiary! Nie słyszała muzyki, tylko chrumkanie świń, które też wydało jej się jakieś wariackie, bo w rytmie ruchów tyłka tej Polki obciągniętego czerwonym materiałem w białe groszki chrumkały na melodię Makareny. Grażynka przeginała biodra i okręcała wokół siebie zielony szlauch, którym myła podłogę, a może to był wąż, bo tylko siły piekielne mogły wprawić w ruch taneczny Frau Korn, i omal na miejscu szlag jej nie trafił, gdy zdała sobie sprawę, że zamiast się ze zgrozy wzdrygać, podryguje.