Kapuściński non-fiction

Artur Domosławski
Kapuściński non-fiction
  • Świat Książki
    Warszawa 2010
    228 x 150
    608 stron
    oprawa miękka
    ISBN:978-83-247-1906-8

Kapuściński non-fiction Artura Domosławskiego to pierwsza pełna biografia zmarłego trzy lata temu najsłyniejszego polskiego reportera i mistrza literatury faktu. Jako jedno z mott książki Domosławski umieszcza zdanie wypowiedziane przez Garcię Marqueza do swojego biografa: "każdy człowiek ma trzy życia: publiczne, prywatne i sekretne". Autor stara się konsekwentnie wypełnić to zadanie i opisuje wszystkie "trzy życia" swojego bohatera.

Rekonstruuje całą trajektorię życiową i zawodową Kapuścińskiego: od małego miasteczka na wschodnich rubieżach przedwojennej Polski i czasów wojennej włóczęgi z rodzicami i młodszą siostrą, przez zadymione komitety stalinowskiej rewolucji lat 50., korytarze Komitetu Centralnego, reporterskie wędrówki po Afryce czasu rozpadającego się kolonializmu, Ameryce Łacińskiej epoki wojskowych dyktatur – po światowy rozgłos i salony literackie Nowego Jorku, Londynu, Barcelony, Meksyku.

Domosławski rozmawiał z ponad setką osób: rodziną Kapuścińskiego, jego najbliższymi przyjaciółmi i kolegami z różnych miejsc, w których pracował, dawnymi towarzyszami z partii, decydentami epoki komunizmu, a także bohaterami reportaży z Afryki i Ameryki Łacińskiej. Podążał śladami swojego bohatera w Etiopii, Tanzanii, Kenii, Ugandzie, Angoli, Boliwii, Kolumbii, Meksyku, Hiszpanii, Kanadzie i USA. Odkrył wiele nieznanych, nieraz nawet sensacyjnych faktów z życia sławnego polskiego reportera.

Z wielką empatią dla Kapuścińskiego, nie stroniąc jednak od żadnej kontrowersji ani trudnych prawd, Domosławski ukazuje, jaką cenę Kapuściński zapłacił za swoją sławę i wielkość. Przedstawia człowieka nieraz po ludzku słabego, niepewnego siebie i błądzącego, którego u kresu życia – jak pisze – wynoszono "na piedestał złożony z laurek i bezrefleksyjnych zachwytów", co często nie szło w parze z przemyśleniem jego dzieła. W książce Domosławskiego Kapuściński schodzi z pomnika, staje się na powrót człowiekiem uwikłanym w swój czas niełatwych dylematów i wyborów.

Sądzę, że autora tej książki czekają trudne chwile. Krytyka posypie się z różnych stron. Domosławski odważył się opisać nie tylko uśmiech Kapuścińskiego, z którym wychodził do swoich czytelników, ale niepokoje i słabości, które nim pokrywał. Dla jednych, którzy Ryśka wielbili i kochali za dużo w obrazie ich idola będzie czerni, dla drugich, którzy mieli ochotę Kapuścińskiego lustrować, sądzić i oskarżać – bieli.

- Teresa Torańska

Artur Domosławski (ur.1967) dziennikarz i publicysta, opublikował cztery książki; interesuje go głównie Ameryka Łacińska, ruchy antyglobalistyczne, konflikty społeczne. Uczeń i przyjaciel Ryszarda Kapuścińskiego.

 

Fragment

W gazecie chcą, żeby jechał do Indii – ale przecież nic nie wie o Indiach. Jak pisać o Indiach, skoro nic nie wie o Indiach; nawet nie zna angielskiego. Jak się będzie porozumiewał, po polsku, po rosyjsku, jak, z kim? Biegiem do księgarni, antykwariatu:
kupić coś o Indiach. Czy w ogóle coś mają? Może chociaż słownik, mapę.
Gdy latem pięćdziesiątego szóstego naczelna „Sztandaru Młodych” wzywa i oznajmia: „polecisz do Indii”, Kapuściński ma dwadzieścia cztery lata, spore doświadczenie publicysty walczącego o socjalizm, sprawozdawcy obsługującego narady ZMP, piszącego o losie robotnika w wielkoprzemysłowych zakładach, kilka wizyt za granicą – w Pradze, na festiwalach młodzieży w Moskwie i Berlinie, lecz o pracy korespondenta
nie wie nic, a o miejscu, do którego ma jechać – jeszcze  mniej. Jest prowincjuszem, chłopakiem ze skromnego nauczycielskiego domu, początkującym reporterem i aktywistą, którego wysyłają w daleki, obcy świat – bez przygotowania, bez języka, bez ogłady.
Dlaczego Indie? Bo jest odwilż, w Związku Radzieckim trwa rozliczanie stalinizmu, zmienia się polityka międzynarodowa Moskwy, władcy Kremla uchylają niektóre okna i drzwi. Obóz socjalistyczny wygląda w stronę krajów nazwanych Trzecim Światem, które wydobywają się z zależności kolonialnej od krajów Zachodu. W epoce zimnowojennego podziału ruchy wyzwoleńcze walczące z kolonializmem, nawet jeśli nie są czerwone,
niejednokrotnie podejmują jakąś formę współpracy z rywalizującą z Zachodem Moskwą, później także Pekinem. Nowo powstające kraje to duże rynki zbytu na towary z państw orbity radzieckiej, przede wszystkim produkty wielkiego przemysłu: maszyny, nawozy, broń. Przywódcy bloku socjalistycznego odwiedzają je, liderzy tychże przyjeżdżają zobaczyć, jak się miewa postęp i socjalizm w Europie Wschodniej.
Dokładnie rok wcześniej Kapuściński obsługuje dla „Sztandaru” wizytę przywódcy Indii Jawaharlala Nehru.
„Premier Nehru to polityk walczący o doniosłe dla ludzkości sprawy: o pokojowe współistnienie narodów, o współpracę, o przyjaźń” – pisze w sztampowej notce powitalnej.
(Tymczasem ulica powtarza taki dowcip: „Dlaczego Nehru przyjechał do nas w kalesonach?” – to aluzja do białych obcisłych spodni, jakie nosił. „By pokazać, że Indie też budują socjalizm”).
Kapuściński jest naturalnym kandydatem gazety, gdy ktoś w Biurze Prasy KC postanawia, że w ramach przyjaźni obozu socjalistycznego z Trzecim Światem polscy reporterzy będą wyjeżdżać i pisać o krajach dalekiego Południa. (…)
Kapuściński ma pojechać do Indii. Omija go największa rewolucyjna gorączka w kraju – nie ma go w październiku, gdy interwencja radziecka w Polsce jest tuż, i chwilę potem, gdy Gomułka przy aplauzie tłumów obejmuje stanowisko przywódcy partii. W nadchodzącym ćwierćwieczu nie będzie świadkiem żadnego z politycznych przełomów w Polsce – aż do strajków na Wybrzeżu latem 1980 roku, kiedy powstanie „Solidarność”. Nie będzie go w 1957 roku, gdy Gomułka zamknie tygodnik „Po Prostu” i rozprawi się z ruchem na rzecz odnowy socjalizmu – będzie podróżował po Chinach i Japonii. W czasie protestów studenckich w marcu 1968 roku i dwa lata później, gdy partia krwawo stłumi protesty robotnicze na Wybrzeżu – będzie pracował jako korespondent PAP w Ameryce Łacińskiej. W 1976 roku, kiedy kolejny raz partia użyje siły przeciwko klasie robotniczej, w imieniu której rzekomo sprawowała rządy, będzie pisał z tygodnia na tydzień opowieść o wojnie w Angoli i zaraz potem wyjedzie na wiele miesięcy do Afryki.

Młodego reportera, którego horyzontem są partyjne nasiadówki, fabryki w Grudziądzu, Kędzierzynie, Nowej Hucie, ewentualnie festiwale młodzieży, gdzie można się dogadać po polsku albo po rosyjsku – wyprawa do Azji przeraża, lecz jeszcze bardziej ekscytuje. Wszystko w tej podróży będzie wielkie, niezwykłe. Wieeelki jest samolot: czteromotorowy olbrzym Super-Constellation, który poleci z Rzymu do New Delhi i Bombaju. Niezwykła jest odległość do pokonania – osiem tysięcy kilometrów! A ileż to godzin lotu – dwadzieścia!
Niezwykłe jest jezioro świateł, które stawiającemu pierwszy krok globtroterowi zapiera dech, gdy samolot ma międzylądowanie w Kairze.
Z niejakim zdziwieniem stwierdza, że Egipcjanie są czarni i ubierają się w białe – jak pisze – „sutanny”. Z dziecięcą satysfakcją odnotowuje, że postawił nogę w Afryce – uwagi i odczucia podróżniczego żółtodzioba.
Nieporadnie dowcipne są również skojarzenia i myśli po wylądowaniu w Indiach: że Kolumb chciał dotrzeć do Indii i nie zdołał, a on, Kapuściński, podołał. Szablonowe pierwsze obserwacje: ruch jest lewostronny na wzór brytyjski; i obowiązkowo o świętych krowach, które nie przestrzegają przepisów drogowych, bezkarnie spacerują po ulicach, to z prądem, to pod prąd – i nic nie można im zrobić, bo są święte.
(…)
New Delhi: mały, ciemny budynek lotniska. Noc – i on sam w indyjskich ciemnościach. Rozgląda się, jest kompletnie zagubiony, nie wie, dokąd jechać ani kogo prosić o pomoc. Nieprzygotowany do podróży, nie umie zagadać po angielsku, nie ma w notesie nazwisk ani adresów. Rozpacz! Romantycznie brzmi tak spisana opowieść w Podróżach
z Herodotem.

W istocie Kapuściński stoi sam na lotnisku tylko przez chwilę. Wyjeżdża po niego samochodem korespondent Polskiej Agencji Prasowej Ryszard Frelek. Wcześniej spotkali się tylko raz – w obozie pracy dla więźniów: Kapuściński miał napisać o nim reportaż dla „Sztandaru Młodych” (nie napisał), Frelek – relację dla Polskiej Agencji Prasowej.
Po pierwszym dniu pobytu w New Delhi Kapuściński ma jedno pragnienie: wracać. Drażni go tropikalny upał i wilgoć, dręczy poczucie samotności, poraża widok masowo cierpiących ludzi. Miasto i część kraju położona nad Gangesem przeżyły właśnie coroczny kataklizm: powódź. Pola poza miastem zasłane są ludźmi, w mieście – koczowiska na ulicach. Na rozgrzanej ziemi leżą dzieci, starcy grzeją w cieple kości. Kto zdołał rozłożyć kawałek maty na drodze, ten ma dom; kto nie zdążył, błąka się, szuka dalej… Całe życie skupia się na ulicy. Jak miska na węgielku, smród i muchy, znaczy, że restauracja. Jak człowiek siedzi w kucki, a drugi wymachuje mu nożyczkami wokół głowy – to zakład fryzjerski.
„Życie nie jest tu życiem, jedzenie nie jest jedzeniem, tylko nędza jest naprawdę nędzą…” – napisze na gorąco po powrocie.
Przez dwa kolejne tygodnie Frelek pokazuje Kapuścińskiemu New Delhi. W tej apokaliptycznej scenerii zawiązuje się między nimi przyjaźń, sztama, która przetrwa następnych trzydzieści lat. Frelek stanie się aniołem stróżem, protektorem, współarchitektem kariery Kapuścińskiego – najpierw jako jeden z decydentów w Polskiej Agencji Prasowej, potem wysoki dygnitarz partii, mogący pomóc, gdy trzeba, ochronić, popchnąć sprawy naprzód, nacisnąć właściwy guzik.